Gabriela Lazarek - jedna z nominowanych do tytułu Superbohaterki 2018. Podczas gali wyróżniona nagrodą Bohaterka 30-lecia "Gazety Wyborczej" za walkę o wolność i prawa człowieka

Dorota Wodecka: Kiedy się spotkałyśmy rok temu, była pani „fryzjerką od protestu”.

Gabriela Lazarek: I rzucałam palenie papierosów. Śmierdzi w aucie?

Trochę czuję.

Musiałam zapalić, bo właśnie byłam u księdza. Cała się trzęsę.

Co się stało?

Syn przygotowuje się do bierzmowania i dziś wrócił do domu przybity. Na spotkaniu w kościele był lekarz, który opowiadał, że dzieci z in vitro są gorsze, bruzdy czy coś takiego, a homoseksualizm to choroba i wynaturzenie. I rzecz jasna o kobietach, które dopuszczają się zbrodni, dokonując aborcji. Wracam właśnie od proboszcza. Powiedziałam mu, że nie podoba mi się to, co mój syn tutaj usłyszał. Proboszcz na to, że nie on odpowiada za przygotowanie do bierzmowania, tylko wikary, który zaprosił lekarza.

I co?

Powiedziałam, że oczekuję, iż na następnym spotkaniu wikary przeprosi uczniów za głupoty, jakich im naopowiadał lekarz. I przekaże im stanowisko papieża Franciszka w sprawie osób LGBT. Zapytałam też, czy mogę przyjść na to spotkanie, by sprawdzić, czy przeprosi. I mogę.

Ciekawe, czy przeprosi.

Zobaczymy. Korzystając z okazji, że ze mną rozmawiał, poprosiłam o odprawienie mszy w intencji ofiar rasizmu, homofobii i antysemityzmu, bo ad hoc taka intencja mi przyszła do głowy. Wyjął kalendarz, kartkował, kartkował i w końcu powiedział, że pierwszy wolny termin ma 5 grudnia i tylko o siódmej rano.

Ostatnim razem zamawiała pani mszę o powstrzymanie w Polsce nacjonalizmu i nie chciał.

To był inny ksiądz. Jeśli ta msza się nie odbędzie, to pójdę pod ten kościół z ludźmi i z transparentami, na których napiszemy, że tu promuje się homofobię wśród dzieci i młodzieży.

Wielu rodziców ma w nosie, co ich dzieci słyszą na katechezach.

Wiem. Ale jeśli ja, która codziennie stoję na cieszyńskim rynku, nie pójdę i nie powiem księdzu, że się nie zgadzam na to, czym je w tej instytucji zatruwają, to kto pójdzie?

Spodziewam się, że zostanę zaatakowana na Facebooku, bo posyłam syna do bierzmowania. Powiedzą, że jestem hipokrytką. Ale skoro protestuję w obronie konstytucji, to również zapisu gwarantującego wolność wyznania.

Nie widzi pani sprzeczności w tym, że zawozi syna do instytucji, którą pani krytykuje?

Dużo myślę, czy powinnam mu zabronić. Ale rozmawiam z nim o instytucji, a wiarę i światopogląd zostawiam jego wyborom. Nie mogę i nie chcę mu tych wyborów zabraniać.

Niedawno protestowała pani przeciwko pedofilii w Kościele przed kościołem Mariackim.

Byliśmy akurat w Krakowie, a ponieważ wożę bannery w bagażniku, to czasami wyjmuję je spontanicznie i protestuję. O ten protest pod kościołem Mariackim niektórzy moi znajomi mieli pretensje.

Dlaczego?

Że im nie powiedziałam, boby się dołączyli. Ja tego nie rozumiem. Po co ludziom ktoś taki jak ja, po co się skrzykiwać, umawiać godzinami na Fejsie, ustalać godzinę, przebieg manifestacji i treść hasła, skoro każdy może protestować. Sam albo z przyjacielem.

Niedawno Marta Lempart wpadła na pomysł, byśmy zrobili mapę pojedynczych protestów. I tak jak na początku samotnie na ulice wychodziła Beata Katkowska w Gryficach i ja, tak teraz protestują i w Wejherowie, i w Olsztynie, i w Gdańsku. Coraz więcej ludzi.

Taki mało masowy protest działa?

Zawsze. Przede wszystkim dlatego, że zakłóca pozorny spokój. Ludziom się może wydawać, że skoro nikt nie reaguje, to nie jest źle. A jak się pojawia jeden, drugi i kolejny raz człowiek z kartką formatu A4 z napisanym odręcznie hasłem, to może w końcu zmusić innych do zastanowienia się, czy to świr, czy jednak normalny i o co mu chodzi. Czasami oczywiście zmusza też do trudnych rozmów. Kiedy staliśmy pod Mariackim, podeszła do nas kobieta z dwulatkiem na ręku i powiedziała: „Patrz, tak wyglądają pedofile”.

To zaskakujące, że ludzie wychodzący z kościoła potrafią reagować agresją na banner z brystolu: „Stop nienawiści w Kościele”.

Nie trzeba mieć pozwolenia na demonstrację?

Czy pojedynczy człowiek stojący z kartką to już jest demonstracja? Czy w tym kraju trzeba mieć pozwolenie na stanie z kartką?! Kolega został spisany za napis na koszulce! Z głową Kaczyńskiego i tekstem: „Nie pozwól, by rządził tobą złodziej”.

Prowokacja.

Oczywiście. Wszystko w tym kraju zaczyna być prowokacją. To, kim jesteśmy, jakie mamy poglądy, koszulki, płeć, jaki kolor kwiatów mamy w rękach i czy róże, czy goździki, jaką książkę czytamy. Za chwilę istnienie kogoś będzie prowokacją i napad na niego będzie usprawiedliwiony.

Trzeba protestować, trzeba być obecnym i na ulicach, i w mediach. Niektóre osoby z naszej strony barykady twierdzą, że protestują dla kraju, a nie dla występów w mediach. Nie zgadzam się z tym. Poszłabym wszędzie, do „Pani Domu” również, by czytelniczki między szminką, przepisem na zapiekankę i zdjęciem szczupłej kobiety na szpilkach przeczytały, że kobiecość to także udział w protestach. Żeby miały inne wzorce niż zadbane paznokcie, bo teraz nie ma czasu na paznokcie.

DAWID CHALIMONIUK

Co mówi fryzjerka.

Nie pracuję już jako fryzjerka i chyba nie wrócę do fryzjerstwa, a jeśli już, to nie na swoim. Okazało się, że mam alergię na środki chemiczne. Zamknęłam swój zakład. Chcę się skupić na napisaniu kalendarium z ostatnich lat. Mam notatki na Facebooku, wspomnienia, chcę je usystematyzować, a kiedy to zrobię, wydać w formie książki kronikę protestu.

Myśli pani o studiach?

Najpierw musiałabym zdać maturę, bo przecież ze szkołą to mi nie było po drodze. Nie, nie będę się starać o papier. Kształcę się, rozwijam, nie potrzebuję już poświadczenia swoich umiejętności i wiedzy.

To jaki jest teraz pani zawód?

Aktywistka społeczna?

Może polityczka?

Siedzę w polityce po uszy, tylko nikt mi za to nie płaci (dodałbym, że tak jak wielu innym obecnie). W ubiegłych wyborach samorządowych byłam twarzą naszego lokalnego komitetu wyborczego Siła. Tworzyli go lokalni aktywiści, wolontariusze z różnych organizacji zajmujących się pomocą innym, polityką, prawami zwierząt czy ochroną środowiska.

Rozważałam swój start, ale uznałam, że byłby nieuczciwy. Nie zajmują mnie sprawy lokalne, jak budowa dróg czy inwestycje, bo nie siedzę w nich i się na nich nie znam. Lepiej, by do rady wszedł ktoś, kto się tym pasjonuje.

I z naszego komitetu weszły dwie kandydatki i jeden kandydat. Pierwszy też raz w historii Cieszyna burmistrzynią została kobieta, kandydatka Koalicji Obywatelskiej.

Znacie się?

Tak, podchodziła do nas, kiedy protestowaliśmy. Nie protestowała z nami, ale mówiła, że nas popiera. Widziałam ją też na protestach pod sądami.

Odkąd zmieniła się w mieście władza, nie nęka nas na rynku ani policja, ani straż miejska. Przed wyborami byli codziennie. W końcu Tomek, jeden z protestujących, odmówił im okazania dokumentów, bo powiedział, że czuje się przez nich nękany. Bo nie spisują i nie legitymują innych ludzi przechodzących przez rynek. I od tego czasu mamy spokój. Niedawno policjanci z radiowozu pokazali mi przez okno uniesiony w górę kciuk. Wcześniej pomachałam do nich transparentem z hasłem: „Konstytucja”.

Ale ludzi nie przybywa.

Nie, ale im chyba wystarcza świadomość, że my jesteśmy. Za nich i w ich imieniu. Podchodzą, piszą na Facebooku, że dziękują, że popierają. Nie traktują nas już jak wariatów. I nikt na nas nie wrzeszczy: „Wypierdalać!” albo „Kto wam płaci, lewackie oszołomstwa”. Mam wrażenie, że ludzie znowu zaczęli się wstydzić agresji, obrażania innych. Jeden pan, który był ostro za PiS, strasznie nas na początku zbluzgał. Wiedziałam, że jest ojcem mojej koleżanki ze szkoły. Powiedziałam mu, że córka na pewno by się za jego słowa wstydziła. I dałam mu swój tekst o trójpodziale władzy. Nie wiem, czy zmienił poglądy, ale stosunek do mnie na pewno. Kłania się, podchodzi. To duże osiągnięcie, kiedy ludzie o różnych poglądach się szanują.

Zamiast radnej woli pani być posłanką?

Nie planuję, co będzie, tak jak nie planuję dnia, w którym zakończymy protest. Reaguję na to, co przynosi życie.

Przeglądam pani Facebooka. Aktywność w social mediach traktuje pani jak pracę?

Na pewno nie jest to już moje prywatne konto.

Zaczynam rano przy kawie prasówką i swoimi komentarzami do aktualnych wydarzeń. W mojej komunikacyjnej bańce są ludzie o różnych poglądach, które niekoniecznie czytają prodemokratyczne gazety. Są też tacy, którzy nie wiedzą, co się dzieje w kraju. I to dla nich, a nie dla swoich przyjaciół, wrzucam te wszystkie linki. Również o wezwaniach do sądu dla aktywnych lokalnie na ulicach obywateli, bo te informacje nie przebiją się do ogólnopolskich mediów.

Konsekwentnie nikogo pani nie usuwa ze znajomych?

Staram się. Wolę rozmawiać, niż ucinać rozmowę. Ale wyrzuciłam gościa, który po moim komentarzu na temat masakry w Nowej Zelandii zapytał, za kogo ja się uważam, że wypowiadam się na każdy temat.

Mężczyznom pozwala się wypowiadać na każdy temat, natomiast nas, kobiety, natychmiast stygmatyzuje się przymiotnikiem „przemądrzała”. My musimy wciąż się starać udowodnić, że jesteśmy mądre, przydatne i tak dalej. Zresztą sama wpadam w pułapki takiego myślenia.

Kiedy i jak?

Byłam we Frankfurcie nad Menem na kongresie opozycji ulicznej krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Słowacy, Węgrzy, Czesi, Rumuni, Niemcy i Polacy, a ściślej mówiąc, dwie Polki, co było ewenementem, bo delegacje były głównie męskie albo mieszane. I kiedy Veronika Vichová, góra 20-letnia Czeszka z organizacji Kremlin Watch, miała genialne wystąpienie na temat wpływów propagandy Putina na politykę i życie społeczne w Czechach, złapałam się na myśli, że to niesamowite, że ta dziewczyna ma tak imponującą wiedzę. Facet się pojawia, występuje i to wystarcza, a kobieta musi być świetna.

Bierze to pani i do siebie?

Oczywiście. Zawsze mam poczucie winy, że robię coś mniej ważnego kosztem ważnych spraw. Mam wyrzuty sumienia, że idę na spacer, zamiast posprzątać w domu. Albo że za mało przeczytałam, za mało napisałam, za mało się dowiedziałam.

Staram się nad tym panować. Niedawno spakowałam do bagażnika samochodu leżak i koc, pojechałam nad jezioro, usiadłam, przykryłam się, patrzyłam przed siebie i byłam absolutnie szczęśliwa. W euforii.

Czyli pierwszy raz od 20 lat ma pani urlop?

Nigdy nie mogłam sobie na niego pozwolić. Bo kiedy zamykałam zakład fryzjerski na wakacje, to i tak musiałam mieć na składki ZUS-owskie, na czynsz, na media. A żyłam finansowo na styk. Więc nie zamykałam.

I teraz odżywam. Spacery, sadzenie kwiatków. Ostatni raz sadziłam fasolę w szklance, bo było takie zadanie domowe w podstawówce. Cieszę się jak dziecko, że przybywa mi kwiatów na parapecie, że rozsadzam truskawki i warzywa. Czytam. Mam czas i staram się go nie marnować.

A pieniądze ma pani od Sorosa, że uprzedzę komentarze nienawistników.

Akurat nie Soros mi pomaga. Zmieniło się trochę więcej w moim życiu od naszej poprzedniej rozmowy. Na proteście poznałam mojego obecnego partnera, zamieszkaliśmy razem i pozwoliłam sobie, by się ktoś mną zaopiekował. Od 15. roku życia, czyli odkąd rzuciłam szkołę, musiałam pracować. Takie są efekty wagarów.

Co znaczy „zaopiekował”?

Po prostu nauczyłam się brać i zrozumiałam, że nie jest to oznaką mojej słabości. Po rozwodzie czułam, że muszę być silna i radzić sobie. Sama. Bo dla państwa samotna matka z dzieckiem nie istnieje. Kobieta w ciąży to świętość, ale po porodzie jest już nikim. I jeśli jest samotna, to nie ma szans utrzymać ze swojej pensji siebie i dziecko. I albo musi korzystać z pomocy rodziców, albo godzić się na przykład na przemoc.

Płakałam, kiedy czytałam wywiad z Weroniką Rosati. Chciałabym jej oddać swoją nominację do tytułu Superbohaterki „WO”. Bo zwróciła uwagę na problem samotności kobiet dotkniętych przemocą. Wielkiej odwagi wymagało od niej mówienie o swoich doświadczeniach przy pozycji jej partnera i świadomości, że niektóre kobiety nie będą z nią solidarne. Wielu z nas dodała odwagi, by o niej mówić. Ja też kiedyś usłyszałam, że nigdzie nie wyjdę, bo mąż przypnie mnie łańcuchem do kaloryfera. Wyprowadziłam się natychmiast po tym, kiedy zobaczyłam i poczułam na swojej twarzy podeszwę jego buta. Choć myśl ta przyszła mi do głowy trochę wcześniej.

Kiedy?

Kiedy zbyt często zaczęłam słyszeć, że do niczego się nie nadaję, że bez niego byłabym nikim. Byłam naprawdę we wspaniałym związku, ale kiedy pobraliśmy się i urodziłam syna, to z przyjaciółki stałam się babą. Kiedy mój kilkuletni syn słuchał, jaka jestem do niczego, bałam się, że będzie tak kiedyś mówił do innych kobiet. I do mnie. Kiedyś wyszłam na balkon na papierosa, a on z wykrzywioną miną zaczął mnie przedrzeźniać i naśladować głos swego taty: „Nie pal, nie pal, nie pal” (nie wiem, czy to dobry przykład z tym papierosem, żeby go podawać). Do dziś pamiętam pogardę w jego wzroku. A chwilę potem był ten but.

Przeniosła się pani do rodziców?

Rodzice mają swoje problemy, a ja jestem dorosła i nie chcę być przez nikogo utrzymywana. Całe szczęście, że w takim momencie życia mogłam liczyć na inne kobiety. Wyprowadziłam się do koleżanki, która załatwiła mi pokój w schronisku. Druga z kolei znalazła dla mnie mieszkanie na dwa miesiące. Kolejne dwa lata mieszkałam sama z synem.

Miałam przewagę nad wieloma kobietami w mojej sytuacji, bo prowadziłam działalność gospodarczą. Ale zdarzało się, że pracowałam z gorączką, bo w przeciwnym razie nie miałabym pieniędzy.

Jest w Cieszynie dom samotnej matki?

Była pani kiedyś w takim domu? Już w samej swojej formie jest upokarzający. Kobiety wstydzą się upokorzenia, że trafiają do placówki społecznej. Mniejszym wstydem jest w naszym społeczeństwie życie z damskim bokserem niż trafienie do domu samotnej matki. Podobnie jak mniejszym wstydem jest to, że ktoś pije, niż że jest niepijącym alkoholikiem. Mamy zakodowane, że jak się czegoś nie powie, to tego nie ma.

Zastanawiam się, skąd pani miała w sobie siłę.

Nie jestem silną kobietą. To okoliczności mnie taką czynią. Największej siły wymaga życie w zgodzie ze sobą. I zawsze ponosi się tego koszty. W małżeństwie możliwe, że byłoby mi łatwiej. Mogłabym podobnie jak wiele kobiet wybaczać i zapominać, ale pamiętam dzień, kiedy wyczerpały mi się dobre wspomnienia. Poczułam żal, że muszę teraz podjąć decyzję o rozstaniu, bo nie mam już paliwa.

Czasami się zastanawiam, co wymaga większej siły – trwanie w piekle czy próba wyrwania się z niego. Ale ja wolę wykorzystać siłę do poprawienia swojej sytuacji niż do tkwienia w niej. Bo przecież gdybym z nim została, mijałyby lata, a ja byłabym wciąż w tym samym miejscu. Przed podjęciem decyzji.

Nie boi się pani kolejnego związku?

Nie. Mój partner nie ogranicza mnie w żaden sposób. Czuję się wolna, tak jakbym była sama. Nie pyta, z kim idę, dokąd, co piszę ani nie kłóci się o to, gdzie ma leżeć jakiś przedmiot. Nie jestem do niczego zmuszana. Przyjaźnimy się. No i moja mama jest spokojna. W końcu śpi, zamiast się martwić, że znów pcham się na jakieś demonstracje.

Była pani w Auschwitz i w Hajnówce.

To było straszne. Antysemita wchodzi z dumą na teren dawnego obozu śmierci, a ulicami, ku rozpaczy rodzin pomordowanych przez oddziały Burego, maszerują nacjonaliści z symbolami falangi, sławiąc „żołnierzy wyklętych”.

Ale dlaczego pani płacze?

Hajnówka to był szok. Potomkowie rodzin ofiar Burego odprawili w cerkwi uroczystą panichidę ku czci zmarłych, a potem wyszli z nami na ulicę. Przed marszem ustawiliśmy barykadę z 89 róż, tyle było ofiar Burego, ale zdeptała je policja idąca na nas, kontrmanifestantów. A potem za fraki i jak wory ziemniaków na chodnik, by tamci mogli przejść. I wie pani, z jednej strony czciciele i wyznawcy bandy Burego, a z drugiej – my i płaczące rodziny. Wdzięczne, że z nimi jesteśmy i nierozumiejące, jak morderca ich bliskich może być nagle czczony jak bohater. Płaczę, bo czuję ich ból, samotność i zdaję sobie sprawę, w jakim momencie historycznym jesteśmy.

Rybaka też strasznie przeżyłam. Facet, który spalił we Wrocławiu kukłę Żyda, był chroniony przez policję, by wejść na teren obozu i wykrzykiwać te swoje hasła, bezczeszcząc pamięć pomordowanych. Mówiłam do policjanta, który odgradzał nas od tych antysemitów na przepisową odległość stu metrów, czy wie, co się zaraz stanie. Że człowiek, który nienawidzi ludzi, pali kukły, wejdzie na teren obozu, gdzie zginęły miliony Żydów. I czy on jest gotów wziąć za to moralną odpowiedzialność. Ale nic, ściana.

To była legalna demonstracja.

Zawsze to samo słyszymy: legalna demonstracja z nienawistnymi hasłami. Prosiłam policję, by zawiadomili prezydenta, co tu się dzieje, bo miałam nadzieję, że rozwiąże demonstrację Rybaka. Daremnie.

Rybak został oskarżony za nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych. Międlar – za nienawistne komentarze wygłaszane po tragedii w Nowej Zelandii również.

I kto o tym wie? Wydaje mi się, że ludzie się przyzwyczaili i traktują ich wystąpienia jak ekscesy. Moi znajomi przyjmują pozycję, by przeczekać do wyborów. A to błąd.

Przeczekanie?

Tak. Bo jeśli nie będziemy docierali do ludzi z informacją o naszych protestach, o takim Rybaku czy Międlarze, to pomyślą, że wszystko jest OK, że PiS rządzi demokratycznie, że finanse państwa nie są rujnowane, prawa mniejszości nie są deptane, a pedofilia w Kościele jest zjawiskiem marginalnym.

Szlag mnie trafił, kiedy Kaczyński rzucił: „Wara od naszych dzieci”. Taki apel mógłby adresować do księży, a nie do nas, rodziców. To jemu wara od mojego syna, nie będzie mnie z niego okradał ani on, ani nikt inny. Mój syn nie jest też moją własnością, on należy do siebie samego, a jakiś facet uważa, że ma większe prawo do decydowania o moim dziecku niż ono samo albo ja.

Nie rozumiem, dlaczego tak mało młodych kobiet dołącza się do protestów. Widać raczej babki, które mówią, że protestują w imieniu swoich wnuczek, niż młode matki. Przecież czują troskę o dzieci, karmią je, przewijają, chcą je wysłać do dobrej szkoły, a nie troszczą się o to, że propaganda szkolna i kościelna odbiera nam, mamom, prawo do kształtowania naszych dzieci. Jak można nie martwić się o los córek?

Jednak to kobiety mają szansę zmienić Polskę, co być może jest zaklinaniem rzeczywistości, a być może społecznym proroctwem.

Mogą to zrobić, jeśli w to uwierzą. Z mężczyznami, którzy nas wspierają i nie czują się zagrożeni z tego powodu, że kobiety dochodzą do głosu. Którzy nie budują swojej męskości przez poniżanie kobiet.

Zanim zdecydowałam się poprzeć nasz komitet wyborczy, pojechałam na Letnią Akademię Kongresu Kobiet. I tam doświadczyłam wspaniałej kobiecej solidarności. Wszystkie jesteśmy bardzo podobne i u każdej z nas można znaleźć te same słabości. A to mamy kłopoty z wystąpieniami publicznymi, a to uważamy, że robimy za mało albo jesteśmy na coś za słabe. Cieszyłam się, że potrafimy się wzruszać i okazywać emocje, bo siłaczka bez uczuć niewiele zdziała.

I rozwaliła pani deseczkę WenDo?

Tak, choć to nie jest kwestia siły. Niektóre z nas nawet nie podeszły do tej próby, bo bały się porażki. To typowe dla kobiet.

Boimy się porażek, bo znów nam ujmą naszego doświadczenia, wiedzy i ktoś powie, że się do czegoś nie nadajemy. Moja mama zrobiła przed kilkudziesięciu laty prawo jazdy, ale ponieważ tato powtarzał jej, że się nie nadaje na kierowcę, uwierzyła w to i nie prowadzi samochodu.

W co pani w ostatnich trzech latach swojej aktywności uwierzyła?

W to, że pojedynczy człowiek może mieć wpływ na rzeczywistość. Ale też nie mam złudzeń, że pojedynczy człowiek wystarczy, by powstrzymać nienawiść. Są dni, kiedy widząc, ile nas jest na ulicach albo na zjazdach aktywistów, myślę, że nie jest możliwe, aby nam się nie udało obronić Polski. Ale analizując na chłodno – skala drugiej strony mnie przeraża. Zamach na prawa kobiet, sortowanie ludzi, obojętność, znieczulica, obrażanie przeciwników wynoszone do rangi bohaterstwa i pogarda.

A przecież wystarczy przejść przez most i nie ma Polski. Znika Kaczyński i nienawiść, którą sieje. Chodźmy tam na knedliki, co?

Ja tam mieszkam.

W Czechach?

Tak, od kilku miesięcy. W czeskim Cieszynie. To rzeczywiście niebywały komfort psychiczny. Niejednokrotnie wracałam z protestów do domu i wyglądałam z niepokojem zza firanki, czy nie stoją pod domem policjanci. Bałam się, że na przykład przyjdzie do mnie koleżanka, wypijemy wino, a do domu wpadnie policja i zrobią ze mnie opozycjonistkę, która pije alkohol przy niepełnoletnim dziecku.

Po akcji z Magdaleną Ogórek przed TVP, którą PiS i ona sama rozdęli kłamliwie i propagandowo do granic możliwości, policjanci przyszli do mojej mamy do domu. Chcieli ze mną rozmawiać. Chcę uniknąć takich najść w moim domu. Przeszukań, które miała za udział w proteście Klementyna Suchanow.

Nie jest pani zmęczona albo i znudzona swoimi codziennymi protestami?

Oczywiście, że stały się rutyną. Tak jak kiedyś chodziłam do pracy, tak teraz idę na protest. Ale w konsekwencji i w uporze jest metoda. We Frankfurcie poznałam Lexa Paulsona, doradcę Obamy i Macrona. Powiedział, że nigdy nie był w Polsce, ale kiedy usłyszał o naszym proteście, zapowiedział, że przyjedzie do Cieszyna na rynek.

To dlaczego znów pani ma łzy w oczach?

Jestem roztrzęsiona tym księdzem i w ogóle. Wierzę, że możemy wygrać, ale na logikę jesteśmy bez szans. Trzyma mnie tylko wiara w to, że dobro zwycięża. To kruche, prawda?

 ***

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

Przeprosił?

O żadnych przeprosinach nie było mowy. Usłyszałam, że sama dokonuję wyboru, wysyłając dziecko na zajęcia, gdzie głosi się Słowo Boże. Bóg broni życia i kobieta, usuwając ciążę, zabija, a homoseksualizm to choroba. I kropka. To jest stanowisko KK i powinniśmy pozbyć się złudzeń. Na moją zapowiedź protestu pod kościołem usłyszałam pytanie, czy jest to z mojej strony groźba. Syn był świadkiem tej rozmowy.

I?

Zapytałam, czy chce dalej przystępować do bierzmowania. Powiedział, że chce, i uważam, że nie mam prawa mu tego zabronić. To jego decyzja.

Ja też podjęłam decyzję. Dokonuję apostazji. Ta instytucja jest przegniła od podstaw. Nie wierzę już, że można ją od wewnątrz naprawić. Wiara w ludzi i uczenie się rozróżniania dobra i zła nie potrzebuje żadnej instytucji. Wystarczy tolerancja, poszanowanie praw i akceptacja drugiego człowieka. Troska o siebie nawzajem. Tego w KK nie ma. I ja już nie mam w nim czego szukać.

Tekst premierowy z magazynu "Wysokie Obcasy", numer ukaże się 13 kwietnia 2019 roku.

____________________________________________________

Gabriela Lazarek – fryzjerka, demonstrantka z Cieszyna. Nominowana do tytułu Superbohaterki za odwagę i nieustępliwość, za samotne protesty na cieszyńskim rynku i obronę demokracji. Za to, że pokazała nam, jak przeciwstawić się władzy

____________________________________________________