Halina Birenbaum jest nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów" 2017.

Zagłosuj na Superbohaterkę 2017 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Halina Birenbaum: Patrzy pani na mój numer na przedramieniu? 48693. I trójkąt, połowa gwiazdy Dawida.

Syn miał trzy lata, kiedy o niego zapytał: „A coś ty tu sobie narysowała?!”.

Monika Tutak-Goll: I co pani powiedziała?

Że to nie ja. To była wojna. Źli ludzie mi to zrobili. „Jacy źli ludzie?”, dopytywał.

Odpowiedziała pani?

Nie od razu, nie trzylatkowi. Musiałam mówić, bo synowie ciągle pytali.

Zrobiłam im kiedyś, już w Izraelu, makaron z serem i cukrem, taki, jaki jadałam w rodzinnym domu w Polsce. „Moja mama tak robiła”, pochwaliłam się. „A gdzie jest teraz twoja mama? Dlaczego jej nie ma?”

Musiałam mówić dlaczego. I dlaczego nie ma już nikogo z naszej rodziny. I że numer na przedramieniu wytatuowała mi w Auschwitz Słowaczka, bo jej kazali.

Przeżyłam getto, Majdanek, Auschwitz, Ravensbrück i Neustadt-Glewe. Straciłam ojca, matkę, brata, bratową, ciotkę, wuja, kuzynów, dziadków. Wszystkich, których mocno kochałam.

Pamiętam pewne święta po wojnie. Mieszkamy już w Izraelu, syn ma cztery lata, przybiega do mnie i pyta: „Dokąd pojedziemy? Kto do nas przyjedzie? Kto będzie? Bo u wszystkich tyle ludzi się spotyka!”. Nie wytrzymałam: „My nikogo nie mamy, do nikogo nie jedziemy i nie pytaj mnie więcej nigdy o takie rzeczy!”. Zaczęłam łkać. Nie wiedział, o co mi chodzi.

Kiedyś przyszła do mnie znajoma, urodzona w Izraelu, i zaczęła opowiadać o swojej matce. A mój syn w śmiech: „Popatrz, taka duża, a jeszcze ma matkę!”. Miał wtedy pięć lat. Nie wyobrażał sobie, że dorosły człowiek może mieć matkę, bo ja nie miałam.

Halina Birenbaum z synamiHalina Birenbaum z synami Fot. Archiwum prywatne

Kiedy zamordowano pani matkę, miała pani 13 lat.

Moją matkę zagazowano na Majdanku. Przez całe życie otaczałam się starszymi kobietami, całe życie jej szukałam.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Zofia Posmysz, Alicja Gawlikowska-Świerczyńska, Joanna Penson. Trzy opowieści z obozów koncentracyjnych

Byłyście nierozłączne.

Przeżyłam w warszawskim getcie tylko dzięki matce. Chroniła mnie i ukrywała. Nie odstępowała na krok. Zabierała mnie nawet do pracy, kiedy szyła mundury dla żołnierzy Wehrmachtu w szopie krawieckim Schultza na Nowolipiu. Za 20 godzin pracy dostawała trochę zupy, żebyśmy mogły przeżyć. Chodziłam tam z nią, chowałam się za maszyną do szycia lub pod krzesłem.

Kiedy nasze mieszkanie przy Nowiniarskiej spłonęło, ukrywałyśmy się w bunkrach, piwnicach i na strychach. Każdego dnia budziłyśmy się z myślą: gdzie się schowamy jutro?

Czy będzie można wrócić w to samo miejsce? Jeszcze w getcie trzymaliśmy się jakoś razem z moim bratem Markiem, bratem Chilkiem, bratową Helą, kuzynką Haliną i siostrą mojej mamy Felą.

A ojciec?

Ojca zabrali do Treblinki z Umschlagplatzu. Miał wtedy 47 lat. Matka straciła najpierw jego, a potem swoją siostrę Felę. Kochała ją nad życie. Nie mogła pogodzić się z jej śmiercią. Rozpaczała bardziej niż kiedykolwiek. Skurczyła się w sobie. Ciotkę zabrano podczas łapanki na Lesznie. Hitlerowcy zablokowali wtedy całą ulicę, nie miałyśmy gdzie uciec. Fela ukryła mnie, Halinkę i dwoje dzieci sąsiadki w komórce znajdującej się w ścianie strychu. Zamknęła nas na kłódkę i zastawiła połamanymi drzwiami. My siedziałyśmy na dolnej półce, tamte dzieci na górnej. Jedno miało cztery lata, drugie sześć. W pewnym momencie hitlerowcy weszli na strych. Sprawdzali każdy kąt. Dzieci, które siedziały nad nami, zsikały się nam na głowy, ze strachu. Nie wytrzymały. Wystarczył głośniejszy oddech, piśnięcie i wszyscy bylibyśmy straceni. Wytrzymaliśmy w komórce do wieczora. Drzwiczki otworzyła moja matka. Okazało się, że ciotkę i sąsiadkę zabrano na Umschlagplatz. Mąż sąsiadki załamał się, zabrał te dzieci, które siedziały ze mną w komórce, i poszedł z nimi dobrowolnie do transportu. Postanowił dołączyć do żony.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Czy ktoś pamięta? Obóz koncentracyjny dla dzieci w Łodzi

Co się działo z wami?

Bez przerwy uciekałyśmy. Ale matka nigdy nie dawała po sobie poznać, że się boi. Ubóstwiałam ją za ten spokój. Najpierw tłumaczyła nam, że tymi wagonami wiozą ludzi do pracy. „Skoro do pracy, to czemu tam nie pójdziemy?”, pytałam. Wyobrażałam sobie, że wszędzie będzie lepiej niż w getcie. Ale potem zaczęła nam tłumaczyć, że nie możemy iść do wagonów, bo wagony to śmierć, a na śmierć jeszcze zdążymy. Przy tym wszystkim matka zawsze była sobą, kiedy nic już nie było takie, jak było. Pamiętam, jak ukrywałyśmy się w jakimś mieszkaniu, a ona wieczorem przed snem podnosiła koc i sprawdzała, czy umyłam nogi.

Nie mamy co jeść, co chwila ginie człowiek, a matka sprawdza, czy umyłam nogi! Nie mogłam tego zrozumieć. A ona próbowała zachować jeszcze resztki tego normalnego życia, żebym nie czuła, że jest coraz gorzej.

Kiedyś szykowała nam zapasy na siedzenie w bunkrze. Miała jakieś ciastka, mnie ich nie dawała. Ale Heli, mojej bratowej, i Halince, mojej kuzynce, owszem. Patrzyłam na te ciastka zachłannie, byłam zazdrosna. Matka to zauważyła. „Słuchaj, one nikogo więcej nie mają na świecie, a ja ich nie mogę kochać tak jak ciebie. Niech chociaż mają to ciasteczko. Niech raz poczują coś lepszego”, powiedziała. Wstyd mi się zrobiło.

Gdy nie było już co jeść, dzieliła po równo. Jak dwa tygodnie siedziałyśmy na strychu przy ulicy Miłej razem z kilkudziesięcioma osobami, matka raz na kilka godzin dawała mnie, Heli i Halince po dwie skwaśniałe od gorąca kluski i odrobinę herbaty, żebyśmy tylko nie mdlały.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Zagłada Żydów ze wsi Strzegom. Przyszły do nas dzieci z lasu. Zjadły ziemniaki, co stały dla świń

Gdzie potem trafiłyście?

Do bunkra, też przy ulicy Miłej. Było tam tak ciasno, że nie dało się nawet zapalić zapałki. Tłum, brakowało tlenu. Byłyśmy tam trzy tygodnie, bunkier wypełnił się do granic. Ludzie zaczęli padać. Matka co chwila cuciła mnie z omdlenia. Prawie cały czas spałam, osłabiona, przegrzana. Ale w końcu nas wykryli, zawieźli wieczorem wszystkich na Umschlagplatz. Wiesz, co znaczy być w takiej kolumnie z łapanki? Miesiąc ukrywać się na strychach, w piwnicach, gdzie nie masz co jeść, nie masz się gdzie załatwić? Aż tu nagle jesteś na Umschlagplatzu. Skończyła się iluzja, że cię nie złapią.

Matka cały czas kazała mi szczypać się w policzki, robiła warkocze, kazała mówić, że mam 17 lat, zabroniła mi przyznawać się, że mam mniej, bo dzieci w obozie nie potrzebują.

Bała się, że nie przejdę selekcji, że mnie wezmą na eksperymenty.

Pociąg miał przyjechać rano, więc na noc wrzucili nas do sali w gmachu stojącej tam szkoły. Co chwila wpadali hitlerowcy, żądając złota. Ale nikt nic nie miał. Jeden z esesmanów zapowiedział, że będzie ciskał w nas butelkami: kogo trafi, ma mu oddać pieniądze. Siedziałyśmy skulone, matka przygarnęła mnie do siebie. Usłyszałam tylko dźwięk tłuczonego szkła, zatkałam uszy palcami. Nagle poczułam, że matka drży, że łka, że nie może się opanować. Matka płacze? Nie mogłam uwierzyć. Ona nigdy nie płakała. Ona się ze wszystkim godziła. Usłyszałam uderzenia pejcza. Podniosłam głowę i zobaczyłam wtedy Chilka, mojego brata. To w niego trafiła butelka. Był cały zakrwawiony, błagał o wodę. Mama miała kostki cukru i oliwę. Tylko to mogła mu dać.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Zgoda - polski obóz koncentracyjny na Górnym Śląsku. Zaraz po wojnie trafiały tu nastolatki i kobiety z małymi dziećmi. Za "zdradę Narodu"

Rano przyjechały po was bydlęce wagony.

Przez cały transport trzymałam mamę za rękę. Było tak gorąco, że ludzie padali, dusili się. To był maj, 1943 rok. Ja też upadłam. Było mi dobrze, nie czułam już niczego. Aż ktoś przygniótł mi twarz. Zaczęłam się szarpać, wyrwałam się z butów. Weszłam po leżących ludziach, po trupach, do okna.

Tego nie da się opisać ani zrozumieć, ale myśmy nie szukali wtedy godności w swojej śmierci, śmierć była cały czas, myśmy szukali tylko ucieczki od śmierci.

Kiedy wysiedliśmy z wagonu, panował tłok. Jak ja już chciałam wejść do tego obozu, do tej łaźni! Marzyłam o ciepłym baraku, o łóżku. Nie wiedziałyśmy jeszcze, że tam są komory gazowe. Cieszyłyśmy się, że to Majdanek.

Jak to?

Myślałyśmy, że przeżyjemy, że ludzi mordują w Treblince, o Majdanku nic nie wiedziałyśmy. Przy wejściu do łaźni dostałyśmy ubrania, ja – czarną balową suknię. Wyobrażasz sobie? Czarna balowa suknia. Dawali, co zostało po innych ludziach. I od razu zrobili selekcję. Nagle zauważyłam, że mamy nie ma. Zaczęłam szukać jej wzrokiem w tym tłumie. Spojrzałam na Helę, moją bratową, a ona powiedziała tylko: „Nie ma już mamy”.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Zofia Posmysz, Alicja Gawlikowska-Świerczyńska, Joanna Penson. Trzy opowieści z obozów koncentracyjnych

Co się z nią stało?

Matkę zabrali do komory gazowej. To był dla mnie koniec. Nie wyobrażałam sobie, że mam żyć bez niej. Jak? Kręciłam się w kółko i powtarzałam: „Nie ma mamy, nie ma mamy”. Hela powiedziała: „Od teraz ja będę twoją mamą”. Stała mi się najbliższa. Gdyby nie ona, nie przeżyłabym. Całą miłość do mojego brata przelała na mnie. „Jak obie przeżyjemy i Chilek się nie odnajdzie, to nigdy nie wyjdę za mąż i będziemy całe życie razem, ty moje kurczątko”, mówiła. Ale czasem ją przerażałam. Kiedyś powiedziała mi: „Nie patrz tak na mnie! Boję się!”.

Czemu?

Bo ja wpatrywałam się w nią zachłannie, ja chciałam z jej twarzy, z jej oczu wyciągnąć moją mamę, zobaczyć ją jeszcze. Ja nie mogłam się w ogóle pogodzić z myślą, że mamy nie ma.

Byłyśmy z Helą na Majdanku dwa miesiące. Pewnego dnia zagonili nas do komory gazowej.

Siedziałam wtedy w tej komorze i myślałam: ale jak to, ja umrę teraz? Jak to jest umrzeć, tak technicznie? Jak to się odbywa?

Nie wyobrażałam sobie śmierci, chociaż tyle jej widziałam. I myślałam, że to przecież niemożliwe, że coś musi się wydarzyć, że oni na pewno zaraz przegrają wojnę.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Jak się mieszka w barakach po obozie koncentracyjnym? W Cieplicach mówią, że nieźle

Ocalała pani.

Tej nocy skończył się na Majdanku gaz. Następnego dnia trafiłyśmy do transportu do Auschwitz. Hela była już coraz słabsza, dużo chorowała. Mówiła: „Mnie już wszystko jedno”. Ale mnie nie było wszystko jedno. Ja czułam, że nie umrę. Mówiłam sobie: to nie deszcz, którego nie można zatrzymać, to są ludzie, a ludzie zawsze mogą zmienić zdanie. Tego, co przeżyłam z Helą, moją bratową, w Auschwitz, nie przeżyłam nawet z matką w getcie.

Kiedyś kazali nam wyjść z baraków na zbiórkę, stałyśmy wtedy w błocie, lało, była selekcja. Robił ją m.in. doktor Mengele. Kto nie miał siły, klęczał w tej brei zmarznięty, umierający. Hela była bardzo słaba. Skazali ją na komorę. Kiedy to usłyszałam, wczepiłam się w nią, zaczęłam krzyczeć, że jej nigdzie nie puszczę. To było instynktowne, nie mogłam bez niej wrócić, wszystko we mnie powiedziało „nie!”. Poczułam się silna, poczułam, że teraz na pewno nie umrę. I nie wrócę bez Heli do baraku. „Kim ona jest dla ciebie, że tak o nią walczysz?”, zapytał jeden z esesmanów. „To jest moja matka, moja bratowa, to jest moja siostra, ja nie mogę bez niej żyć!” „To idziesz z nią”, powiedział. Zapisał mój numer i numer Heli. Ale ja nigdzie nie idę. Stoję, jakby ktoś mi betonem przymocował nogi do ziemi, a oni mnie ciągną, szarpią. Naprzeciw nas stała kolumna oficerów. Zastępca komendanta zawołał mnie do siebie. Pędzę do niego i krzyczę z daleka, że to moja siostra, moja bratowa, a ten: „Milcz, bo jak nie, to pójdziesz tam!”, i pokazał na komin. „A jak umilkniesz, to cię puszczę. Razem z twoją bratową”.

Nie wierzyłam, że to możliwe. Tutaj już nie wierzyłam. Zawołał kobietę, która trzymała listę, i kazał skreślić nasze numery. Podbiegłam do niego dziękować. Dostałam za to w twarz. Hela mówiła potem: „Halinka, po co ty się narażasz dla mnie, przecież ja już nie żyję, ja tylko oddycham jeszcze twoim oddechem”.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Kobiety Ravensbrück

Była bardzo schorowana?

Nie miała już siły, rano przestała wstawać. Niczego już nie mogła jeść. Oddawałam jej własną zupę, ale ona już niczego nie przyjmowała. W obozie panowała potworna biegunka. Wyobraź sobie: na bloku tysiąc kobiet, połowa albo więcej z dyzenterią, zamknięte w gorących barakach, bo upał, bo lato, a porządkowe wypuszczają do ustępu tylko 15 osób.

Więc więźniarki pchają się przy tych drzwiach, żeby się wydostać, żeby się załatwić. A moja bratowa nie ma siły nawet wstać. Za załatwienie się do garnuszków, cośmy dostawały w nich picie, była kara śmierci albo klęczeć kazali na żwirze przez całą noc i trzymać dwie cegły w każdej ręce. Byłam wtedy 13-letnią dziewczynką, wiedziałam o tych karach, ale nie mogłam nie pomóc Heli, nie mogłam inaczej: przykrywałam ją, żeby się załatwiła do garnuszka, i chowałam kubek pod palto, żeby gdzieś szybko wylać, bo zaraz będzie znowu potrzebowała. Męczyła się bardzo.

Hela nie przeżyła.

Umarła, a mnie znowu zabrali matkę.

Została pani wtedy zupełnie sama.

Przeżyję, nie przeżyję – wszystko mi było jedno. Zaczęłam chorować. Wypiłam któregoś dnia czterolitrową miskę skwaśniałej zupy, którą ktoś odstawił, i zaczęło się ze mnie lać. Więźniarki powiedziały mi: „Albo znajdziesz gdzieś chleb, spalisz go na węgiel i zjesz, albo umrzesz”. Znalazłam, skopciłam gdzieś z boku, wyratowałam się.

Jedzenia ciągle nam brakowało, kobiety padały z głodu, przecież my prawie nic nie dostawałyśmy.

Kiedy miałam tyfus, pomogła mi taka Stasia, sztubowa. Dała mi wody po makaronie, słoną polewkę. Jakie to było wspaniałe! Ciepłe, słone, dobre. Postawiło mnie na nogi.

Stasia uratowała też pani życie podczas selekcji.

Któregoś zimowego dnia zarządzili w obozie zbiórkę, stanęłyśmy całkiem nagie, mróz 20 stopni. Stasia jako sztubowa musiała nas pilnować. Miałam tyfus, wrzody na całym ciele, byłam sina od mrozu, nie przeszłabym wtedy. Stasia zapytała mnie: „A ty jak?”. „Pani Stasiu, ja już nie przejdę”. A ona nic. Minę zrobiła taką, jakby to ją gówno obchodziło. Odwróciła się ode mnie. Zawstydziłam się, że jej powiedziałam, jaka jestem słaba: po co? Ale po chwili rzuciła do mnie: „Uciekaj!”. Darowała mi.

Myślałam wtedy: ja muszę przeżyć, przecież ja mam dopiero 13 lat! Ja nie znam jeszcze w ogóle życia!

Kiedyś spotkałam w Auschwitz Celinę, koleżankę mojego brata Marka. „Jak ty tu się znalazłaś?”, pytała. Zaprowadziła mnie do swojej znajomej i mówi do niej: „Popatrz pani, jakie to dziecko czyste, zadbane!”. Jakie to było cudowne usłyszeć, że byłam dzieckiem! Jak ja o tym zapomniałam! Potem, jak pracowałam w 1944 roku na „Kanadzie”, czyli w komandzie, które zajmowało się sortowaniem rzeczy zabranych więźniom, przynosiłam Celinie i innym dziewczynom, co najlepsze znalazłam: jedwabne bluzki, pończochy, buty – bo tych ciągle brakowało. Do za dużych butów wkładałam kostki mydła, żebym mogła dziewczynom donieść ich rozmiary. Przynosiłam to wszystko do obozu, kobiety żebrały przy bramie, jak wracałyśmy. Miałyśmy wreszcie coś do jedzenia! Ale już mówić nie mogłam. Już to było za dużo dla mnie. Już ludzkie słowo nie było warte niczego.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ze zgrozą patrzymy na dzisiejszych Europejczyków - my, matki niosące holocaustowe dziedzictwo [APEL]

Jak to?

Stałam na górach odzieży ludzi, których zagazowano, czułam swąd palonego mięsa, tym oddychałam. A pode mną takie piękne rzeczy: buty, płaszcze, bluzki, jedzenia pełno, a to orzechy, to gulasz, to jakieś ciasta, tyle było tego wszystkiego. Szłam co rano do tej „Kanady” i mijałam ludzi, których akurat przywieźli, których hitlerowcy prowadzili do gazu. „Jak daleko do kolonii żydowskiej? Bo chcemy dziecko już nakarmić!”, pytali. Niczego nie byli świadomi. Myślałam wtedy: gdzie ten wasz Bóg? Gdzie ten Bóg, do którego kazali się nam tak żarliwie modlić? Gdzie był, gdy na dziesięć dni zamknęli mnie w baraku bez żadnego jedzenia?

Przysięgłam wtedy: jeśli przeżyję, jeśli będę miała co jeść, nigdy nie będę w życiu pościć. Ani ja, ani moje dzieci.

Wiele razy przychodzili do mnie potem synowie i mówili: „Mamo, ludzie mówią, że nie jesteśmy Żydami, bo nie pościmy, kiedy trzeba”. „Słuchajcie, ja już pościłam za wszystkie pokolenia. Wy nie musicie”.

Dlaczego wyjechała pani z Polski?

W 1945 roku miałam 15 lat. Nie wiedziałam, co z tą wolnością zrobić. Odnalazłam swojego najstarszego brata Marka, on jako jedyny z mojej rodziny przeżył, zaopiekował się mną. Ale nie odnalazłam się wśród ludzi. W szkole nikt się ze mną nie kolegował. Na początku lekcji był pacierz, kazali się przeżegnać, nie umiałam, to mi potem położyli na drugi dzień na ławce w szkole list Tuwima do Żydów polskich. Żebym wiedziała, że oni wiedzą, że jestem Żydówką. Atmosfera się zagęszczała, nie wytrzymałam tego. W 1947 roku postanowiłam wyjechać do Izraela.

Ale wiesz, cały czas miałam w głowie, że muszę napisać książkę.

Kiedyś znalazłam w Auschwitz jakąś torbę z cementem, obok leżał ołówek, urwałam kawałek tej torby, stanęłam w kącie i opisałam, jak przyjeżdża pociąg z ludźmi. Przeczytałam potem koleżance na głos. Usłyszeli to polscy robotnicy, którzy pracowali obok. Jeden z nich powiedział: „Jak ona to przeżyje, napisze książkę”.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ginęli tu więźniowie obozu koncentracyjnego, teraz odbywają się huczne imprezy, rosną domki letniskowe

„Nadziej umiera ostatnia” ukazała się dopiero w 1967 roku.

17 lat nie chcieli mi tej książki w Izraelu wydać! Bo nie ma dat, nazwisk, bo pisana na emocjach, osobista, bo to nie dokument, bo nie miałam znanego nazwiska. Bo kim byłam? Szarą, zwykłą gospodynią domową z dwójką dzieci i dwoma pokojami z kuchnią. Nikim więcej. Ani żadna bohaterka z getta, ani żadna ze mnie żołnierka.

Pamiętam, że jak był proces Adolfa Eichmanna, nie odchodziłam wtedy od radia. I wściekałam się, że świadkowie nie mówią wszystkiego, że są suche dane, liczby, że mówią o zabijaniu, ale nie mówią o obozowym życiu, o ludziach, o tym, co czuliśmy. Przecież w Auschwitz było cierpienie, ale było też poświęcenie, współczucie, była nawet miłość.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Adolf Eichmann prosił o łaskę. Izrael ujawnia list zbrodniarza

Pani taką przeżyła?

W styczniu 1945 roku, kiedy zbliżał się koniec obozu, zostałam postrzelona w plecy przez strażnika. Trafiłam do obozowego szpitala, gdzie zazwyczaj wykańczano ludzi. Ale jeden z esesmanów porozmawiał ze mną i kazał mnie operować. Nie zabił. I w tym szpitalu był sanitariusz Abram. Pomagał przy wyjęciu kuli. On miał 24 lata, ja 15, zakochaliśmy się w sobie. Ale on nie chciał się wiązać. Mówił, że w Auschwitz nie ma miejsca na miłość. Moją kulę zatrzymał sobie na pamiątkę. Po wojnie odszukałam jego adres, pojechałam, ale już nie żył. Zmarł dwa tygodnie po wyzwoleniu. Wrócił do domu, zaczął jeść i żołądek mu nie wytrzymał – wcześniej przecież głównie głodował.

Widzisz, takich historii nikt na procesie Eichmanna nie opowiadał. Dlatego mąż mnie namawiał: „Usiądź wreszcie i napisz!”. „Ale jak ja, skoro jest tyle ludzi, historycy, pisarze?”, mówiłam. „Ale ty opowiadasz inaczej!”, przekonywał.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Technologia zagłady. Grobowiec miliona i stu tysięcy

Pani opowiada historię z perspektywy kobiecej – herstorię. Po „Nadzieja umiera ostatnia” napisała pani jeszcze m.in. „Wołanie o pamięć” i „Powrót do ziemi praojców”. Pisze pani też wiersze, które publikuje m.in. na Facebooku.

Mam 88 lat, ale ciągle chcę opowiadać, chcę trafić do młodych. Opowiadać trzeba nieustannie, trzeba pamiętać o tych wszystkich, których już nie ma. Dlatego cały czas jeżdżę po szkołach i opowiadam. Dlatego gdy przyjeżdżam do Polski, opowiadam. Kilka lat temu w Izraelu nauczycielka powiedziała uczniom: „Słuchajcie jej, bo takich ludzi już niedługo nie będzie”. Zdenerwowała mnie wtedy. Przecież ja się na tamten świat jeszcze nie wybieram! Zapytałam uczniów: „Jak myślicie, mogę sobie jeszcze sukienkę kupić?”.

Pani i pani mąż pochodzicie z Polski, synowie byli w Polsce?

Nigdy. Wnuk i wnuczka byli, synowie nigdy. Starszy syn, autor tekstów, zapytał mnie kiedyś: „Po co ty tam jeździsz?”. „Bo ja tam jestem u siebie”, odpowiedziałam. Napisał potem wspaniałą piosenkę: „Dokąd idziesz, moja kobieto, tam było twoje dzieciństwo, ale nie ma tam nic, nikt tam nie czeka, nikt nie wie o tobie. Dokąd ty jedziesz? Do tych ruin? Na ten plac? Kto wysłucha twego płaczu?”. Tysiące ludzi to śpiewa w Izraelu, wcale nie wiedzą, że ta piosenka jest o mnie. Myślą, że miłosna.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Niosę tego więźnia. Klub Auschwitz

Jaką była pani matką?

Trudną. Synowie nie mieli ze mną łatwego życia. Pilnowałam ich, kontrolowałam, zwracałam uwagę, żeby nigdy nie śmiali się z innych. I nadmiernie o nich dbałam.

Co to znaczy?

Jak lał deszcz, nie dawałam iść do szkoły. Skoro ja stałam w tym obozie w błocie, na klęczkach, naga, to niech chociaż oni poleżą w ciepłym łóżku. „Pada taki deszcz, więc śpijcie”, mówiłam.

Napisałam kiedyś wiersz „Jaką jestem matką”.

Jaką jestem matką
zawsze poważna
nie potrafię się cieszyć
nie znam się na żartach
płaczę często
boję się niepotrzebnie
tonę wciąż we wspomnieniach
z lat Zagłady
jakaż to matka!

Kiedyś nauczycielka starszego wezwała mnie do szkoły i zaczęła się na niego żalić, że jest niespokojny, że nie słucha. Powiedziałam jej: „Słuchaj, on się urodził pięć lat po moim wyjściu z Auschwitz”. Jak to usłyszała, poprosiła, bym przyszła do szkoły opowiadać. To był 1964 rok. Jeszcze nie znałam dobrze hebrajskiego, ale poszłam. Cała szkoła zamilkła, kiedy mówiłam.

Jest pani w Radzie Oświęcimskiej. Rozmawiacie na pewno o odradzającym się w Polsce nacjonalizmie, o ksenofobii, o młodych ludziach, którzy idą w Marszu Niepodległości pod znakiem falangi. Zadajecie pytanie: jak to w ogóle możliwe?

Ja po Auschwitz już nie pytam, jak to możliwe, tylko co z tym robić. Ludzie uczą się historii, ale nie uczą się z historii. Dlatego trzeba edukować, opowiadać, nie pozwolić zapomnieć. Nie dopuścić, by fałszowano historię. Jestem wstrząśnięta tym, co się teraz wypisuje, co wypisuje np. Tomasz Panfil w „Gazecie Polskiej”. Brak mi słów, aby wyrazić mój ból i oburzenie.

Doktor habilitowany Tomasz Panfil napisał m.in.: „Po agresji Niemiec na Polskę sytuacja Żydów nie wyglądała bardzo źle. Wprawdzie władze okupacyjne objęły ich nakazem pracy, nakazały noszenie opasek z gwiazdą Dawida, obciążyły potężnymi podatkami, rozpoczęły wyznaczanie stref tylko dla Żydów, ale jednocześnie zezwoliły na tworzenie judenratów, czyli organów samorządu".

Najgorsze, że Tomasz Panfil nie jest osamotniony w swoich opiniach o „niezłych” czasach dla Żydów w Polsce pod okupacją hitlerowskich Niemiec. „Otrzymali własne obszary, samorządy, pracę”. Aż tyle dobrodziejstw dla tych niewdzięcznych Żydów!

PRZECZYTAJ TAKŻE: Twierdzi, że "sytuacja Żydów na początku okupacji nie wyglądała bardzo źle". I dostaje medal od szefowej MEN

W październiku lubelski IPN pochwalił się, że minister edukacji narodowej Anna Zalewska odznaczyła dr. Tomasza Panfila „za szczególne zasługi dla oświaty”. Zareagowała pani publicznie. Wyraziła pani swój sprzeciw.

Nie rozumiem: jak tacy ludzie mogą otrzymywać jakiekolwiek nagrody? Tak, dostaliśmy obszary na nowe żydowskie kolonie: na Majdanku, w Treblince, Auschwitz, Chełmie. I coś jeszcze: cały ogrom przestworzy.

Halina Birenbaum – ur. w 1929 r. w Warszawie polsko-izaelska poetka, pisarka. W czasie II wojny światowej była więźniem w niemieckich obozach koncentracyjnych: Majdanku, Auschwitz-Birkenau, Ravensbrück, Neustadt-Glewe, W 1947 r. wyemigrowała do Izraela. W 2001 r. Polska Rada Chrześcijan i Żydów przyznała jej tytuł Człowieka Pojednania. Napisała m.in.: „Każdy odzyskany dzień”, „Wołanie o pamięć”