Elżbieta Hołoweńko jest nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów" 2017.

Zagłosuj na Superbohaterkę 2017 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Elżbieta Hołoweńko – artystka, w latach 2010-13 szefowa warszawskiego koła Partii Zielonych. W sierpniu stanęła przed sądem za to, że „znieważyła znak Polski Walczącej poprzez publiczne eksponowanie transparentu, na którym widniał przerobiony znak Polski Walczącej w ten sposób, że u jego dolnych podstaw umieszczono symbole płci”

Violetta Szostak: To pani stoi za tym oskarżonym transparentem.

Elżbieta Hołoweńko: No tak, większość ludzi w moim wieku zamienia się w domatorów, a ja ciągle gdzieś się pcham. Tak jak mi mówiono, że dzieckiem byłam grzeczniutkim, tak w moim dorosłym życiu nieustanne zawirowania, dramaty, wichry namiętności. Walka nieustanna. A teraz jeszcze rewolucjonistka-kryminalistka.

Jest pani autorką transparentu „Polka Nie-podległa”: do znaku Polski Walczącej dorysowała pani kółka ze strzałką i krzyżykiem – symbole płci męskiej i żeńskiej. Stanęła pani za to przed sądem wraz z dwojgiem młodych działaczy Zielonych. Dlaczego Elżbieta Hołoweńko, lat 69, zrobiła taki transparent?

W 2000 r. wróciłam do Warszawy. Uciekałam z pełnego przemocy małżeństwa, w którym byłam 20 lat. Miałam wtedy 52 lata, 2 tys. zł w kieszeni i dwójkę dzieci w szkole średniej. Mój bunt przyszedł późno, ale cieszę się, że przyszedł. W Warszawie zaczęłam chodzić na Manify. Robiłam transparenty, stałam z nimi sama, niemłoda wśród tych w większości młodych kobiet. A potem znalazłam Zielonych i poczułam, że nie jestem sama. Zrobiłam wiele transparentów, z którymi występowali Zieloni. Ostatnie moje hasło, które wielu podchwyciło, to „Jeszcze Puszcza nie zginęła”. A „Polkę Nie-podległą” namalowałam już w 2013 r., szliśmy z nią w wielu demonstracjach. I byłam zdumiona, gdy nagle w zeszłym roku podczas Marszu Godności w obronie praw kobiet zaczepiła mnie prawicowa telewizja z pytaniem, czy nie znieważam.

Transparent autorstwa Elżbiety Hołoweńko , 2017 r.Transparent autorstwa Elżbiety Hołoweńko , 2017 r. Fot. Michal Wende/REPORTER/ East News

Nie spodziewała się pani tego?

Gdzie tu znieważenie? Pytam o to, czy kobiety i mężczyźni, którzy w równym stopniu walczyli o niepodległość, mają w Polsce równe prawa. Czy jesteśmy niepodległe, czy podległe? Użyłam tego znaku, bo przemawiał do mnie mocno. Moja babcia i mama brały udział w powstaniu warszawskim. I ja miałabym znieważać ten znak?

Zawiadomienie do prokuratury złożyli członkowie internetowego kanału Apetyt na Prawdę. Sędzia, który 5 października wyrokował w tej sprawie, zdecydował jednak, że nie znieważyliście Polski Walczącej. „W ocenie Sądu nie sposób doszukiwać się w zachowaniu i intencjach obwinionych chęci pomniejszania wagi tego symbolu i kwestionowania wartości, które są z nim utożsamiane” – uzasadniał. „Połączenia tego Znaku z symbolami płci nie doprowadziło do pomniejszenia jego wartości, jego zdeprecjonowania. Wymowy tego transparentu nie można ocenić jako wulgarnej, prześmiewczej czy budzącej niesmak”. Przypominał też o prawie do wolności słowa. Ale właśnie dostaliście informację, że będzie apelacja. Składa ją oskarżyciel publiczny – policja.

Nasz adwokat mówi, że spodziewał się apelacji. Ja natomiast liczyłam na rozsądek oskarżyciela, bo cała ta awantura i oskarżenie wydają się groteskowe.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Sąd: Zieloni nie znieważyli znaku Polski Walczącej, przerabiając go na kobiecej demonstracji

W jaki sposób babcia i mama brały udział w powstaniu warszawskim?

Mieszkały na Starówce. Babcia pochodziła ze wsi Pupkowizna na Kurpiach, potem wyjechała z mężem do Hajnówki i tam w 1926 r. urodziła się mama. Dziadek był muzykiem amatorem, uczył mamę grać na skrzypcach, okazała się bardzo zdolna, więc przeprowadzili się do Warszawy, żeby mogła się kształcić. Gdy wybuchło powstanie, mama w futerale ze skrzypcami przenosiła informacje jako łączniczka. Zdarzały się też nieduże pistolety. Pierwszy raz, gdy coś przenosiła, nie wiedziała nawet, że coś tam ma. I wtedy właśnie sprawdzili ją Niemcy. Nie zajrzeli pod skrzypce.

Mama grała na ślubach powstańczych. Opowiadała: ona stała na barykadzie, pod barykadą odbywał się ślub i wszyscy płakali, gdy grała marsz Mendelssohna. Babcia opowiadała, jak gotowała dla powstańców, a gdy nie było z czego, to z padłych koni.

W opowieściach babci nie było nic wzniosłego. Mówiła, jaką tragedią było to, gdy wychodził cały oddział chłopaków na akcję, młodych, pięknych, a wracało dwóch, trzech.

Ktoś z pani bliskich zginął?

Nie. Wywieziono ich potem na roboty do Niemiec. Babcia opowiadała, że jak weszli Rosjanie, to była przez dziesięciu zgwałcona. A potem skrobała się u pokątnej znachorki.

Gdzie to było w Niemczech?

Nie wiem. Teraz mi żal, że może za mało pytałam.

Gdy byłam mała, babcia mieszkała z nami. Mama grała w orkiestrze, ojciec wojskowy ciągle w pracy i właściwie to babcia zajmowała się mną i trójką rodzeństwa. Gotowała, dźwigała siaty, pilnowała, czy lekcje odrabiamy, chociaż skończyła trzy klasy. Odeszła od nas, gdy miałam 12 lat. Myślę, że miała dość. My mieszkaliśmy wtedy w Olsztynie, bo ojciec tam pracował. Kiedy potem przyjechałam do Warszawy na studia, to babcia była dozorczynią nocną w podstawówce przy Bednarskiej. Sypiałam u niej, gdy nie miałam gdzie: a to w gabinecie dentystycznym, a to w sali gimnastycznej, kotłowni. Jeśli zupa zostawała w stołówce, to babcia dokarmiała mnie i moich kolegów ze studiów.

A mama?

Pokażę ci zdjęcie z czasu, gdy ma już czwórkę dzieci. Ale mówmy już sobie na ty, nie dam rady dłużej na pani.

Wspaniałe to zdjęcie. Gdzie to jest?

Chyba jezioro mazurskie, jakaś zabawa na statku, lata 50. Mama gra na skrzypcach z zespołem. Była śliczna, łagodna, wszyscy ją kochali. Mówiła, że najważniejszą rzeczą w jej życiu są skrzypce. Nie miałam 16 lat, gdy uciekła z klarnecistą.

Mama uciekła?

Pamiętam, jak zapytała, czy chcę z nią jechać. Taksówka stała pod domem. Ojca nie było. Moje młodsze siostry Wiesia i Hania spakowane jechały z nią. Ja: „Mamo, ale dlaczego odchodzisz?”. A mama: „Kiedyś to zrozumiesz, ja bardzo, bardzo go kocham”.

Zapakowała rzeczy w jakąś pościel. Nie pamiętam walizek. Nawrzucała do taksówki i wyjechała.

Nie pojechałaś z nią?

Nie. Byłam wtedy zakochana. Pierwsza miłość. Nie wyobrażałam sobie wyjazdu z Olsztyna. Zostałam z ojcem i starszym bratem.

Co myślałaś o mamie?

W tamtej chwili chyba jakoś zaakceptowałam jej wybór. Może dlatego, że sama byłam zakochana?

Wiesz, ona ciągle była jakby nieobecna, jakby obok stała. Nie pamiętam, żeby nas przytulała. Chyba bardziej traktowaliśmy ją jak starszą siostrę. Babcia była mamą.

Ale potem miałam żal. Bo nie bardzo chciała się ze mną widywać. Kiedyś w czasie studenckiego obozu OHP zorganizowano nam wyjście do opery, patrzę: mama gra w orkiestrze! Pędzę w czasie przerwy. „Mamo!” A ona mi do ucha: „Nie mów do mnie mamo. Jestem twoją koleżanką”.

Dlaczego?

Bo klarnecista miał lat dwadzieścia parę, a mama była koło czterdziestki. Ukrywała swój wiek. I chyba udawała, że ma tylko dwójkę dzieci.

Potrafisz mamę zrozumieć?

Staram się. Czwórka dzieci, jedno za drugim. Gdy urodziło się czwarte, to ojciec przyszedł do babci: „Mamuśka, powiedz, co mamy robić, żeby tych dzieci już więcej nie robić”.

I wojna – na młodych ludzi to musiało dramatycznie wpłynąć. I ta matka zamknięta w swoim świecie. Podobno za ojca wyszła, nie kochając go, tak mówiła, chociaż ja mam inne wspomnienia. Miała swój świat, była inna. Jak odeszła, Olsztyn huczał z oburzenia.

Ojciec jaki był?

Łatwo się denerwował, ale przy tym był łagodny. Melancholijny choleryk. Kochał nas. Ale gdy mama odeszła, zwalił na mnie winę. Że mogłam ją przekonać, żeby została. Szalał po odejściu matki. A potem znalazł inną kobietę i się ożenił. I to była dla mnie prawdziwa macocha, zła jak w bajkach. Gdy zdałam na studia, wyrzucili mnie z domu.

Jak wtedy żyłaś?

Miałam 19 lat, gdy wyszłam za mąż za Maćka, tę pierwszą miłość. Ale szybko się rozwiedliśmy. Dzięki niemu jednak dużo fajnych rzeczy zadziało się w moim życiu. Rodzice nie zwracali uwagi na moje talenty, a on je zauważył. Jak byłam mała, bardzo chciałam być skrzypaczką. I ciągle rysowałam, jak będę skrzypaczką. To Maciek mnie namówił, żebym zdawała na studia plastyczne. Jeszcze teraz nie mogę uwierzyć, że się dostałam. Dwa razy próbowałam do Warszawy, za trzecim razem zdałam do Torunia, potem przeniosłam się na grafikę użytkową na warszawską ASP. Jedna z moich koleżanek z zajęć plastycznych w domu kultury w Olsztynie zdała za szóstym razem. Takie byłyśmy uparte. Dziś myślę, że to jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie dla siebie zrobiłam w życiu – że się uparłam.

Siedzimy w twoim mieszkaniu. I ja nie mogę oderwać oczu od tego zdjęcia na ścianie. To ty?

To ja.

Ile tu masz lat?

19. Chyba już jestem po ślubie.

Zrobione na wystawie twoich prac?

W domu kultury, gdzie uczyłam się rysunku.

Wyglądasz bosko.

Mówili, że jestem najładniejszą dziewczyną w Olsztynie. Ale ja chyba za bardzo nie zdawałam sobie z tego sprawy. Byłam potwornie zakompleksiona. Paraliżowało mnie, gdy miałam powiedzieć parę zdań przed gronem większym niż dwie osoby. Strasznie się bałam, żeby nie wyjść na głupią dziewuchę.

Elżbieta Hołoweńko w wieku lat 19Elżbieta Hołoweńko w wieku lat 19 Fot. archiwum prywatne

Utalentowana, piękna. Skąd ten strach?

Nie wiem. Potem na studiach w Toruniu kompleksy minęły, bo chwalono mnie, jako pierwsza na roku dostałam piątkę z rysunków. Toruńskie lata były wspaniałe. Chociaż gdy przychodziły wakacje, nie miałam co ze sobą zrobić, bo do domu nie mogłam wrócić. Bywało, że spałam na dworcu. A potem pojawił się Mały.

Czyli?

Mój drugi mąż. Był kolegą pierwszego, mieszkali w jednym pokoju w akademiku. Bardzo się mną zainteresował, gdy byłam już po rozwodzie. Mój pierwszy mąż przerzucił tylko moje zdjęcia do szuflady Małego: „Już do ciebie należą”. Zamieszkałam z Małym, zaszłam w ciążę i postanowiliśmy się pobrać. Gdy urodziła się Marysia, nie bardzo sobie radziliśmy. Oboje studiowaliśmy. Po roku wymyśliliśmy, że oddamy Marysię do żłobka tygodniowego. I wtedy teściowa z Łodzi nas przekonała, że ona lepiej się nią zaopiekuje. Marysia była u teściów dwa lata, dopóki nie zrobiłam dyplomu. Jeździliśmy do niej co tydzień. Cały czas mam wyrzuty sumienia z tego powodu.

Byliście młodzi, nie radziliście sobie.

Ale też mogliśmy sobie pobalangować w ciągu tygodnia. Więc ja też nie byłam dobrą matką. Nie nadawałam się jeszcze na matkę. No a potem pojawił się ten trzeci.

Kim był?

Znany architekt, jeden z projektantów Ursynowa. Miał ogromną charyzmę. Wszyscy go uwielbiali. Kupił starą chałupę w górach i tam się przeniósł. Zafascynowany góralszczyzną. Odwiedzaliśmy go tam z Małym. I oszalałam z miłości. Byłam pewna, że to ta wielka miłość, na którą całe życie czekałam. Rozwiodłam się. Gotowa na wszystko, byle być z nim.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Kobiety kochające za bardzo

Zrobiłaś trochę jak twoja mama?

Powtórzyłam los mamy. Zabrałam ze sobą Marysię, ale po czterech latach odwiozłam ją do ojca do Warszawy, któremu zostawiłam nasz wspólny strych na Mariensztacie. Dla mnie to było bardzo trudne, ale dla Marysi lepsze, bo myśmy przez pierwsze sześć lat, zanim Piotrek wyremontował chałupę, mieszkali w maleńkiej stajni. Kibelek na dworze. Łazienka to był stolik z dziurą i miską. Gdy urodziłam Helenkę, to wody nie było przez dziesięć miesięcy. Próbowaliśmy śnieg topić. To jedna z najwyżej położonych osad w Polsce. Dojazd tak stromy, że ludzie z Warszawy bali się jeździć latem, a ja całą zimę dzieci woziłam do szkoły. Zaszłam w kolejną ciążę. Helenka mała. Ojciec Marysi ciągle pytał, czy nie przywiozłabym mu jej do Warszawy. Musiałam podjąć decyzję.

Ile lat tam mieszkałaś?

20. Pokażę ci zdjęcia. To ja w trzeciej ciąży z Frankiem, Helenkę trzymam na rękach, obok Marysia. A tu nasza chałupa, już wyremontowana.

Wspaniała.

Opisywana była w gazetach jako jeden z piękniejszych tego rodzaju domów w Europie. Piotrek zrobił wszystko sam. Był naprawdę zdolny. Zobacz, tu wyrzeźbił okna, drzwi, kołyski dla dzieci, piec sam zbudował. A tu 44 lata kończę. Impreza. Dużo ludzi do nas przyjeżdżało, wszyscy zachwyceni.

Czego nie widać na zdjęciach?

Tragedii. Piotrek był alkoholikiem. Strasznie nas poniżał. Bywał też cudownie czuły i takiego go poznałam. Jak tam pojechałam, zobaczyłam jego drugą twarz. Było coraz gorzej, a ja nie zdawałam sobie sprawy, co to choroba alkoholowa. Ciągle miałam nadzieję, że on się zmieni.

Gdy chodziłam potem na terapię, to słyszałam to od każdej kobiety: jak strasznie trudno się wyzwolić z takiego związku. A gdy to jest taki człowiek jak on, wybitnie inteligentny, to nie możesz uwierzyć, że to jego wina, widocznie coś ze mną jest nie tak.

Straszne jest to współuzależnienie. Bo jednocześnie swoje frustracje wyładowujesz na dzieciach, drzesz się, dajesz klapsy. Franek kiedyś powiedział: „Mamo, wiesz, że ty nas biłaś?”. Hela: „Co ty opowiadasz? Mama tylko klapsy nam dawała!”.

A on cię bił?

Były szarpaniny. Raz dostałam pięścią w twarz. Do dziś nie wiem, jak to możliwe, że tak długo w tym tkwiłam. Fakt, że to było też uzależnienie ekonomiczne, bo ja z tymi dziećmi małymi... Nie miałam dokąd uciec. I taki ogrom uczucia, który władowałam w Piotrka. Do tej pory wydaje mi się, że przeżyć taką miłość to jest zupełnie niemożliwe.

Co się musiało stać, że zdołałaś odejść?

Nieraz mówiłam: odchodzę. Wtedy klękał, błagał. Na chwilę przestawał pić, były znów momenty szczęśliwe. Ale coraz rzadziej. Potem był już tylko strach. Zaczął ganiać z siekierą, groził, że mnie zabije.

Zrobiłam później cykl obrazów. Ten był pierwszy, zobacz: to ja jestem ta naga w walizce. Bo ciągle się pakowałam i mówiłam, że wyjeżdżam. Ale nie byłam gotowa.

Najpierw Helenka wyjechała do liceum w Warszawie. Potem Franek. I tego się chwyciłam, powiedziałam, że jadę z dziećmi zarabiać na ich wykształcenie.

Przyjeżdżasz do Warszawy i jak sobie radzisz? Mówiłaś, że miałaś tylko 2 tys. zł w kieszeni.

Wynajmuję mieszkanie, płacę za miesiąc. Pukam do starych znajomych i oni mi pomagają, szukają dla mnie zleceń. Wszystko, co mi dają, to robię. Zasuwam dzień i noc. Nawet jak mi dają haft krzyżykowy do rozrysowania, to robię. Jak mi dają mural, to też. Maluję meble, wanny. Pracuję w czasopismach wnętrzarskich jako stylistka.

Radzę sobie. I to było dla mnie niesamowite. Od Piotrka słyszałam: „Nie poradzisz sobie beze mnie”.

Wydawało mi się, że jestem jak zasznurowana, że nic już w życiu nie zrobię, tylko śmierć mnie czeka. Ale kiedy zostałam sama, świat się otworzył.

Przez te 20 lat nie pracowałaś zawodowo?

Przez pierwsze sześć lat nie było warunków. Później zrobiłam sporo prac: obrazy na szkle, „Zielniki”, malowane meble, szyłam, haftowałam.

„Zielniki” wiszą tutaj na ścianach: połączenie grafiki, zasuszonych roślin, tkanin i fragmentów wierszy.

Zaczęło się od ozdabiania listów i kartek. Potem pomyślałam, że taka miniatura może być dziełkiem sztuki. Byłam członkinią Związku Artystów Plastyków w Zakopanem. Pierwszy „Zielnik” na wystawę do BWA w Zakopanem był z wierszem Leśmiana, tryptyk złożony z kilkudziesięciu okienek. A tu wiszą z fragmentami wierszy Szymborskiej. W 2003 r. ukazały się w albumie. Napisałam do pani Szymborskiej, że robię takie rzeczy i czy ona się zgadza, żebym wykorzystywała fragmenty jej wierszy. I to jest pierwsza karteczka, którą od niej dostałam.

„Pani Elżbieto, zielnik i obrazek w ramkach są prześliczne i bardzo, bardzo mnie wzruszyły. Dziękuję”.

A to kolejne karteczki.

Cały stos! Słynne pocztówki wyklejanki Szymborskiej.

Pisała do mnie, bo wysyłałam jej swoje prace. A tu książeczka od niej z dedykacją: „Pani Eli, drogiej mi bardzo”. To wtedy dawało mi siłę do życia.

„Spojrzał, dodał mi urody, a ja wzięłam ją jak swoją. Szczęśliwa, połknęłam gwiazdę”. Siebie w Szymborskiej znajdowałaś?

Tak.

Delikatne, koronkowe są te prace. A potem uciekasz i w Warszawie robisz cykl obrazów na betonie.

W 2007 r. zaproponowano mi wystawę w Tygmoncie. Moja przyjaciółka wiedziała, że chodzę z myślą o takim cyklu, i wtedy powiedziała: „Elka, musisz to zrobić”. Dała mi pieniądze na życie na dwa miesiące, żebym mogła zająć się tylko tym.

Dlaczego na betonie?

Bo mnie się w tym małżeństwie wydawało, że walę głową w betonowy mur. Marzyłam, żeby zrobić to na dużych blokach betonowych, ale takich możliwości nie miałam, więc na najgrubszą tekturę naniosłam zaprawę. Zrobiłam dziewięć obrazów. Pierwszy był ten, na którym leżę w walizce. Gdy go namalowałam, to na noc musiałam odwracać, bo płakałam.

Na innym obrazie cytujesz Annę Janko z „Dziewczyny z zapałkami”: „Śmiesz powtarzać mi, że wydaję twoje pieniądze?! Że utrzymujesz cały dom?! Gdybym ci wystawiła rachunek, to nie byłbyś w stanie nie tylko go spłacić, ale nawet pojąć tego bilansu! Rachunek za ciąże donoszone i niedonoszone, za ciężkie porody, za choroby wynikłe z faktu bycia twoją kochanką oraz matką twoich dzieci; rachunek za rozkosz zbyt błahą i za kilka gwałtów; za samotność we dwoje, za banał straconych złudzeń i niespełnionych nadziei; rachunek za sprofanowane święta i za jałowy dzień za dniem; za mój gniew i twój krzyk; za odmowę współistnienia, za utratę miłości, za starość w środku życia...”.

To było o mnie. Pasował ten tekst do obrazu, na którym namalowałam bunt kobiet traktowanych przedmiotowo jak manekiny czy roboty.

Wyglądają jak mścicielki.

Niech ci się nie wydaje, że my nie umiemy mówić.

A cytat na tym obrazie: „Nie po to skończyłem wyższe studia, żeby sypać cukier do cukierniczki”?

To z mojego eksmałżonka (śmiech). Autentyczna sytuacja. Przyszedł do kuchni: „Nie ma cukru w cukierniczce!”. A ja: „To nasyp sobie”. „Co, kurwa! Ja? Nie po to skończyłem wyższe studia, żeby sypać cukier do cukierniczki”.

Na twoich obrazach jest dramat, ale też dużo ironii.

Krzysztof, znajomy trzeźwy alkoholik, stanął przed tym obrazem i zaczął się śmiać: „Elka, no k...a, jakbym siebie widział!”.

A tutaj już, zobacz, idę z moim pierwszym transparentem z Zielonymi.

Trzy miesiące po przyłączeniu do partii zostałaś szefową warszawskich Zielonych.

Bo nikt akurat nie chciał (śmiech). A ja po tych latach zamknięcia bardzo chciałam działać. Jestem jedną z najstarszych, ale lubię działać z młodymi.

Policja znosiła mnie z trzeciego piętra, gdy blokowaliśmy eksmisję z kamienicy, którą przejęła mafia reprywatyzacyjna.

A tu Manifa kilka lat temu i mój transparent.

„Zatrudnię na stałe: sprzątacza, kucharza, wychowawcę, zaopatrzeniowca, pielęgniarza, kierowcę. Pensja: 0 zł”.

To także o pomijanej pracy domowej kobiet.

Miałaś też interesujący transparent na jednej z ostatnich Manif: „Więcej seksu dla seniorek!”.

Przygotowałam go najpierw w teatrze dla seniorek, w którym grałam. Polityka senioralna to jeden z tematów dla mnie ważnych.

A kiedy ty poczułaś się seniorką?

Wiesz, to jest tak: w środku masz ciągle młodą kobietę, tylko zostałaś obudowana jakimś innym ciałem. Czasami gdy idę ulicą i zobaczę odbicie w witrynie sklepowej, to się dziwię: to ja?

Oczywiście, mam takie momenty, że czuję „starość, czczość wędrowania” – jak pisała Szymborska w „Żonie Lota”. Na tej rozprawie w sądzie czułam się niepewnie, bo dzień wcześniej rąbnęłam głową w posadzkę, gdy wychodziłam spod prysznica. Pozbierałam się jakoś i wsiadłam na rower, bo mieliśmy kongres programowy Zielonych. Ale musiałam być niepewna po tym upadku, bo straciłam równowagę, przekoziołkowałam z rowerem i rąbnęłam po raz drugi (śmiech). W takich momentach myślisz: o kurczę, to już nie podskoczę jak wtedy, gdy miałam 20 lat...

Zagrałaś w filmie „Założę czerwone spodnie” o starszych kobietach żyjących aktywnie. Mówisz tam, że na starość mija wiele kompleksów i że z wiekiem zyskałaś butę i chęć do walki.

Starość daje sporo wolności. Jak jesteś młoda, to ci strasznie zależy na opinii innych, żeby cię doceniono, żeby nie popełnić błędów. Dziś czuję się od tego wolna. I byłam nieśmiała, a nagle – jak widzisz – okazało się, że stałam się waleczną kobietą.

Mówisz też w filmie: „Przez dużą część życia jesteśmy starymi kobietami”.

Bo to prawda. Już po pięćdziesiątce zaczynają cię zaliczać do starych. Ale nie można się z tego powodu wycofywać. Często traktuje się seniorów/seniorki jak ludzi niepełnosprawnych, nie tylko fizycznie. Mnie to zaczęło strasznie wkurzać, dostawałam piany, gdy młody człowiek, który prowadził w jednej organizacji zajęcia dla seniorów, mówił do nas jak do dzieci: „My wiemy od was lepiej, co dla was dobre”. A dlaczego? Skąd wiesz, że ja nie wiem lepiej od ciebie?! I nie podobają mi się też te wszystkie getta dla seniorów. Lubię różnorodność.

 

Fryzurę masz młodą, świetną.

Moja córka Hela robi sobie szalone fryzury i kiedyś jej pozazdrościłam, bo miała taki kucyk. Zrobiłam sobie, zaczął rosnąć i teraz mam taki piękny warkocz. Inne seniorki są zachwycone.

Angażujesz się w dziesiątki rzeczy.

Wszędzie się pcham. Pokażę ci zdjęcia z performance’u Komuny//Warszawa „Okrągły Stół. Rekonstrukcja”. Grałam w grupie rekonstrukcyjnej w roli Wiatru Historii. Wchodziliśmy na stoły ustawione pod Pałacem Kultury. Gdy przyszła moja kolej na próbie, pomyślałam: o kurczę, nie wejdę... Byłam najstarsza. Ale po kilku wejściach było już łatwo.

Grasz też w spektaklu „Gwałt. Głosy” w Teatrze Powszechnym.

Jestem szczęśliwa, że biorę w tym udział. Fundacja Ster zrobiła badania na temat przemocy seksualnej wobec kobiet. Byłam jedną z ankieterek. W połowie myślałam, że się wycofam. To był koszmar. Przerażające, co kobiety przeżywają i ukrywają. Na podstawie tych ankiet powstał spektakl w reżyserii Agnieszki Błońskiej. Jestem też w zespole teatru Scena dla Twardziela – wspaniała przygoda na stare lata.

I jesteś też matką chrzestną Samych Suk.

Można tak powiedzieć. Wymyśliłam nazwę zespołu, której dziewczyny początkowo trochę się obawiały.

Twoja córka Hela gra w Samych Sukach. A nazwa pochodzi od instrumentu, na którym gra – suki biłgorajskiej. Wystąpiłaś w pierwszym teledysku zespołu.

Do tekstu mojej córki, o 11 kochankach. Ja jestem w drugiej zwrotce: „Drugiemu robiła obiady i pranie, żeby w zamian dostać za to lanie”. On siedzi z paseczkiem i jesteśmy oboje tacy szczęśliwi.

 

Z Helą chyba dobrze się rozumiecie?

Tak, czuję jej wielkie wsparcie i miłość. Trudniejsze mam relacje z Marysią – w końcu ma ku temu ważne powody. I mam jeszcze ukochane wnuczki, jej córki.

Marysia kiedyś mi powiedziała, że nie wyszło mi życie rodzinne, to się pakuję w demonstracje, działania społeczne.

A ja przyznaję: no tak, nie wyszło mi życie rodzinne. Ale odpowiada mi to życie, które teraz mam. Nie chcę siedzieć samotnie przed telewizorem i płakać.

A już teraz, gdy mam to mieszkanko... Nigdy żadnemu facetowi nie powiedziałam tyle razy „kocham cię” jak temu mieszkanku. A mam je od marca. Przedtem wynajmowałam pokoje w cudzych mieszkaniach. I w końcu dostałam mieszkanie komunalne. To było wyzwolenie, ulga, że nie musisz się dostosować do kogoś, u kogo mieszkasz.

Ile tu masz metrów?

20. Kuchenka, łazienka, pokój. Najpiękniejsze 20 metrów na świecie! Wnuczka ostatnio mnie zapytała: „Czy ty nie czujesz się, babciu, samotna, tak sama mieszkasz?”. „Nie, Uleńko, czuję się cudownie”. To jest dla mnie luksus. Znajome dziewczyny mówią mi: „Elka, powinnaś jeszcze znaleźć sobie faceta”. Akurat!

To, że zostałam sama, okazało się dla mnie wartością. Otworzyłam się na świat i na siebie. Przyglądam się, o co chodziło mi z tą miłością.

O co chodziło ci z tą miłością?

Myślę, że zawsze żyłam w przekonaniu, że tylko mężczyzna i miłość do niego może mi dać szczęście. Innego sobie nie wyobrażałam. A potem to odkrycie nagle, gdy miałam lat 50, że może być inaczej, że możesz pójść sama, gdzie chcesz.

Nosiłaś nazwiska po trzech mężach, teraz wróciłaś do panieńskiego – Hołoweńko.

Wróciłam do siebie. A Hołoweńko jest po prababce Ukraince. Gdzieś pod Stanisławowem mieszkała. O, moja prababka, to też historia... Zakochała się w wiedeńczyku.

Skąd tam wiedeńczyk?

Cholera wie. Wiadomo, że zrobił jej dziecko. Rodzina ją wyklęła. W ciąży pojechała za nim do Wiednia. W Wiedniu okazało się, że wiedeńczyk ma rodzinę i z prababką nie chce mieć nic wspólnego. Zostawiła dziecko w przytułku. Dała mu po jego ojcu imię Rudolf. I to był mój dziadek – Rudolf Hołoweńko. Z przytułku wzięła go podobno księżna Ogińska, która adoptowała sporo dzieci.

A prababka?

Wróciła z Wiednia, ale nie wiem, co potem się z nią działo.

A twoja mama?

Wszyscy mówili, że klarnecista pobawi się nią i porzuci. Byli ze sobą do końca. Mama zmarła w tym roku. Miała 91 lat. Wciąż tęsknię za jej miłością.

Co zrobicie z transparentem „Polka Nie-podległa”? Będzie na kolejnych demonstracjach?

Rok temu na placu Zamkowym potwornie lał deszcz i transparent spłynął nam tak, że wygląda, jakby miał sto lat. Nadaje się do gabloty historycznej.

Zrobisz kolejny?

Chciałabym zrobić przerwę w twórczości rewolucyjnej i wrócić do mojego malarstwa, „Zielników”. Bo ile czasu mi zostało? A chciałabym tyle zrobić. Na początek w październiku miałam trzy wystawy. W każdym razie emerytura na mnie nie czeka, będę pracować do końca życia.

Nie masz emerytury?

Całe życie pracowałam na zlecenie – mam tylko pięć lat składkowych. Ale myślę sobie, że jak się cały czas pracuje, to człowiek młodziej się czuje. Teraz pracuję m.in. w Lesie Rąk i w Warsztacie Warszawskim – śródmiejskim miejscu aktywności lokalnej, bardzo fajnym, pełnym wydarzeń i ludzi.

Co tam robisz?

Wcześniej prowadziłam warsztaty dla seniorów, a teraz pracuję w Info Punkcie. Wczoraj przyszła 95-letnia kobieta, dwa tygodnie temu zmarła jej ukochana córka. Nie ma już nikogo. Przyszła zapytać, co tu się dzieje, bo chciałaby pobyć z ludźmi.