Krystyna Lemanowicz jest nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów" 2017.

Zagłosuj na Superbohaterkę 2017 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Krystyna Lemanowicz – wieloletnia działaczka organizacji pozarządowych: stowarzyszenia Hospicjum Piła, Ruchu przeciw Bezradności Społecznej, Stowarzyszenia Ekologicznego Przyjaciół Ziemi Nadnoteckiej, Stowarzyszenia Osób Represjonowanych w Stanie Wojennym w Koszalinie

Ludzie dużo wiedzą, tylko boją się mówić – Krystyna Lemanowicz opatula się szczelniej kocem. Jest chłodno, siedzimy na ganku. Ma 69 lat i chropawy głos; dużo pali, niewiele je; wygląda na zmęczoną. Prosi, żebym nie zdradzała, gdzie mieszka. Wciąż się boi, choć i tak tutaj czuje się bezpieczniej niż w swoim mieszkaniu w Pile, w którym przeżyli z mężem 25 lat. W lipcu będzie dwa lata, jak stamtąd wyjechali.

– Od lat jeździłam po okolicznych wsiach do moich chorych – mówi. – Ludzie mi ufali, opowiadali mi różne historie ze swojego życia. Niektóre z nich miały związek z Farmutilem, przedsiębiorstwem, w którym pracowali oni albo ich najbliżsi, a którego właścicielem był Henryk Stokłosa. Znałam oczywiście to nazwisko: senator RP, jeden z najbogatszych Polaków, podobno zatrudniał w swoich zakładach utylizacyjnych w Śmiłowie kilka tysięcy osób z naszego powiatu. Niektóre historie, które słyszałam, były tak wstrząsające, że trudno było mi w nie uwierzyć. Kupiłam kamerę i zaczęłam nagrywać ich opowieści – żeby mieć dowód, że sobie tego nie wymyśliłam. Wejdźmy do środka, pokażę pani.

Wchodzimy, wkłada starą popisaną kasetę wideo do odtwarzacza, na ekranie telewizora pojawia się obraz. Data: 17.03.2005. Wnętrze samochodu jadącego podrzędną drogą. Przez zalane deszczem szyby widać resztki brudnego śniegu na poboczu i brzydkie domy. Dosiada się młody chłopak. Słychać głos:

– Panie Pawle, proszę nam opowiedzieć, co się panu stało.

Chłopak uśmiecha się z zażenowaniem.

– No... kolega w 2003 kradł rurki w nieczynnej gorzelni, złapali go ochroniarze od Stokłosy. Powiedział, że ja też z nim chodziłem... Przyjechał do mnie do domu jeden ochroniarz, taki wielki, rudy, ubrany po wojskowemu. Powiedział, że chce ze mną porozmawiać. Pojechaliśmy w stronę Tuczna. Mówił, że wiezie mnie do Stokłosy, żebym odrabiał to, co mu ukradłem. A potem powiedział, że musi się odsikać i zjechał do lasu za Wieleniem. Wyciągnął mnie z samochodu, zza siedzenia wyjął tasak. Trzymał mnie jedną ręką w powietrzu i kopał po nogach. Potem rzucił na ziemię, prawą rękę mi do ziemi przycisnął. „Który palec ci obciąć?” – spytał. „Żadnego” – prosiłem, ale nie słuchał. Obciął wskazujący. Parę razy walił tasakiem, bo to na piasku było i palec nie chciał odpaść. Potem kazał mi się rozebrać, zabrał mi spodnie i buty i odjechał. W samych rajtkach do domu wracałem.

– Boże, i to się dzieje w środku Europy... – słychać głos Lemanowicz. – Pan nie chciał tego zgłosić na policję?

– Nie, bo on powiedział, że mieszkanie nam spali, jak powiem. Zresztą, co ja mogę? Ja bym wcale nie mówił, to siostra powiedziała lekarzowi.

– Panie Pawle, pan pokaże mi ten palec do kamery! – prosi Lemanowicz. Na ekranie widać dłoń chłopaka bez wskazującego palca. Cięcie.

Kolejna data: 28.06.2004. Kobieta opowiada:

– Kierowcy ciężarówek byli eksploatowani mocno, jeździli na okrągło. Był taki jeden kierowca... Indyki wiózł. Jak jest Mielęcin, jest ostry zakręt. Ale jest też droga prosto, przez wiadukt. I on w tym momencie przysnął chyba za kierownicą, bo pojechał prosto. Samochód przejechał pod wiaduktem, ale przyczepa się nie zmieściła... I on wtenczas się przebudził dopiero. Facet był w szoku, nie wiedział, co robić, odczepił tę przyczepę i sam z samochodem pojechał do bazy. W międzyczasie ludzie rozkradli część towaru. To, co później widziałam, co z tym człowiekiem zrobili, to jest nieprawdopodobne... Wywieźli go na stawy rybne i tam bili, aż zmusili do podpisania, że on te indyki specjalnie wywiózł, żeby je ukraść i sprzedać.

– Pani go widziała potem? – pyta Lemanowicz.

– Tak, następnego dnia. Trudno mi to wyrazić słowami... Całe ciało posiniaczone, spuchnięte... To był mężczyzna po czterdziestce, a jak ze mną rozmawiał, to cały czas płakał.

Krystyna LemanowiczKrystyna Lemanowicz Fot. Monika Redzisz

"Nie boi się pani z takim człowiekiem zadzierać?"

– Takich kaset mam 78, każda z czterema godzinami nagrań – mówi Krystyna Lemanowicz. – Czasem jeździłam sama, czasem z kimś ze stowarzyszenia ekologicznego lub z lokalnym dziennikarzem. W głowie mi się nie mieściło, że takie rzeczy dzieją się w Polsce. Jak można kogoś włożyć do klatki i zanurzać go w wodzie, żeby się do czegoś przyznał? Albo wywieźć człowieka do lasu i kazać mu kopać grób?

Tyle było tych bulwersujących historii... Mieczysław Heck – ochroniarze zastali go na stawach Stokłosy i posądzili o kradzież ryb. Zaczęli strzelać, trafili w nogę. Potem bili leżącego kijami grubości trzonka od wideł. Nogi nie udało się uratować. Sprawa została umorzona z powodu niewykrycia sprawcy.

Mirek, młody chłopak, wyszedł z domu i nie wrócił. Następnego ranka znaleziono na drodze do wsi jego ciało, jeszcze ciepłe. Sprawa umorzona. Policja wymyśliła, że wszedł na słup, żeby ukraść drut, i spadł. Ale słupy były tak daleko, że nie było szans, żeby spadł akurat w tym miejscu. Nie zrobiono sekcji... Pojechałam do jego rodziców. Byli przekonani, że to kara za kradzież ryb w stawach. Kilka miesięcy wcześniej ochroniarze złapali ich syna, rozebrali, głowę pomalowali farbą olejną, przywiązali do samochodu i ciągali dookoła stawów. Przez trzy miesiące chodził o kulach. Powiedziano mu, że jeżeli piśnie choć jedno słowo – zginie. Może się chłopak w końcu wygadał? Tak płakali ci jego rodzice...

Zawadzki, pobity przez ochroniarzy na drodze, cztery żebra złamane, jedno przebiło mu płuco. Był lekko upośledzony. Mówił mi: „Prokurator mi powiedziała: Niech pan wycofa sprawę, a dostanie pan 10 tysięcy złotych. I będzie renta”. Uwierzył w to, biedaczek, i wycofał sprawę. Został bez niczego, na garnuszku opieki społecznej. Zmarł zresztą niedługo potem.

Ochroniarze pracujący w Farmutilu to byli często kryminaliści. Nawet Andrzej Krojec, dyrektor biura senatora, przyznał potem publicznie, że „trafiali do nich ludzie ze środowisk patologicznych”. I dodał jeszcze: „Dlaczego pani użala się nad losem tych ludzi, wszak nie zaprzeczają, że kradli”. Czyli ci, którzy coś ukradli, mogą być okaleczani, bici, kopani, można do nich strzelać z broni palnej jak do kaczek, tak?! Przecież nawet ci, którzy zawinili, nie tracą swojego człowieczeństwa i praw obywatelskich!

Ale ci ludzie, biedni i niewykształceni, byli wobec nich kompletnie bezradni. Większość spraw była umarzana przez prokuraturę w Chodzieży, w Wałczu, w Wągrowcu. Miałam poczucie, że w całym powiecie panuje terror, że wszyscy się boją.

W sprawie Pawła, któremu obcięto palec, poszłam w końcu do prokuratora w Wałczu i powiedziałam mu wprost: „Czas wyjąć z szafy dokumenty! Wiem, że było rozpoznanie, wiem, kto to zrobił, i pan też to wie! Trzeba ruszyć śledztwo! Nie może być tak, żeby jeden człowiek był sędzią, prokuratorem i katem!”.

Miałam nadzieję, że w przypadku niektórych spraw można będzie zmienić kwalifikację prawną na usiłowanie zabójstwa, tak jak w przypadku Hecka, któremu odstrzelili nogę; wtedy taka sprawa nie uległaby tak szybko przedawnieniu. O wszystkim informowałam Helsińską Fundację Praw Człowieka i rzecznika praw obywatelskich. W 2001 roku RPO powołał Ruch przeciw Bezradności Społecznej, który miał pomagać takim ludziom; byłam jego pierwszą sygnatariuszką. Ale u nas wciąż nic się nie zmieniało.

Kiedy pokazałam nagrania i dokumenty na komendzie policji w Wałczu, zapadła cisza. Gliniarze zaglądali jeden przez drugiego do pokoju, żeby zobaczyć, która to taka odważna. Gapili się na mnie jak na szaloną. „Pani się naprawdę nie boi? – spytał w końcu jeden z nich. – Nie boi się pani z takim człowiekiem zadzierać?”.

Kadr z nagranego przez Krystynę Lemanowicz filmu o poszkodowanychKadr z nagranego przez Krystynę Lemanowicz filmu o poszkodowanych 

Chorzy często prosili mnie, żebym była przy nich do ostatniej chwili

W dzieciństwie chorowałam na gościec – reumatoidalne zapalenie stawów. Dwa, trzy razy do roku lądowałam w szpitalu. Bez przerwy mnie coś bolało – nogi, ręce, barki. Dzieciństwo miałam w sumie dość smutne. Dużo pracy: pole, krowy, świnie, mama sama nie dawała rady tego oporządzić. Było nas sześcioro, a ja byłam najstarsza. Mama zawsze smutna, zamknięta. Kiedy któreś z nas miało problem, nie chciała słuchać. „Dajcie mi żyć” – mówiła i zasłaniała uszy. Wciąż się czegoś bała. Nigdy nie poszła sama na łąkę czy do lasu, prześladowały ją złe sny. Nie rozumiałam wtedy, skąd się to bierze, ale że coś jest z mamą nie tak – czułam od zawsze. Ojciec był surowy, nie pozwalał mi na zabawy, nieraz od niego lanie dostałam. Jedyną moją odskocznią była babcia, bardzo ją kochałam, a ona mnie. Była sprzątaczką w szpitalu wojskowym w Wałczu. Chodziłam do niej po szkole jej pomagać, a ona dawała mi to, co dostała ze szpitalnej kuchni, czasem nawet jakiś schabowy się trafił, my tego w domu nie mieliśmy. Podpytywałam ją czasem: „Babciu, czemu mama jest taka smutna?”. „Aj, Kindzioniuś – tak mnie nazywała – my tyle przeżyli...” – wzdychała. Zaciągała mocno, pochodziła z Wołynia.

Kiedyś leżałam w szpitalu i w nocy nie mogłam zasnąć. Miałam ze 12 lat. Zastanawiałam się, dlaczego zamknięta jest jedna sala chorych. Poczekałam, aż wszystkie pielęgniarki posną, i po cichutku, na bosaka, żeby nie szurać kapciami, otworzyłam drzwi. Uderzył mnie taki ciężki, specyficzny zaduch. Księżyc oświetlał trzy sylwetki leżące na łóżkach. Podeszłam do pierwszej z nich i zrozumiałam, że ta kobieta umiera. To była sala umierających... Spocona, nerwowo ruszała rękami. Odkryłam jej dłonie i pogłaskałam po czole. Wtedy ona otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie. Miałam poczucie, że to dobrze, że przy niej jestem, że ona nie chce być sama.

I to mi się zakodowało.

Marzyłam potem o szkole pielęgniarskiej, ale rodziców nie stać było na internat.

30 lat później, w ’94 roku, założyłam pierwsze w Pile hospicjum domowe. Do pomocy zgłosiło się 39 wolontariuszy. Dostaliśmy od miasta budynek w ruinie. Wyremontowaliśmy go własnymi siłami i otworzyliśmy poradnię opieki hospicyjnej. Wielu lekarzy w naszym regionie nie potrafiło wtedy leczyć bólu. Nie wiedzieli, jak wypisać różową receptę na morfinę, prosili często, żebym to ja zrobiła, a oni tylko przystawiali pieczątkę i składali podpis. Czasem szlag mnie trafiał: chory terminalnie, już nie przełyka, a lekarz rodzinny wypisuje mu 15 recept na lekarstwa w tabletkach. „Pani doktor – mówię – czy pani nie widzi, w jakim stanie jest ten człowiek!?”

Chorzy często prosili mnie, żebym była przy nich do ostatniej chwili. W ciągu 14 lat pracy w hospicjum odeszło przy mnie z tego świata ponad sto osób.

Zawsze pytałam: „Czy wszystkie sprawy już załatwione? Czy coś pana jeszcze niepokoi?”, „Czy ma pani jakieś ostatnie marzenie?”. Nieraz zdążyliśmy jeszcze notariusza albo księdza przyprowadzić. Był taki jeden pułkownik. „Pani Krystyno, ja się tak boję umierać – mówił. – Czy pani mogłaby się koło mnie położyć i mnie przytulić?” „Pewnie! – mówię. – Tylko przesunę pana troszkę, bo spadnę z tego łóżka”. A rodzina tłoczyła się w sąsiednim pokoju, żeby tylko tego nie widzieć i nie słyszeć. Co jakiś czas któryś głowę wsadzał. „I co, umarł już?” – pytał. Na nerwy mi działali, bo najgorzej to komuś śmierć przerywać.

Jeden człowiek mówi: „Pani Krystyno, jest taka sprawa. 15 lat temu spaliłem babie zboże w stodole. Z zawiści, że tyle miała. Cała wieś się przez to skłóciła, bo jedni podejrzewali drugich. Do tej pory nie wiedzą, kto to zrobił. Ja mam taką prośbę, żeby pani po moim pogrzebie powiedziała, że to ja zrobiłem i że wszystkich bardzo przepraszam”. Zrobiłam, jak mówił. Jezu, jaki tam był płacz i jakie wzajemne przepraszanie! Ludzie zaczęli się ściskać i całować, nareszcie im ten ciężar z barków zszedł i całe towarzystwo radosne jak z wesela z pogrzebu do domu wracało.

Taka pani Irena mówi: „Pyta mnie pani o marzenie; wiem, że to niemożliwe, ale ja tak marzę o tym, żeby choć raz w życiu się w wannie wykąpać...”. Więc mój mąż kupił jej wannę, przywiózł i postawił w kuchni. Nagrzaliśmy jej pełno gorącej wody, pianę pachnącą i włożyliśmy ją do wanny. Takie niby nic, a dla niej to było wielkie szczęście.

Inna prosiła: „Pani Krysiu, ja tak leżę i nie mogę patrzeć na taki brudny sufit! Przecież ja przez ten sufit nie przejdę do nieba... Żeby chociaż był troszeczkę biały...”. Pojechałam, kupiłam farbę, przytargałam drabinę i rachu-ciachu z pomocą wolontariuszy ten sufit pomalowaliśmy! „Teraz mogę umierać” – cieszyła się.

Jeszcze inna nic nie mówiła, ale patrzyła wciąż w jeden punkt – na zegar, duży taki, wiszący. Dwa dni przed śmiercią wyszeptała: „Powiem pani, ale to jest tajemnica, nie mogą się o tym dowiedzieć moje dzieci, bo przepiją. W tym zegarze jest zawiniątko, a w nim – złoto. Niech pani to da mojej wnuczce, ona jest mądra, niech ma na naukę...”.

Dwa razy do roku urządzałam bale charytatywne na sto, dwieście osób, żeby zebrać pieniądze na hospicjum. Przygotowywaliśmy fanty, wymyślałam skecze, szyliśmy stroje. Kiedyś uszyłam w tajemnicy 36 strojów dla gości: suknie, kapelusiki, pióra – ale była niespodzianka! Ludzie na to czekali. „Pani Krystyno, kiedy będzie następny bal?” Dużo było z tym roboty, ale lubiłam to. Lubiłam, kiedy się coś działo, byle nie siedzieć w miejscu. „O, jest Kryśka, ona zaraz coś wymyśli” – mówili ludzie.

Krystyna Lemanowicz w swojej wsiKrystyna Lemanowicz w swojej wsi Fot. Monika Redzisz

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ostatnia lekcja: czego żałują ludzie na łożu śmierci?

Złościło mnie, że przeciętny obywatel płaci podatki, a senator Stokłosa nie!

Tymczasem w okolicy narastał smród. Im bardziej rozrastały się zakłady utylizacyjne w Śmiłowie, tym bardziej śmierdziało. Kiedy wiał wiatr, czuć było nawet w Pile.

– Zakłady w Śmiłowie wykorzystywały technologię opracowaną przez prof. Wilczka, ministra gospodarki za komuny, a nie metody stosowane w cywilizowanych krajach, które unieszkodliwiają odory – tłumaczy mąż Krystyny, z zawodu chemik. – Poza tym szczątki szczególnego ryzyka powinny być spalane tam, gdzie są wysokie temperatury. Dawniej robiły to cementownie i elektrownie, ale potem przestały i pojawił się problem. Mówiono, że Stokłosa na jakiś czas zapewnił sobie zbyt do Wietnamu czy Kambodży do hodowli krokodyli, ale z czasem miał chyba ze zbytem duży problem, bo smród był taki, że nie można było wytrzymać.

W 2004 roku w odruchu protestu przeciwko zasmradzaniu powiatu i nieliczeniu się ludźmi, którzy tu mieszkają, powstaje Stowarzyszenie Ekologiczne Przyjaciół Ziemi Nadnoteckiej. Prezesem zostaje Irena Sienkiewicz, a Krystyna Lemanowicz – członkiem zarządu.

– Pewnego razu, w sierpniu 2005 roku – opowiada Lemanowicz – dostaliśmy anonimowy telefon, że na polu należącym do Stokłosy wykopany jest olbrzymi dół i ciężarówki zwożą do niego padlinę. Zwołaliśmy kilku lokalnych dziennikarzy i dużą grupą pojechaliśmy. Teren ogrodzony był siatką, ale obok biegła droga gminna, więc można było podjechać tuż obok. Rzeczywiście, widać było po zmienionej strukturze ziemi dół, długi na 164 metry, szeroki na 37. Larwy, ogromne muchy, smród straszny. Zaczęłam filmować. Z dwóch stron nadjechały zaraz samochody ochrony, zablokowały nas. Wezwaliśmy policję, prosiliśmy ich, żeby ogrodzili teren, że to miejsce popełnienia przestępstwa, ale uznali, że nie trzeba, bo teren przecież ogrodzony. Kiedy pojawiliśmy się tam dwa dni potem, teren był już zalany gnojowicą i trawą zasiany.

Postanowiliśmy więc we trójkę, ja i dwóch kolegów, pilnować terenu do jutra, aż przyjedzie kontrola z WIOŚ. Ukryliśmy się w nocy na ambonie w lesie naprzeciwko. Siedzimy, nasłuchujemy, ciemno jak cholera. W pewnym momencie słyszymy kroki. Zamarłam. Przecież ich ochrona była wyposażona we wszystko, mieli broń, noktowizory! Ale to był chyba dzik, bo nic więcej się nie działo. Rano przyjechał WIOŚ – zrobili odwierty, wzięli próbki. Jak się okazało potem, zakopali tam około 5,6 tys. ton szczątków zwierzęcych... A przecież za każdą tonę utylizacji dostaje się pieniądze. Podobno zarobiono na tym kilka milionów. W tym miejscu pod ziemią jest bardzo duży zbiornik wody podziemnej – to woda pitna dla Piły. Geolodzy twierdzą, że za 40 lat, a może nawet szybciej, resztki zwierzęce przenikną do wody...

Kiedy przyjechaliśmy tam ostatnim razem, w listopadzie, prócz ochroniarzy pojawił się sam Stokłosa. Przyskakiwał wściekły do samochodów, „Kto tu, k..., jest!” – krzyczał. Jednego z naszych kolegów wyciągnął z samochodu.

Bałam się, oczywiście, że się bałam. Byłabym zakłamana, gdybym powiedziała, że nie. Kiedy siedziałam w nocy na ambonie, czułam strach. Gdy Stokłosa na swoim polu zrobił sobie wyrobisko i pobierał stamtąd przez wiele miesięcy żwir do budowy, a ja podkradałam się z kamerą, żeby to sfilmować – czułam strach. Niebezpiecznie było, bo to było daleko w polu i widzieli mnie jak na dłoni. Ale musiałam to nagrać. Przecież powinni to zgłosić do gminy i wnosić niewielką opłatę. Cóż to jest dla takiego człowieka? Tak mnie to złościło, że on ze swoim immunitetem może wszystko, że przeciętny obywatel płaci podatki, a tak bogaty człowiek nie! To nagranie emitowało potem wiele stacji telewizyjnych.

Mieliśmy poczucie, że to, co się u nas dzieje, jakoś nie dociera wyżej... W 2006 roku zdecydowaliśmy się na protest głodowy pod Urzędem Wojewódzkim w Poznaniu. Pojechało nas na głodówkę dziewięć osób. Po trzech dniach przyjął nas wojewoda, obiecał, że się tym zajmie, i na tym się skończyło.

Henryk StokłosaHenryk Stokłosa Fot. Łukasz Cynalewski

PRZECZYTAJ TAKŻE: Latyfundium Henryka Stokłosy

„Pani Krystyno, z nim jeszcze nikt nie wygrał...”

Najpierw były telefony: „Ty k..., odczep się, bo zginiesz”. Potem pojawiły się ulotki. Pierwsza w 2005 roku zatytułowana „Poczta Ostrzeżenie”. Na górze zdjęcie Stokłosy i napis: „Henryk Stokłosa funduje”. Niżej zdjęcia moje, Ireny Sienkiewicz i Danusi Szaefer ze stowarzyszenia powieszone na rzeźnickim haku i dopisek „świętej pamięci”. Na dole zdjęcie naszego kolegi w trumnie. I jeszcze: „Lista awanturników bezpodstawnie podważających jego dobre imię”. Przeżyłam szok.

26 lipca 2005 roku w „Tygodniku Nowym”, lokalnej gazecie należącej do Stokłosy, ukazał się artykuł „Jak szukano haków na Stokłosę”. Na okładce moje zdjęcie, jak wiszę na rzeźnickim haku, a w środku oszczerstwa na podstawie zmanipulowanych nagrań dziennikarzy „Tygodnika”.

Ktoś oblał defoliantem kwiaty w moim ogródku.

Ktoś zaczął za mną jeździć. Jechałam kiedyś do chorego na wieś, droga prowadziła przez las. Nagle drogę zajechał mi samochód Farmutilu. Kierowca odkręcił szybę i pokazał mi gest podrzynania gardła. Serce mi stanęło. Zamknęłam się w samochodzie, ale nie miałam jak uciec. Na szczęście po kilku minutach nadjechał inny samochód i musieli się cofnąć.

Nieznany samochód spychał naszego hospicyjnego „malucha” do rowu. Pod koniec jeździłam już tylko ja. Wolontariusze bali się jeździć, a ludzie przestali tak hojnie jak dotychczas wspierać hospicjum. Z końcem 2007 roku musiałam zawiesić działalność.

Ciągle ktoś mnie z ukrycia fotografował i w internecie pojawiały się moje zdjęcia, filmiki, obelgi. Kiedy dostałyśmy z Ireną Złote Krzyże Zasługi w 2011 roku, „Tygodnik Nowy” opublikował artykuł pod tytułem „Odznaczenia dla ekoterrorystek”. 1530 pracowników Farmutilu podpisało się pod listem protestacyjnym. Jeździli z tym nawet do starosty i wojewody wielkopolskiego, żeby nam krzyż odebrać. Teraz, po latach, można powiedzieć: co tam... Ale wtedy strasznie mnie bolało, że tak na nas pluli.

Mąż mnie wspierał, jak zawsze. Nigdy nie namawiał mnie, żebym przestała. Ileż myśmy się pism napisali do prokuratury, na policję. Ale wciąż ta sama odpowiedź: umorzone z powodu niewykrycia sprawcy, umorzone z powodu niewykrycia sprawcy... Pani prokurator powiedziała mi po cichu: „Pani Krystyno, proszę go zostawić, z nim jeszcze nikt nie wygrał...”.

Jak zeznawałam na procesie Stokłosy, w marcu 2013 roku pojawiła się kolejna ulotka, tym razem skierowana już tylko do mnie. „Krystyna Lemanowicz”, „kończy się święty spokój”, „trup w opuszczonym płonącym domu”, „śmierć na drodze”, „nóż w plecy”, „śmiertelne pobicie”. I na samej górze: „Henryk Stokłosa”. Strasznie wtedy się popłakałam, bo w tyle głowy miałam wciąż te historie: tu człowiek bez nogi, tamten zginął w dziwnych okolicznościach, ten nie ma palca. Polecieliśmy z tym na policję. Wzięli od nas odciski palców, pobrano materiał do badania DNA, żeby się przekonać, czy sami tego nie zrobiliśmy. Sprawę oczywiście umorzono z powodu niewykrycia sprawcy.

Raz jeden nasze państwo zaproponowało mi wsparcie. W 2007 roku przyjechało do mnie CBŚ.

– Pani Lemanowicz, chce pani całodobową ochronę? Czterech ludzi byłoby przy pani dzień i noc.

– Ale to jest droga historia, prawda? – spytałam.

– Bardzo droga.

– To ja dziękuję. Dam sobie radę. Mam męża, on mnie obroni.

Jakoś nie mogłam naciągać Polski na taki wydatek.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Senator Stokłosa i była szefowa hospicjum. On się bogacił, ona walczyła

Henryk Stokłosa - tutaj w korytarzu sądu - stworzył własną ochronę, która otaczała go m.in. w drodze na rozprawy. Panowie widoczni za byłym senatorem to gwardia pracownicza. Szefem zespołu był Andrzej K., a dzisiejszy sołtys, czyli Romuald Gasperowicz - jego człowiekiem do najtrudniejszych zadań specjalnychHenryk Stokłosa - tutaj w korytarzu sądu - stworzył własną ochronę, która otaczała go m.in. w drodze na rozprawy. Panowie widoczni za byłym senatorem to gwardia pracownicza. Szefem zespołu był Andrzej K., a dzisiejszy sołtys, czyli Romuald Gasperowicz - jego człowiekiem do najtrudniejszych zadań specjalnych TOMASZ KAMIŃSKI

Trzeba w życiu zachowywać się tak, jak należy

Męża poznałam na fajfie w domu kultury w Wałczu. Miałam 18 lat i sukienkę w czarno-żółte paski, którą sama sobie uszyłam. Od lat nosiłam ubrania po koleżance, dużo ode mnie większej, więc szybko nauczyłam się szyć, zwężać, fastrygować i podwijać, żeby jakoś po ludzku wyglądać. Siedziałam sobie przy herbacie, kiedy podszedł i zapytał: „Czy mogę koło pani usiąść?”. Ja chodziłam jeszcze do szkoły, on, trzy lata starszy, uczył już wtedy matematyki i chemii. Wszystkie baby wokół oszalały z zazdrości, że podszedł właśnie do mnie, tej kaleki z biednej, wielodzietnej rodziny.

Pobraliśmy się, urodziłam pierwszego syna, potem drugiego, dostaliśmy własne M-3 w Wałczu, w ’75 przeprowadziliśmy się do Piły. Mąż pracował w ośrodku badawczo-rozwojowym jako chemik, ja działałam w harcerstwie, a potem dostałam pracę w WSS Społem – jako socjalna. Przydzielałam wczasy i kartki żywnościowe. Nie podobało mi się to, co tam widziałam. Masarzowi, który przez całą noc robił kiełbasę, nie wolno było jej kupić, a wierchuszce przynosili całe pęta i jeszcze im się kłaniali. Szlag mnie trafiał, jak na to patrzyłam. Wtedy w zakładach zaczęły powstawać pierwsze komitety „Solidarności”. Kolega do mnie przyszedł i mówi: „Krycha, my tu mamy trzy tysiące pracowników, załóżmy i u nas!”. Sporo ludzi przystąpiło do związku. Mnie wybrali na przewodniczącą. Mąż od razu zaczął pomagać, chociaż był wtedy jeszcze zapisany do partii. Zebrania były u nas w mieszkaniu. Zaczęliśmy też wkrótce pisać na naszej starej maszynie do pisania i kopiować za pomocą kalk hektograficznych i wyżymaczki w naszej pralce Frani solidarnościową gazetkę „Lech”. Milicja robiła nam w domu rewizje, szukali tej maszyny do pisania, ale my byliśmy sprytniejsi – zakopywaliśmy ją za każdym razem w worku w lesie, nigdy niczego nie znaleźli. Zajmowaliśmy się też kolportażem. Wciąż jeździli za mną milicjanci, ale nigdy nie udało im się mnie przyłapać. Potrafiłam nawet doklejać sobie wąsy i przebierać się za mężczyznę. Zawsze woziłam w bagażniku skrzynkę wódki. Wódka była na kartki, ale my pędziliśmy bimber w domu, pierwszy, taki przewalony, służył do kopiowania gazetki, a resztę mieliśmy w zapasie.

Kiedyś wiozłam z kolegą z Warszawy drukarnię. Zatrzymali nas żołnierze z karabinami.

– Wysiadać! Co wieziecie na pace?

– Panowie – mówię – zimno, mróz taki, może wypijecie sobie po jednym?

– Dawaj pani. Ale pani z nami pije!

Musiałam. Kiedy nas puścili, byłam tak pijana, że ledwo do domu weszłam.

Najbardziej dla mnie bolesną konsekwencją „Solidarności” było rozstanie ze starszym synem. W ’86 miał 17 lat, dojeżdżał do szkoły. Pewnego razu mój mąż zobaczył go wychodzącego z komendy milicji w Pile. „Synku, co ty tu robisz?” – przeraził się. Okazało się, że wypytywali go o nas i że to nie pierwszy raz go męczą. Nie mówił nam, bo nie chciał nas dodatkowo martwić. Strasznie się przestraszyliśmy, że coś mu zrobią, była przecież głośna sprawa Przemyka. Podjęliśmy decyzję, że wyślemy go za granicę i wykupiliśmy mu wycieczkę do Rzymu. Pojechał. Pierwszą noc spędził na dworcu, a następnego dnia trafił do obozu dla uchodźców. Strasznie tęskniłam… Żeby zamienić z nim parę słów, musiałam zamawiać rozmowę międzynarodową na poczcie. Nie mogłam do niego pojechać, bo odmawiali mi paszportu, pisałam do Kiszczaka prośbę za prośbą. Ale przynajmniej był bezpieczny.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Zabójstwo Grzegorza Przemyka: komunistyczna zbrodnia nigdy nieukarana. Historia z PRL-u

Trzy lata wcześniej, w 1983, przyjechał do Polski papież. Pojechałam do Częstochowy z przyjaciółką, przypięłam sobie do bluzki solidarnościowy znaczek. Msza, modlę się, śpiewam taka szczęśliwa, że jestem w wolnej Polsce. A przyjaciółka mi szepcze: „Obserwują cię!”. A ja: „Coś ty, tutaj? Gdzie by tu ktoś obserwował jakąś Lemanowicz z Piły? Daj spokój, wydaje ci się”. Msza się skończyła, wychodzimy, patrzę, suka jedzie i dwóch nagle mnie pod ręce chwyta. „Pani Lemanowicz?” „Tak”. „Z Piły?” „Tak”. „Idziemy!” Chyba pierwszy raz w życiu tak się bałam. Zawieźli mnie do budynku Urzędu Miejskiego w Częstochowie. „Przywieźliśmy Lemanowicz!” „Wejść!” Weszłam. Milicjant spojrzał na mnie. Potem na mój znaczek. „To nielegalne, zdejmij to!” – krzyknął.

Zaczęłam protestować, ale on zaszedł mnie od tyłu i jak mnie nie walnie w głowę otwartą dłonią, to tylko poczułam, jak ciepła krew leje mi się po uchu i zemdlałam. Nic więcej nie pamiętam.

Odzyskałam przytomność w nocy. Chwilę potem mnie wypuścili – bez pieniędzy, bez dokumentów, w rękę wcisnęli tylko jakiś papier, grzywnę. Był stan wojenny, godzina policyjna, pusto. Miałam taki straszny szum w głowie, zawroty, zataczałam się. Wyszłam na główną drogę i szłam. Aż zobaczyłam, że jedzie jakiś autobus, zaczęłam machać, okazało się, że to ostatni pielgrzymi z Częstochowy do Poznania.

Mąż: – Ja myślę, że oni ją tam po prostu zabili i reanimowali. Długo miała potężne bóle w mostku. Dostała tak zwanego plaskacza w ucho i policzek – typowe ubeckie bicie. To od tamtego czasu opada jej jedna powieka, minęło też wiele czasu, zanim zaczęła normalnie słyszeć. Krysia przeszła kilka lat wcześniej bardzo poważną operację neurochirurgiczną. Któregoś dnia prowadziła wózek z dzieckiem i nagle siup – zemdlała. To się zaczęło powtarzać. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Okazało się, że ma dodatkowe dwa żebra szyjne, które wciąż rosną i przy niektórych ruchach głowy uciskają tętnicę szyjną. Lekarka zaopiniowała, że trzeba to natychmiast wyciąć. W lipcu ’78 była operowana. Kiedy odbierałem ją ze szpitala, profesor mi powiedział: „Mam nadzieję, że jest pan dla niej dobry, bo to złota dziewczyna. Proszę o nią dbać. To się będzie wszystko układało przez ładne parę lat. Musi się zachowywać bardzo ostrożnie, żadnych nagłych ruchów”.

Wciąż mam gdzieś tę grzywnę – 6150 zł, straszna dla nas suma, a musieliśmy zapłacić w ciągu trzech dni. Wpadliśmy w długi; byliśmy wtedy bez pracy i bez pieniędzy. Parę miesięcy później, zdesperowany, zdecydowałem się na własny biznes i zacząłem zarabiać.

Co jeszcze mogę powiedzieć o żonie? Jest takim moim spełnionym marzeniem. Zawsze się o nią bałem, że coś jej się może stać. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby jej zabraniać czy namawiać, żeby przestała. Trzeba przecież w życiu zachowywać się tak, jak należy. Pomagam jej we wszystkim, co robi, bo to jest moja żona i muszę ją wspierać.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Kopanie się z koniem, czyli ekssenatorem Stokłosą. "Walczymy tylko o czyste powietrze"

Proces Stokłosy wciąż się toczy. Z 21 zarzutów zostało niewiele

Krystyna Lemanowicz była świadkiem na pierwszym procesie Stokłosy w Poznaniu, który zaczął się w kwietniu 2009 roku. Miał postawionych 21 zarzutów dotyczących m.in. ochrony środowiska, znęcania się nad pracownikami i korupcji.

– W chodzieskim sądzie zagadnął mnie w 2011 roku nieznany mi Kamil Ceranowski, dziennikarz z Vectry, lokalnej telewizji z Piły. Mówił, że chciałby zrobić reportaż na temat Stokłosy. Na początku byłam sceptyczna, ale jak zaczął mi opowiadać, że prowadzi portal patriotyczny, to mnie kupił od razu. Patriota, mój człowiek – pomyślałam i zaufałam mu. Przyjeżdżał do nas do domu wielokrotnie, pożyczał i przegrywał moje kasety wideo. Żeby nas nie narażać na koszty, przyniósł nam komputer i komórkę. 11 września 2012 roku wpadł i mówi, że musi wyjechać i chciałby zabrać sprzęt. Okazało się, że to był człowiek nasłany, który zainstalował w komórce podsłuch i nagrywał każdą moją rozmowę. Jeszcze tego samego popołudnia na portalu „Tygodnika Nowego” ukazał się plugawy tekst, w którym ujawnili moje rozmowy z prokuratorem Robertem Kiełkiem. Rzeczywiście rozmawialiśmy wiele razy, informowałam go o bieżącej sytuacji w Pile, nie wiedział przecież, co się dzieje tu u nas, na miejscu. Co z tego, że półtora roku później sąd uznał, że miałam prawo z nim rozmawiać przez telefon, skoro w międzyczasie proces Stokłosy, po którym dostał osiem lat, został uchylony? Zanim zaczął się od nowa z innym prokuratorem, część zarzutów uległa już przedawnieniu. Miesiące opluwania w „Tygodniku Nowym” i na ich portalu to była dla mnie tragedia. Największa podłość, jaka mnie spotkała w życiu.

Proces Stokłosy wciąż się toczy. Z 21 zarzutów zostało niewiele. Kiedyś myślałam, że moje nagrania będą dowodem, ale nie są, bo obrońca Stokłosy twierdzi, że ci ludzie kłamali. Jak udowodnię, że nie kłamali? Zresztą wielu z nich już nie żyje.

Osobisty ochroniarz zeznawał w sądzie przeciwko niemu – to była sprawa o pobicie pracownika przez samego Stokłosę. Stokłosa zeznawał, że nigdy nie został sam na sam z pracownikiem, tymczasem ochroniarz wygadał się, że w pewnym momencie Stokłosa kazał mu wyjść z pokoju. Ale on też już nie żyje.

Przed sądem w Chodzieży stanęło kilku ochroniarzy. Tylko jeden, Gasperowicz, ten, który obciął palec Pawłowi, dostał cztery lata, odsiedział. Zaraz po wyjściu z więzienia został sołtysem i prowadzi teraz gospodarstwo agroturystyczne.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Były ochroniarz Henryka Stokłosy, skazany za wywożenie ludzi do lasu i okaleczenie, wyszedł z więzienia i został sołtysem

Za to my mamy dużo procesów, Stokłosa ciągle pozywa członków stowarzyszenia. Mnie pierwszy raz oskarżył w 2005 roku za wypowiedź w Telewizji Trwam. Ale kiedy jego adwokaci zobaczyli moje nagrania – odstąpił. Teraz mam proces za wypowiedź w „Gazecie Wyborczej”. Mój mąż miał trzy sprawy. Obrzucali błotem naszą rodzinę w internecie i prasie – że jestem narkomanką i narkotyki wyżarły mi mózg, że syn jest pedałem, a matka męża k... Ile oszczerstw można znieść? Zaczął się bronić, puściły mu nerwy. Na koszty procesu wydaliśmy już 20 tys. Skąd brać pieniądze na tych adwokatów? Irena Sienkiewicz, szefowa stowarzyszenia, była pozywana trzykrotnie. Członkowie zarządu stowarzyszenia byli wielokrotnie oskarżani, ale wszystkie wyroki były dla nich korzystne.

Stokłosa chciałby, żeby stowarzyszenie przestało istnieć, bo jest niewygodne. Jeśli któryś przedsiębiorca nie spełnia wymogów związanych z ochroną środowiska, to my protestujemy i idziemy z tym do władz, a bywa, że i do sądu; jesteśmy stroną w postępowaniach. Stokłosa jest w tej chwili radnym powiatu – działa w starostwie. Starosta Eligiusz Komarowski to podobno jego stary znajomy. To tu zapadają wszystkie decyzje istotne dla biznesu. Niedawno na przykład zmienili przepisy – obniżyli wysokość temperatury, w której trzeba spalać odpady zwierzęce z 900 stopni na 600. Dlaczego? Żeby zużywać mniej energii. A przecież powinno być 900! Być może Stokłosa z tylnego siedzenia rządzi starostwem. Mamy zresztą nagranie – dowód na to, że Stokłosa może wpływać na decyzje starosty. Wkrótce przedstawimy je w sądzie. Ostatnio nasza współpraca ze starostwem jest właściwie niemożliwa. Na sesji rady powiatu, kiedy Irena szykowała się do zabrania głosu, nie udzielono go jej w ogóle! A przecież stowarzyszenie nie zajmuje się Stokłosą jako osobą, jedynie skutkami jego działalności w przemyśle.

To jest po prostu zamykanie ust wolnemu człowiekowi! Pracujemy w stowarzyszeniu w imieniu innych, poświęcamy swój czas, swoje pieniądze. Takie organizacje powinny być wspierane przez państwo, hołubione wręcz, to duża wartość dla kraju, dla miasta, dla powiatu.A tymczasem o nim nie wolno mówić, bo jego godność jest targana. A gdzie jest nasza godność? Prawo działa jakby tylko w jedną stronę – człowieka, który ma gruby portfel i stać go na obronę, a ty, biedaku, masz siedzieć cicho. I to jest bardzo przykre.

Czuję się głęboko rozczarowana państwem polskim. Mam taki żal do tych rzeczników, burmistrzów, prezydentów, to wszystko jest dziadostwo, co patrzy tylko, jak swoją kabzę naładować i nikomu się nie narazić!

Spotkało mnie w życiu dużo zaszczytów, byłam odznaczona Krzyżem Wolności i Solidarności, dwukrotnie Złotym Krzyżem Zasługi za budowę państwa prawa. Ale kiedy potrzebuję pomocy prawnika, to muszę się zapożyczyć, bo mnie na niego nie stać z mojej emerytury w wysokości 950 zł miesięcznie! Mówiłam rzecznikowi, że potrzebuję pomocy prawnika, bo ja się na tym nie znam, sama nie dam rady się bronić. A on mnie słucha i mówi: „Wie pani, ja niewiele mogę... Jak pani przegra sprawę, to ja mogę wkroczyć z odwołaniem”. I zostawił mnie samą z tym potentatem, który ma 50 prawników, a jeden lepszy od drugiego. To tak ma być w Polsce? Żeby zamknąć gębę tym nielicznym odważnym? Spotkałam się z Jerzym Buzkiem, pokazałam nagrania, zdjęcia, obejrzał, zbladł: „To niemożliwe, nie w Polsce! Trzeba tym ludziom zadośćuczynić, trzeba się tym zająć!”. Bardzo się przejął, dał mi nawet swój numer, ale nigdy nie odebrał ode mnie telefonu.

Już nie chodzę z kamerą po polach, nie nagrywam. Nie mam możliwości, żeby ich monitorować i sprawdzać. Jest powiatowy urząd pracy, jest Państwowa Inspekcja Pracy, jest wojewódzki inspektorat ochrony środowiska – instytucji jest mnóstwo.

Ale większość niewiele robi, bo to jest uciążliwe i niebezpieczne i jeszcze się będzie miało sprawę w sądzie. Jak nasz kolega ze stowarzyszenia przechodził drogą obok Farmutilu, dostał oficjalny pozew, że zakłócił pracę w zakładzie, i dostał 20 tys. zł kary. Można zastraszyć ludzi? Można.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Historia walki ze Stokłosą jak z rosyjskiego "Lewiatana": system wykańcza niewinnego człowieka

Rodzina pochodziła z Wołynia

Dziesięć lat temu opiekowałam się moim ojcem chorym na raka. Sprowadziłam go któregoś dnia do ogródka, opatuliłam kocem, a on tak na mnie patrzy i mówi nagle: „Wiesz, przyszedł chyba czas, żeby powiedzieć tobie, że ja cię bardzo przepraszam. Byłem niedobry dla ciebie. A ty jesteś dobrą córką”. Rozpłakałam się. „Tatuś – mówię – nie mam do ciebie żalu”. Jemu też łzy się lały po policzkach. Pół roku później umarła mama, też przy mnie. Byłam taka zagubiona, mimo tylu lat pracy w hospicjum. O tylu rzeczach zapomniałam – nie zmieniłam jej pampersa w ostatnich chwilach i koszula się jej tak boleśnie odcisnęła, nie mogę sobie tego wybaczyć. Wydawało mi się, że sobie poradzę, ale nie poradziłam. Kiedy przygotowywałam jej ciało do pogrzebu, zauważyłam na jej pośladku wypalony znak Tryzuba. Kto jej to zrobił? – myślałam wstrząśnięta.

Mama nigdy nie opowiadała o tym, co przeżyła w dzieciństwie. Rodzina pochodziła z Wołynia. Wiedziałam, że mojego dziadka w czasie rzezi wołyńskiej zabili Ukraińcy, odcięli mu głowę, a babcia z ocalałymi dziećmi wyjechała na Ziemie Odzyskane. Męczyła mnie ta tajemnica, zaczęłam pytać, szukać dokumentów. Odkryłam, że kiedy babcia wsiadała z dziećmi do pociągu jadącego na ziemie zachodnie, nie było wśród nich mojej mamy, 15-letniej córki. Dołączyła do rodziny rok później i nigdy nie wyjawiła, co się z nią przez ten czas działo. W ten sposób zaczęłam pisać książkę o Wołyniu – relacje tych, którzy tak jak moja rodzina przeżyli i dotarli na ziemie zachodnie. Pięć lat to pisałam – książka jest gotowa, w korekcie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Rzeź wołyńska albo wołyńska tragedia. Dlaczego się zabijali?

Wiem, że zbliża się mój kres. Jestem na to przygotowana

Pani sobie nawet nie wyobraża, jak ja się czuję przed każdą rozprawą. Przez całą noc nie śpię. Rano jestem całkowicie wyczerpana, zanim jeszcze wejdę do sądu.

„Jaka pani blada... Przeżywa pani? – pyta mnie dziewczyna z Helsińskiej Fundacji, która jest obserwatorem procesu. – Nie dziwię się” – mówi ze współczuciem.

Najbardziej boję się, że będę miała w sądzie atak, to by było takie upokarzające. Ale kiedy słyszę znowu te kłamstwa, denerwuję się strasznie, ściska mnie nagle w gardle i duszę się. Kilka lat temu po operacji tarczycy objawiła się u mnie rzadka choroba, tężyczka. Polega na nagłych skurczach mięśni, czasem tak mocnych, że można się udusić. Mąż mnie wtedy ratuje, raz atak był taki silny, że musiał mnie reanimować.

Wiem, że zbliża się mój kres. Jestem na to przygotowana. Mam grób, mam kupioną sukienkę. Chcę być spalona, to bardziej ekologiczne. Samej śmierci się nie boję, tylko tych chwil przed – czy będzie bolało, czy ktoś weźmie mnie za rękę. Zawsze chciałam, aby mój ślad na tej ziemi był dłuższy i trwalszy niż moje życie. Jeśli coś dobrego zostawiamy po sobie, to znaczy, że nasze życie miało sens i warto było żyć.

Masz sprawę do interwencji, napisz do autorki: monika.redzisz@agora.pl