Agata Matejczuk jest nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów" 2017.

Zagłosuj na Superbohaterkę 2017 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Trzy miesiące po swoim trzecim porodzie, po cesarskim cięciu, startuje pani w ultramaratonie i próbuje przebiec 240 km.

Pani pewnie myśli, że to wariactwo?

Nie oceniam.

Ten bieg był dla mnie bardzo ważny. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym w nim nie wystartować.

Dlaczego?

Przygotowywałam się do niego od lat. Marzyłam o tym dystansie. Postanowiłam, że muszę wreszcie pokonać tę trasę. Tak się akurat złożyło, że termin ultramaratonu wyznaczono niedługo po narodzinach mojej Lidki. Nie mogłam już odpuścić.

Kiedy się pani przygotowywała?

Ćwiczyłam, rozciągałam się i biegałam przez całą ciążę. Nie miałam osobistego trenera ani profesjonalnej ekipy. Współpracowałam z trenerką z Warszawy, ale tylko mailowo – dostawałam plan treningu, musiałam go pilnować i się dyscyplinować. Ostatniego dnia, kiedy byłam już spakowana do porodu, odprowadziłam Piotrusia i Roberta, moich chłopców, do przedszkola. To ponad trzy kilometry od nas, mieszkamy w Różycach pod Łodzią. Potem przytruchtałam do domu i pojechałam na oddział, na umówiony termin cesarki.

Agata Matejczuk, w trzeciej ciąży, odprowadza synów - Roberta i Piotrusia. Kadr z filmu 'Biegacze'Agata Matejczuk, w trzeciej ciąży, odprowadza synów - Roberta i Piotrusia. Kadr z filmu 'Biegacze' Fot. materiały prasowe

Lekarze nie narzekali, że biega pani w ciąży?

Raczej odradzali: bo trzecia cesarka, bo to niebezpieczne. To oczywiste, rozumiem ich, żaden lekarz nie powie otwarcie: „Tak, możesz biegać w dziewiątym miesiącu, nic ci się nie stanie”, bo żaden nie będzie pewien, czy rzeczywiście nic się nie wydarzy. Każdy boi się odpowiedzialności. Ale ja wiedziałam, na ile mogę sobie pozwolić. Mój organizm jest przyzwyczajony do wysiłku. Biegam od lat. Kiedy urodziłam Lidkę, już dwa tygodnie później truchtałam. Bardzo brakowało mi ruchu. Trzy tygodnie później przebiegłam krótką trasę, kilkanaście kilometrów. Jeszcze później wzięłam udział w zawodach, nic wielkiego, pięćdziesiąt parę kilometrów, trzy razy na Śnieżkę. Trochę ciągnęła mnie rana po cesarce, ale to nie przeszkadzało.

A potem był mój pierwszy w życiu ultramaraton, w lipcu. Całą ciążę o nim myślałam. 240 km, czy dam radę? Taki dystans!

W filmie dokumentalnym „Biegacze” Łukasza Borowskiego siedzicie z mężem nad mapą, pani w zaawansowanej ciąży, i przyglądacie się trasie. Pani mąż ma wątpliwości.

„Człowiek 240 km przejedzie w cztery godziny samochodem i jest zmęczony, a ty będziesz musiała pokonać to na nogach. A co, jak cię złapie oberwanie chmury? Albo będzie za gorąco? I co zrobisz w nocy, gdy na trasę wyjdą zwierzęta?”, zastanawiał się. Ale ja już postanowiłam. Musiałam pobiec.

Przebiegła pani wtedy 130 km.

Nie ukończyłam trasy i nie mogłam tego przeboleć. Miałam do siebie żal, że nie dałam rady. Po 130 km zesztywniały mi nogi, nie mogłam chodzić.

Fizjoterapeuta w punkcie kontrolnym powiedział, że nie da się tego rozmasować. Dał mi trzy rozkurczowe tabletki. Nie pomogły.

„Czasem trudniej się wycofać, niż biec dalej, pamiętaj. Jak pobiegniesz, pozrywasz mięśnie i po sezonie”. Nie chciałam go słuchać. Czułam, że zawiodłam.

Ale Jarek, mój mąż, powiedział: „Zrezygnuj, za rok przyjedziesz, wtedy na pewno ukończysz”. Bał się o mnie. Wiedział jednak, że potrzeba czasu, dobrego przygotowania, że kiedyś skończę bieg. Bo ja nigdy nie odpuszczam. Mnie ten bieg był bardzo potrzebny.

 

Dlaczego?

Całe życie mi wmawiano, że jestem nikim. Chciałam udowodnić, że to nieprawda.

Komu?

Sobie. I ojczymowi. Ciągle słyszałam od niego: „Ty nierobie!”.

Zaczęła pani pracować jako dziecko. Miała pani 11 lat.

Mieszkałam z matką, ojczymem i dużo młodszą siostrą. Ojczym z matką pili. Zarabiałam od małego, pomagałam w osiedlowym warzywniaku. Sprzątałam, układałam warzywa, dostawałam za to jedzenie i pieniądze. Ale szły na wódkę. W domu się nie przelewało, matka i ojczym raz mieli pracę, raz byli na bezrobociu.

Codziennie słyszałam, że nic ze mnie nie będzie.

Cokolwiek bym zrobiła, ojczym wiecznie był niezadowolony. Ciągle za mało przynosiłam pieniędzy, chociaż on nie przynosił ich wcale.

Po podstawówce uczyła się pani w zawodówce na kaletnika.

Pół dnia spędzałam w szkole, a potem od razu szłam na zmianę do warzywniaka. To mnie wykańczało. Wstawałam o 5 rano, wracałam wieczorem. Ojczym nie chciał, żebym się uczyła. Wolał, żebym pracowała.

Pamiętam, gdy w szkole okazało się, że całkiem nieźle biegam, chociaż nigdy wcześniej nie ćwiczyłam. Zajęłam trzecie miejsce w zawodach wojewódzkich na 1200 metrów. Jedna z trenerek zaprosiła mnie nawet na treningi.

Poszła pani?

Ojczym się nie zgodził.

Dlaczego?

Bobym musiała rzucić warzywniak. A skąd by wtedy wziął pieniądze?

Miała pani dosyć.

Wyprowadziłam się do cioci, zaczęłam pracować w przedsiębiorstwie garmażeryjno-produkcyjnym. Tam poznałam swojego męża. 15 lat temu wzięliśmy ślub, założyliśmy rodzinę. Zaczęłam wychodzić na prostą. Zaocznie zrobiłam maturę, dostałam się na studia prawnicze do Wrocławia. Przez dwa lata studiowałam, dłużej nie dałam rady. Ale to było głupie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: A właśnie, że pobiegnę! Maraton ze stwardnieniem rozsianym

Dlaczego?

Przecież ja nie dla siebie poszłam na to prawo. Zrobiłam to po to, by dopiec ojczymowi. Chciałam mu pokazać, że stać mnie na więcej. Wydawało mi się, że gdy się studiuje prawo, to jest się kimś lepszym, bo to kierunek elitarny. A ja cały czas chciałam do lepszego świata niż ten, w którym żyłam. Nie utrzymałam się tam. Miałam pracę, dojazdy do Wrocławia były trudne. Zrezygnowałam. Bardzo żałuję, że nie wybrałam AWF-u. Pewnie bym skończyła. Ale ja cały czas miałam tego ojczyma z tyłu głowy. Ciągle chciałam mu coś udowadniać.

Kiedy zaczęła pani biegać?

Gdy poznałam Jarka, mojego męża, sporo ćwiczyliśmy. Jeździliśmy razem na rowerach, zapisaliśmy się też na siłownię. Zawsze miałam sporo energii. Kiedyś znaleźliśmy ogłoszenie, że robią nabór na tajski boks. Zapisałam się do grupy początkującej, ale nikt poza mną się nie zgłosił. Wrzucili mnie od razu do zawodowców. Dostawałam tam tak, że głowa mała. Trenowałam dwa i pół roku. Zaczęłam w maju 2006 roku.

Po czterech miesiącach miałam już pierwszą walkę. Przegrałam ją. Nie chciałam po niej wrócić na salę, na treningi. Tak bardzo wstydziłam się porażki.

Ci wszyscy faceci, z którymi ćwiczyłam, wierzyli we mnie, a ja przegrałam w pierwszej rundzie przez nokaut techniczny.

Niestety, miałam pożyczony od kolegi dres, więc wiedziałam, że muszę wrócić na salę i mu oddać. Trzy razy tam wchodziłam i wracałam. „Może mu wyślę paczką?”, rozmyślałam. W końcu jakoś się przemogłam. Wszyscy byli fantastyczni, przyjęli mnie bardzo dobrze, powiedzieli, że pierwsze koty za płoty, a teraz trzeba się wziąć do roboty. W grudniu miałam następną walkę, o Puchar Polski. Wygrałam ją. Po Pucharze Polski zdobyłam Puchar Europy. W następnym roku walczyłam podczas mistrzostw Europy. Zdobyłam wtedy brąz. Niestety, przegrałam z Rosjanką, złamałam rękę w pierwszej rundzie.

Agata Matejczuk. Kadr z filmu 'Biegacze'Agata Matejczuk. Kadr z filmu 'Biegacze' Fot. materiały prasowe

Ale nie zeszła pani z ringu.

Przewalczyłam trzy rundy. Bolało mnie, ale chciałam dokończyć walkę. Okazało się, że to złamanie z przemieszczeniem. Tu mam pamiątkę, bliznę. Niedługo później zaszłam w ciążę z pierwszym dzieckiem. To był 2008 rok.

Trzy miesiące po urodzeniu Piotrusia wróciłam na treningi, chodziłam z niemowlakiem. Wkładałam rękawice, sparingowałam, mały leżał na macie albo spał w wózku.

Wydawało mi się, że to godzę, ale złamałam palec u nogi. Ciężko mi było chodzić w gipsie, a co dopiero pchać wózek z dzieckiem. Mąż powiedział w końcu: „Słuchaj, musisz się zastanowić: albo tajski boks, albo rodzina. Masz dziecko, a chodzisz z gipsem, z podbitym okiem i wyglądasz, jakby cię bili w domu”. Martwił się o mnie. Ciągnęła się za mną jeszcze ta połamana przez Rosjankę ręka – miałam ją przez siedem miesięcy w gipsie, kości zespolono płytką. To był dość kontuzjogenny sport.

Przypadkiem dowiedziałam się o maratonie w Łodzi. Zapragnęłam biegać, więc z marszu poszłam na zawody. To był 2006 rok, mój pierwszy maraton, 42 km.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Osiąganie niemożliwego. Jak wytrenować hart ducha

Od razu na zawody? Przygotowywała się pani?

W ogóle. Tyle tylko, co dawały mi boks i jazda na rowerze. Bardzo potem cierpiałam, przez tydzień nie mogłam się ruszać. Niewiele wtedy wiedziałam o bieganiu. Nie miałam nawet pojęcia, że trzeba dać 80 zł wpisowego. Myślałam, że bieg jest za darmo. Pożyczyłam pieniądze, wystartowałam. Rzeźbiłam ten dystans cztery godziny i 28 minut.

Potem przyszły marzenia, żeby ucinać z niego czas, żeby startować jeszcze lepiej. Rok później osiągnęłam czas trzech godzin i 40 minut. Zaczęłam biegać częściej, startować w zawodach, maratonach, na dłuższych dystansach.

Miała pani trenera?

Przez długi czas nie miałam nikogo, kto by mnie trenował. Nie było mi łatwo. To był w ogóle trudny czas. Brakowało pieniędzy na wszystko. Przez pięć lat pracowałam na kasie w Burger Kingu przy autostradzie, z domu od nas 5 km, czasem tam po prostu podbiegałam. Niestety, mocno zjechałam buty. Raniły mi nogi. Nie stać mnie było na nowe, zarabiałam 1,3 tys. zł, wszystko szło na życie, rachunki i pieluchy. Odśnieżałam dodatkowo dachy, żeby coś dorobić. Mąż się wtedy szkolił na zawodowego żołnierza.

Dwa miesiące odkładałam na buty do biegania. Kupiłam na promocji za 150 zł. Teraz gdyby nie sponsor, to nie wiem, czybym biegała.

Agata Matejczuk. Kadr z filmu 'Biegacze'Agata Matejczuk. Kadr z filmu 'Biegacze' Fot. materiały prasowe

Wyszliście na prostą.

Dzięki biegom! Pewnego dnia odezwał się do mnie na Facebooku znajomy, zapytał, czy mam jakiegoś sponsora, bo zgłosiła się firma, która chce mnie wesprzeć – Spartez z Gdańska. Bardzo nam pomogli stanąć na nogi. Zwłaszcza finansowo.

Zainwestowali we mnie: porobiłam kilka kursów masażu, terapii manualnej, które mogą się przydać w przyszłości, gdybym szukała nowej pracy. Teraz mam trzech sponsorów, którzy mnie ubierają: Attiq, Brubeck i Salming. Jestem im bardzo wdzięczna. Same buty kosztują przecież tyle, co jedna trzecia pensji. Wspiera mnie również Klub Sportowy „Alaska” z Łodzi, do którego należę.

Biegi to w ogóle sport mocno niedofinansowany. Rzadko kiedy dla medalistów są nagrody pieniężne. Ale który sport poza piłką nożną jest dofinansowany?

Ja jednak nie narzekam. Nam na życie starcza. Gorzej z czasem, tego ciągle brakuje. Pamiętam, jak miałam maraton 24-godzinny, a potem szłam na zmianę do pracy, na kasę. Zasypiałam na stojąco. Szaleństwo, prawda?

Zupełne.

Przystopowałam z tym. Rzuciłam też pracę w Burger Kingu i od roku jestem zatrudniona w przedszkolu jako pomoc. Jestem bardzo zadowolona z tej pracy. Mam w niej coś do powiedzenia, liczą się ze mną. Kiedy urządzamy dla dzieci imprezy, biorą pod uwagę moje pomysły. To fajna praca. Otworzyłam się dzięki niej na ludzi.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Dalej biegnie tylko głowa. Rozmowa z Michałem Kiełbasińskim, ultramaratończykiem

A wcześniej jak było?

Z ludźmi? Koszmarnie. Kiedy postawili mnie pierwszy dzień na kasie w Burger Kingu, myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Wolałam stać na kuchni i odcedzać frytki, niż spojrzeć komuś w oczy. A tu patrzyła na mnie twarz za twarzą. Szefowa nie rozumiała, jak to może być dla mnie trudne. „Przecież tylko wydajesz posiłki”, mówiła. A ja tłumaczyłam, że dla mnie to ogromny stres. Ja nawet nie słyszałam, co ci ludzie zamawiają, o co pytają.

Dlaczego?

Bo ciągle zastanawiałam się: a co oni o mnie myślą? Co o mnie powiedzą? Nie mogłam skupić się na zamówieniach. Potem mi to przeszło, ale potrzebowałam czasu.

Jak w takim razie pani zareagowała, gdy pojawiła się propozycja filmu?

Łukasz Borowski znalazł mnie przez środowisko biegaczy. Zaskoczył mnie telefonem. Umówiliśmy się na rozmowę w kinie, ale nie poszłam tam sama. Wzięłam ze sobą koleżankę, w końcu nie wiedziałam, co to za facet. Powiedział, że chce nakręcić film o biegaczach. Podał kilka nazwisk, które znałam, między innymi Michała Kiełbasińskiego, jednego z bohaterów filmu. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o tym projekcie, nie byłam jeszcze w trzeciej ciąży. Zaszłam chwilę później. Ale ciąża nie była dla mnie przeszkodą. Ja i tak bym w tym ultramaratonie wystartowała.

Sport pani pomaga?

Bardzo.

Ultramaratony nie są wyniszczające?

To zależy, ile kto biega, jaki ma organizm, jakie przygotowanie, wytrzymałość. Ja raczej jestem z tych wytrzymałych.

Długo było tak, że musiałam się zajeżdżać, żeby mi było łatwiej psychicznie. Ból fizyczny był bardziej kojący. Przestawałam o sobie wtedy źle myśleć.

Teraz wiem, że zawsze celowo brałam na siebie trochę za dużo. Ale to mi pomagało radzić sobie ze sobą. Nie było wtedy czasu na myślenie, na roztrząsanie. W 2006 roku wzięłam nawet udział w „Selekcji”, takim programie emitowanym w telewizji. To wysiłkowa gra terenowa na poligonie, mieliśmy tam ekstremalne warunki: ściganie się w nocy, dni bez jedzenia, picia, pływanie, pompki. Trenowali nas żołnierze z jednostki specjalnej. Żadna dziewczyna wcześniej tego nie ukończyła.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Anna Figura zwyciężyła w Elbrus Race i poprawiła rekord aż o 27 minut!

Pani się udało jako jednej z pierwszych w historii programu.

Ukończyłyśmy to we dwie z koleżanką Olą. Mąż bardzo mnie wtedy wspierał. Czułam, jakby był ze mną. Przed programem mówił, że dam radę, że on to wie. Wiedział, że poradzę sobie w każdych warunkach. Przyzwyczaił się, że planuję kolejne wyzwania.

Nikt pani nie mówi: „Po co ci to wszystko? Masz trójkę dzieci, daj temu spokój”. Pytam, bo w Polsce tak dyscyplinuje się matki.

Nie opowiadam ludziom o sobie. Nie chwalę się, nie lubię tego. Siostrze nie mówię wszystkiego, żeby się nie martwiła na zapas, ale bardzo mnie wspiera, mamy ze sobą dobry kontakt.

Kiedyś ktoś znajomy zarzucił mi, że nie poświęcam się rodzinie, że czas, który mogłabym spędzić z dziećmi, tracę na bieganie i treningi.

Nie zgadzam się z tym. Wiem, że kiedy dzieci są z Jarkiem, są zaopiekowane, dopatrzone. Niczego im nie brakuje. Są w końcu z ojcem.

Kiedy pani trenuje?

Często przy okazji – podbiegnę gdzieś na schodach, pobiegnę do pracy, poćwiczę na skakance, jak dzieci zasną. Bywało, że do 1 w nocy tak skakałam na podwórku przed domem. Teraz biegam sześć razy w tygodniu. To w sumie jakieś 150 km.

Agata Matejczuk z mężem. Kadr z filmu 'Biegacze'Agata Matejczuk z mężem. Kadr z filmu 'Biegacze' Fot. materiały prasowe

Niektóre kobiety odpadają ze sportu, kiedy rodzą dzieci, albo zwalniają tempo.

Ale dzieci rodzą się przecież też mężczyznom. Sportowcy mężczyźni nie mają jakoś z tym problemu. To, że ćwiczę, sprawia, że i dzieci są aktywne. Codziennie jeżdżą na rowerze, jeśli nie wyjdą przejechać 5 km dziennie, to jest dramat, biegają, kiedy jadą ze mną na maraton, startują na towarzyszących krótkich trasach. Ale przyznaję, że coraz trudniej mi to wszystko pogodzić. Czasem mam momenty, kiedy myślę: po co mi to wszystko? Na cholerę? W trakcie niektórych zawodów, kiedy mam kryzys, mówię sobie: zasuwam po jakichś górach, a Jarek musi się trójką dzieci zajmować.

On nie protestuje?

Nigdy. Dzieci bawią się z nim świetnie. Męża naprawdę mam wspaniałego. Sam im zrobił huśtawkę u nas na podwórku przed domem, zabiera chłopców na rowery, potrafi wymyślić im zabawy, a proszę mi wierzyć, nie jest łatwo zająć jednocześnie ośmiolatka, siedmiolatka i trzylatkę. Udało nam się stworzyć dom, o jakim marzyłam, bez picia, bez przemocy. Miesiąc temu byliśmy na weselu u kuzyna, ktoś tam podchodzi, gratuluje mi biegów, mówi do Jarka:

„Gratuluję ci żony”! A ja na to: „To mnie pogratuluj męża, bo to on ogarnia wszystko. Ja sobie tylko biegam”.

Mąż pokazał mi, że można żyć zupełnie inaczej. Spokojniej. Nauczył, jak jeden człowiek może szanować i doceniać drugiego. Kiedy się związaliśmy, nie umiałam odpowiadać na komplementy. On mówił: „Ale dziś ładnie wyglądasz”, a ja odpowiadałam: „Nie śmiej się ze mnie”. Wkurzał się, że tak reaguję. Trzeba było lat, żeby mnie do tego przyzwyczaić. Zawsze mi się to wydawało jakieś nieszczere. W końcu też zaczął żartować: „No pewnie, że się z ciebie śmieję, tylko o to chodzi”.

Co robi pani mąż?

Jest kucharzem w jednostce wojskowej. I też biega. Ale nie w ultramaratonach, zarzynanie się w ogóle go nie kręci. Startuje w maratonach, na 42 km. Wszystkie krótsze trasy biega szybciej ode mnie. Ja jestem wytrzymałościowcem.

Biegacze mają zwykle profesjonalne, liczne ekipy. Kto jeździ z panią?

Zawsze mąż. Zabiera też dzieci. Wszyscy w tym siedzimy. Nie jest nam łatwo z naszą trójką, nie mamy dodatkowej opieki, radzimy sobie sami. Ale dla nich taki wyjazd to frajda. Czasem zabieramy też znajomych, którzy pomagają przy Lidce. Dwa lata temu poznałam właścicielkę firmy biegowej Elę Rogoz. Jej mąż Radosław Rogoz jest teraz moim serwisantem na biegach 24-godzinnych. Pomaga mi we wszystkim: jest od masażu, co okrążenie daje mi picie, jedzenie, zmienia buty, żebym nie traciła czasu. Jak mnie bolą nogi, to je masuje, jak chcę się popłakać, to się mu wypłakuję i biegnę dalej. Taki psycholog i fizjoterapeuta w jednym. Od zeszłego roku mam też trenera biegowego Adama Starzyńskiego i plany treningowe, z których się spowiadam.

Jak pani sobie poradziła wtedy z tym pierwszym, nieukończonym ultramaratonem?

Fatalnie, czułam się fatalnie. Pięć miesięcy później wystartowałam w mistrzostwach Polski w biegu 24-godzinnym. Przebiegłam 204 km. Byłam wicemistrzynią Polski. Dzięki temu mogłam pojechać na mistrzostwa świata i Europy do Turynu. W 2015 roku przywiozłyśmy z Turynu brąz drużynowy w mistrzostwach świata i srebrny z mistrzostw Europy, indywidualnie zajęłam 16. miejsce. To było w kwietniu 2015 roku, a w lipcu 2015 ukończyłam cały dystans 240 km. To był ultramaraton w Kotlinie Kłodzkiej.

41 godzin i 47 minut, tyle pani biegła.

Zrobiłam całą trasę, od początku do końca. Startowało około stu osób. Ukończyło mniej więcej 40. Ultramaraton zwykle kończy mniej niż połowa. Limit czasu to 52 godziny, trzeba się w tym zmieścić.

Agata Matejczuk. Kadr z filmu 'Biegacze'Agata Matejczuk. Kadr z filmu 'Biegacze' Fot. materiały prasowe

Biegnie się dwie noce i dwa dni.

Początek jest naprawdę fajny, schody zaczynają się po 130 km. Zaczynamy o godzinie 18, pierwsza noc jest przyjemna, mamy jeszcze siłę. Druga noc była dla mnie bardzo trudna. Miałam jeden potężny kryzys. Ale bieg ułożył mi się fantastycznie, poza jedynym spaniem 45 minut, bo tak mnie ścięło, że myślałam, że już po biegu. Drugiej nocy zgubiliśmy się, telefony nie działały, bo nie było zasięgu, 3 km przed punktem nie mogliśmy znaleźć drogi i oznaczeń.

Ledwo doszłam, jakiś biegacz, młody chłopak, dodawał mi sił. Krzyczał: „Chodź, dasz jeszcze radę, oby do punktu, najwyżej zrezygnujesz!”. W punkcie postawili mnie do pionu.

Długo pani dochodziła do siebie po ultramaratonie?

W ogóle! Już następnego dnia byłam na nogach. W czwartek był bieg, w niedzielę zakończenie tego festiwalu, w poniedziałek byłam pracy. Po tym ultramaratonie dzieci przez tydzień mogły mi wchodzić na głowę, mogły przeginać w każdą stronę. Nic mnie nie ruszało! Odżyłam.

Ludzie pani gratulowali?

Ale kto? Nikomu nie mówiłam, ani w szkole dzieci, ani w mojej miejscowości, bo ludzie nie do końca to rozumieją.

Albo myślą, że jesteśmy czubkami, totalnymi wariatami – ciągniemy dzieci na drugi koniec Polski, bo matka wymyśliła sobie biegi.

A u pani w przedszkolu co mówią?

Ekipa jest świetna. Kibicują mi. Kiedyś, gdy wróciłam z 24-godzinnego biegu, przedszkolanki urządziły mi powitanie, a pani dyrektor miała nawet białą koszulkę z napisem: „Dawaj, Agata!”. Są dla mnie jak rodzina.

Co teraz?

Marzy mi się Spartathlon – 246 km w Grecji, UTMB – Ultra Train Mont Blanc – 168 km wokół masywu Mont Blanc. Ale finansowo przez nas samych to nie będzie do ogarnięcia. To ogromne pieniądze.

Jeden z bohaterów filmu „Biegacze” mówi, że chciałby mieć wszystko, drugi – że chciałby coś po sobie pozostawić.

Ci mężczyźni mieli inną niż ja motywację. Ja chciałam udowodnić, że jestem coś warta. Teraz nic już nikomu nie muszę udowadniać. Teraz mi zależy na tym, żeby jakiś bieg po prostu dobrze ukończyć – dla siebie. Zamknęłam już temat mojej przeszłości, nie muszę do tego wracać, żyje mi się bez tego dużo lepiej. Nie miałam lekko w życiu, ale może dzięki temu jestem taka, jaka jestem? Mam szczęśliwy dom, swoją pasję – czego chcieć więcej? W końcu dobiegłam tam, gdzie chciałam.

Agata Matejczuk – zdobywczyni Pucharu Europy i Pucharu Polski w tajskim boskie (do 48 kg), była też rekordzistką Biegu Rzeźnika. Medalistka mistrzostw świata i Europy w biegu 24-godzinnym, rekordzistka Biegu Siedmiu Szczytów. Razem z mężem i trojgiem dzieci mieszka pod Łodzią

Film „Biegacze” Łukasza Borowskiego w kinach od 20 października. „Wysokie Obcasy” są patronem medialnym filmu