Marta Lempart jest nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów" 2017.

Zagłosuj na Superbohaterkę 2017 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Marta Lempart – rocznik 1979, prawniczka, działaczka społeczna i przedsiębiorczyni. Inicjatorka i liderka Ogólnopolskiego Strajku Kobiet

9 września o godz. 11 odbędzie się sesja plenarna „Parasolek nie składamy” z udziałem Marty Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i przedstawicielek Inicjatywy Polskiej, Łódzkich Dziewuch, Trójmiejskiej Akcji Kobiecej i Kongresu Kobiet. Będą rozmawiać o nowych ruchach demokratycznych i ruchu kobiecym dziś.

10 września o godz. 11 odbędzie się spotkanie „Obecne nieobecne – kobiety w mediach”, na którym zostanie zaprezentowany raport oraz odbędzie się dyskusja na temat dobrych praktyk, w której ze strony „Wysokich Obcasów” weźmie udział Monika Tutak-Goll.

Więcej informacji na www.kongreskobiet.pl

Tak, napadł mnie kryzys „siostrzeństwa”.

I?

Siedziałam na stosie ręczników w wannie i płakałam, bo nie byłam w stanie posegregować szamponów. Efekt jadu sączącego się we mnie z Fejsa. Dzień i noc.

To pewnie trolle.

Niekoniecznie. Głównie od naszej strony doświadczam miękkiego hejtu. Ludzie traktują mnie jak wirtualny byt, któremu można nawrzucać, sponiewierać go, wyzłośliwiać się, oskarżać. Wywoływać w komentarzach o każdej porze i urządzać dzikie awantury, kiedy ośmielam się przez parę godzin nie być publiczną własnością do dyspozycji wszystkich. A dopiero kiedy się wybronię, udowodnię, że nie jestem wielbłądem, to cóż – no mam prawo żyć dalej. Nie ma „przepraszam, to było wredne, bezpodstawnie cię oskarżyłam”. Zero empatii. I czekanie na kolejną okazję.

Czym cię trują?

Piszą, że protestuję nie dlatego, że wierzę w to, co robię, tylko po to, by wyniosła mnie policja. Inni lajkują takie podłe komentarze, a potem w realu chcą ze mną normalnie rozmawiać. Muszę udawać, że nic się nie stało.

Wydajesz się bardzo silną kobietą.

Wiem, że sprawiam wrażenie silnej, tym bardziej że jestem duża jak mój ojciec, góral. Ale czy silnych ludzi należy przewracać na chodnik i skakać po nich, by sprawdzić, czy przeżyją?

To może po kolei. Po co pojechałaś w grudniu na kontrmiesięcznicę? Jesteś wrocławianką, nie musiałaś demonstrować pod Pałacem.

10 grudnia rano przeczytałam na Fejsie, że policja siłą usunęła Obywateli RP spod Pałacu. I pojechałam wesprzeć ich na wieczornej miesięcznicy. To jest tak, jak powiedział kiedyś Marek Edelman: „Niezależnie od tego, kim jest bity – trzeba z nim być. Trzeba dać mieszkanie bitemu, trzeba go schować w piwnicy. Trzeba się tego nie bać i trzeba być przeciwko tym, co biją”.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Obywatele RP w akcji. Zaczynali protesty w osiem osób; żeby ich powstrzymać, zmieniono ustawę o zgromadzeniach

Z powodu zachowania policji i BOR tego poranka były nas wieczorem dziesiątki ludzi. Krzyczeliśmy, by zagłuszyć brednie Kaczyńskiego o dochodzeniu do prawdy i tym podobne. Tę jego nienawiść. Kiedy odpaliłam syrenę na szczekaczce, powiedział, że nie zagłuszymy jego „prawdy”. Owszem, już zagłuszamy, żadna telewizja nie jest w stanie zrobić transmisji jego przemówienia, bo dziesiątki ludzi krzyczą mu w twarz, że kłamie.

Swoją drogą sam sobie nas sprowadził na głowę i uludowił protesty.

Gdyby policja nie użyła przemocy, wielu Polaków nie odkryłoby fenomenu Obywateli RP.

Obywatele i Obywatelki RP (tak, używają języka wrażliwego na płeć) bardzo podkreślają spokojny i godnościowy, zwykle milczący charakter swoich protestów. Mówię do Kasprzaka: „Te, intelektualista!”. Bo to jest niesamowicie mądry facet. Taka powściągliwość jest godna podziwu, ale nie jest dla każdego. Niektórzy ludzie po prostu chcą wykrzyczeć swoją wściekłość. I poczuć siłę. Tak jak na spontanicznej demonstracji w obronie sądów, kiedy przez 15 godzin 25 kobiet z kolektywu Czarne Szmaty, Strajku Kobiet, warszawskich Dziewuch Dziewuchom krzyczało pod Senatem. Skandowałyśmy imię i nazwisko każdego siedzącego na sali obrad senatora i senatorki. I miasto, z którego pochodzi. Apelowałyśmy: „Senatorze, jeszcze możesz”, co powtarzał tłum. Ale przy nazwiskach Konstantego Radziwiłła i Marii Anders ludzie nie wołali, że „jeszcze mogą”, tylko: „Zdrajcy!” lub „Będziesz siedział!”.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Anna Maria Anders: W imię ojca

Radziwiłł za uprzedmiotowienie kobiet?

I prawdopodobnie za deklarację, że nie podałby tabletki ellaOne 12-letniej zgwałconej dziewczynce. Jemu nie chodziło o to, by ograniczyć dostęp do tej tabletki, tylko by go nam zabrać całkowicie, co przyznał w tym wystąpieniu. Andersowa za to, że urządziła sobie kampanię wyborczą na otwarciu muzeum, państwowej uroczystości, a ludzie z KOD, którzy wówczas przeciwko temu protestowali, są ścigani. Czyli w obu przypadkach za nadużycie władzy, za arogancję.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Recepta na ellaOne - upokorzenie i katolicki dyktat

Miałyśmy trochę swoich haseł, a trochę łapałyśmy z tłumu. „Nie pomogą wam kordony, gdy suweren jest wkurwiony”, „Buduj, rządzie, te więzienia, będziesz miał tam posiedzenia”. Albo: „Senatorze, senatorko, nie zadzieraj z wściekłą Polką”, „My jesteśmy suwerenem/konstytucją/opozycją”. A kiedy Bogdan Borusewicz pojawiał się w oknie, żeby z nami porozmawiać, ludzie bili brawo i krzyczeli: „Borsuk! Borsuk!”.

Kiedy przyszedł do nas profesor Rzepliński, zaśpiewaliśmy hymn. To była wielka chwila.

Co czułaś?

Solidarność. Przyszłyśmy pod Senat prosto spod Sejmu. Bez jedzenia, bez picia. Kolega Robert, który był tam od rana, pseudonim „Arizona”, poprosił o bułkę. Za chwilę spadał na nas deszcz bułek. W ten sam sposób zdobywałyśmy baterie do szczekaczek. Osiem sztuk R6 potrzeba do każdej, a miałyśmy trzy. Jeden zestaw kosztuje 100 zł, ale ludzie donosili nam je wieczorem na bieżąco i to jest jedna z wielkich zagadek: skąd oni je brali tam, w tym parku, o tej porze? Nie miałam pojęcia, że za kordonem koderów z Mazowsza, który pilnował, żeby ludzie nie wgnietli nas razem ze stojącą za nami policją w płot Senatu, jest ich aż 8 tys. Był też moment, kiedy ludzie po prostu zaczęli krzyczeć: „Kurwa mać! Kurwa mać!”. Nie podawałyśmy tego dalej i nie podkręcałyśmy, ale też nie gasiłyśmy – odłożyłyśmy szczekaczki i oddałyśmy demonstrantom głos.

Nie jest słabe to przeklinanie?

W ogóle. Nie ma jednej formy protestu, bo nie ma jednej formy wrażliwości. Każdy ma swoją opowieść. Jak słyszymy o zjednoczeniu i ujednoliceniu przekazu, to ręce nam opadają. Każdy człowiek najlepiej i najskuteczniej działa w sposób, w który wierzy i który jest mu bliski. Dlatego ja nigdy nie będę Kasprzakiem, a Kasprzak nie będzie Lempart.

Ja mam nerwicę i kłopot ze skupieniem uwagi. Dla mnie protest musi być głośny i mieć adrenalinę. Do tego nie potrzebuję żadnej sceny, oprawy, tylko interakcji z ludźmi i bycia w miejscu, gdzie coś się dzieje, gdzie są podejmowane decyzje. Dlatego gdy senatorki i senatorowie przegłosowali ustawę o SN, wiedziałam, że trzeba iść po weto, a nie pod pusty Sąd Najwyższy. Walczyć do końca.

Sądzisz, że obywatelska wściekłość poruszyła prezydenta Dudę?

Sądzę, że Duda jest funkcjonariuszem PiS i rozgrywa nas tak samo jak szeregowy poseł Kaczyński.

Przestańmy się zajmować prezydentem, mnie naprawdę guzik obchodzi, czy on się lubi z Macierewiczem. Zajmijmy się terenem, a nie mniej lub bardziej wyimaginowanymi konfliktami na Nowogrodzkiej czy w Pałacu.

Patrząc na wyniki sejmowych głosowań – potrzeba plus minus 30 głosów, by posypała im się większość. To dwóch parlamentarzystów na województwo, którzy się przestraszą albo stwierdzą, że nie na to się pisali. Trzeba być wszędzie tam, gdzie oni się pojawiają.

I blokować tak jak wyjścia z Sejmu?

Wiesz, jaki to jest stres, kiedy nie możesz wrócić po pracy do domu, tylko musisz wymykać się chyłkiem, przez krzaki, przez garaż w hotelu albo korzystać z policyjnego radiowozu? To silna presja fizyczna i emocjonalna. Nie można się wtedy nie zastanowić, czy ta rola siepacza Kaczyńskiego na pewno człowiekowi pasuje.

Niektóre kobiety głosujące na PiS wyszły na ulice 3 października ubiegłego roku, bo wkurwiły się, że rząd uważa nas za głupie istoty, które trzeba wziąć za pysk na życzenie fanatyków religijnych.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Czarny protest. Prof. Krystyna Skarżyńska: Kobiety wygrały z władzą

„Niech się bawią” – mówił o nas minister Waszczykowski.

I jakoś ich te zabawy wystraszyły, bo wycofali się z projektu Ordo Iuris zaostrzającego przepisy antyaborcyjne. Byłam wówczas zdania, że trzeba pójść za ciosem i walczyć o całkowite zniesienie zakazu aborcji i rozdział Kościoła od państwa. Moment na to nadszedł zaledwie pół roku później, przy Międzynarodowym Strajku Kobiet 8 marca. Miałyśmy tam m.in. postulat legalnej aborcji. Nikt się nawet nie zająknął. To dzięki oszołomom z PiS poparcie dla legalizacji aborcji rośnie w Polsce w błyskawicznym tempie. PiS nie bierze też pod uwagę tego, że i wtedy, i teraz nasz protest miał bardzo silne podłoże ekonomiczne.

'Czarny protest', Warszawa, pl. Zamkowy, 3 X 2016 r.'Czarny protest', Warszawa, pl. Zamkowy, 3 X 2016 r. Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta

Skąd wiesz?

Listę postulatów na 8 marca układałyśmy wspólnie w grupie liderek lokalnych Strajku. I to nam wyszło z dyskusji. Bogata dziewczyna kupi sobie i aborcję, i opiekę okołoporodową, a biedna będzie musiała „w bólu rodzić”. To z powodu ogromnych sum łożonych przez każdą rządzącą partię na Kościół dziewczyny nie chcą być prowadzone na pasku jego hierarchów, którzy decydują o ich wolności. Kasa na Kościół, a Fundusz Alimentacyjny i cały system leży! Od lipca zabrano dziewczynom pieniądze z Funduszu Pracy, które do tej pory były przeznaczane na rozruch małych biznesów.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Siostry w walce. To te kobiety 24 października 1975 zaczęły strajk w Islandii

Nie tylko dziewczyny straciły możliwość ubiegania się o te pieniądze.

Głównie dziewczyny, bo w odniesieniu do Unii Europejskiej w Polsce jest najwięcej kobiet na samozatrudnieniu. Nie wynika to z naszej niebywałej przedsiębiorczości, tylko z wypychania nas z rynku pracy. Wracając po urodzeniu dziecka, słyszysz, że dostaniesz pracę, tylko załóż firmę. Albo nie masz jak wrócić – i zakładasz firmę.

W naszych protestach nie chodzi o akademickie postulaty, tylko o głośne NIE przeciw wykluczeniu. Z ekonomii wynika światopogląd.

Doznałaś wykluczenia?

Nigdy z powodu orientacji seksualnej, ale z uwagi na płeć – niejednokrotnie. Zastanawiam się, kiedy faceci pojmą, że to obciach. Że mówienie, jak szef KOD, że „gdyby był kobietą, toby się wzruszył”, jest idiotyczne i seksistowskie? Tak jak głupawe teksty o tym, że ten czy inny pan mógłby pod rozkazami Kamili Gasiuk-Pihowicz wynosić śmieci. Wściekłam się, kiedy we Wrocławiu organizatorzy na manifestację zaprosili 13 facetów i trzy kobiety, a pierwsza kobieta dostała głos po przemówieniach pięciu mężczyzn. No ludzie!

Niestety, niektórzy nadal myślą, że my pomożemy zbudować społeczeństwo obywatelskie i stworzyć ruch, który zmieni wynik wyborów, a potem wrócimy to domu i to oni będą rządzić. Grubo się mylą.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Kamila Gasiuk-Pihowicz: Albo weźmiemy sprawy w swoje ręce, albo przegramy

Skąd znasz feminizm?

Z domu. Moja mama jest pierwszą feministką, którą poznałam w życiu, choć prawdopodobnie nigdy by się tak nie nazwała. Była logopedką w Bolesławcu, ale kiedy zrozumiała, że jest świetna w tym, co robi, przeniosła się do Wrocławia, gdzie założyła pierwszy w Polsce niepubliczny ośrodek rehabilitacji dzieci z wadą słuchu. Została jego szefową i pokazała mi, że kobiety mogą z powodzeniem zajmować się, czymkolwiek chcą, i mogą być najlepsze. Ostatnio dostała odznaczenie od rzecznika praw obywatelskich za całokształt swojej pracy. Dzięki niej zainteresowałam się problematyką osób niepełnosprawnych. Jestem współautorką ustawy o języku migowym i sposobach komunikowania się osób głuchoniewidomych, z których środowiskiem jestem chyba najbliżej.

Często mówisz, że ktoś nie uważa się za feministkę, a jednak nią jest. Czy słusznie wyczuwam w tobie jakąś niezgodę na feminizm?

Oszalałaś? Jestem feministką i zawsze to mówię. Nie godzę się tylko na przymuszanie kobiet do zadeklarowania się bycia feministkami. Bo to jest – znów – przymus!

Co w takiej deklaracji jest złego?

Niestety, wiele dziewczyn jest zindoktrynowanych obrazem agresywnej feministki, w którego ramy nie chcą się wpisywać. Mimo że ich poglądy są feministyczne. Widzą, że zarabiają mniej niż mężczyźni, są traktowane jako istoty głupsze, którym trzeba wyjaśnić, co i jak mają mówić i robić. Ale czy zmuszanie ich, żeby się określiły jako feministki, służy feminizmowi? Ludziom trzeba dać czas, nie można ich ideologicznie okładać po głowie!

Dokonując w rodzinie coming outu, również byłaś zwolenniczką dawania jej czasu na oswojenie się z twoją seksualnością?

Kiedy powiedziałam rodzicom, raczej ich zatkało. I niby wiedzieli, ale przez rok nie poruszali tego tematu – to jest dość typowy polski model: niby wiadomo, ale lepiej o tym nie rozmawiać. Dalsza, konserwatywna rodzina nie miała wyjścia, musiała mnie zaakceptować, bo jestem ukochaną córeczką tatusia, przed którym czują respekt i który zawsze za mną stanie. Poza tym – jesteśmy przecież rodziną!

Mama z Natalią są w doskonałej komitywie. I czasami jak siądą na mnie, to nie mam z nimi życia. Przerzucają się analizami, co robię źle. Knują! Chodzimy na rosół do mamy.

Z tatą widuję się prawie codziennie, bo razem prowadzimy firmę budowlaną. I do taty chodzimy na święta, bo u niego jest najwięcej miejsca. Wszyscy mieszkamy od siebie w promieniu kilkuset metrów.

Długo się z Natalią znacie?

Zanim się poznałyśmy, Natalia znała moje warszawskie mieszkanie i mojego ukochanego psa Zuzę.

Jak to możliwe?

Kiedy wyjeżdżałam, zostawiałam znajomym Zuzę pod opieką i klucze do domu. Bez przerwy ktoś u mnie pomieszkiwał lub nocował. Przewijało się tam wtedy mnóstwo ludzi, pod moją nieobecność odbywały się imprezy. Kiedy sprzedawałam mieszkanie, miałam w perspektywie odzyskiwanie ok. 50 par kluczy. I w tym mieszkaniu przechodnim bywała pod moją nieobecność Natalia.

Dopiero w 2014 roku w marcu zaczęłyśmy rozmawiać przez Fejsa. Po czterech miesiącach znajomości zamieszkałyśmy razem. Wypełniamy lesbijski stereotyp – kilka spotkań i wspólne mieszkanie.

Myślicie o ślubie?

Bardzo byśmy chciały. Ale nie za granicą, tylko w Polsce. Nie na niby.

Dzieci?

Nie mam instynktu. Potwornie mnie nudzą. Nie umiem z nimi rozmawiać, dopóki nie zaczną rozsądnie gadać.

Byłyśmy niedawno na wakacjach w hotelu, gdzie nie przyjmuje się rodzin z dziećmi. Nikt nie biegał z lodami między leżakami, nikt nie wrzeszczał w basenie. Ludzie byli tak szczęśliwi, że jest cicho, że rozmawiali ze sobą szeptem i nie gadali przez telefon.

Psy zamiast dzieci?

Możliwe, że trochę traktujemy je jak nasze córeczki. Obie są ze schroniska. Po śmierci Zuzy zamiast płakać, oszalałam, zaczęłam robić rzeczy, których nigdy nie robię: zmywałam naczynia, sprzątałam, poprawiałam kubki, by stały równo, i nawet pomalowałam stołek. Po dwóch tygodniach uznałam, że chciałabym jednak być z powrotem normalna, i wzięłyśmy ze schroniska najpierw Bajkę, a potem Fraszkę.

Normalna to znaczy bez zmywania?

Bez kompulsywnego sprzątania i porządkowania, które ma zająć głowę. Nienawidzę robienia czegokolwiek w domu, bo to się nigdy nie kończy. Jestem łowcą, robię zakupy, załatwiam sprawy. Sprzątam garderobę, łazienkę i piorę.

To wyzwanie?

A nie? To poważne logistyczne przedsięwzięcie. Muszę tak rozplanować pranie i suszenie, by ani pralka, ani suszarka nie stały puste. I żeby się nie zakorkowało. Żartuję trochę, ale nie znoszę nie widzieć efektów swojej pracy.

Strajk Kobiet ma siedzibę tutaj, w twoim domu?

W moim domu jest siedziba ogólnopolskiego komitetu wsparcia Strajku – merytorycznego, finansowego, promocyjnego, informacyjnego – który przez ten upiorny tydzień przed 3 października pomagał dziesiątkom ludzi organizować się w terenie. Strajk nie ma centrali. My wszystkie jesteśmy Strajkiem Kobiet. Nasza siła bierze się z terenu. Teren nie potrzebuje struktur zarządczych, tylko wsparcia. Helpdesku. I o tym trzeba zawsze pamiętać.

Ja sama przez lipcowe demonstracje, niestety, na chwilę straciłam instynkt, który podpowiadał mi, że Warszawa nie jest centrum świata, ale już go znów w sobie odgrzebałam.

Denerwuje mnie ten warszawocentryzm. Kiedy 8 marca w ponad 80 miastach odbywały się demonstracje kobiet, media relacjonowały tylko to, co się dzieje w Warszawie, a protest zapowiadały w narracji „Warszawa protestuje, a inne miasta dołączają”. Co za bzdura! Pierwsze wydarzenie dotyczące Międzynarodowego Strajku Kobiet 8 marca powstało na Śląsku. Uważam, że każda działaczka z dużego miasta ma bezdyskusyjny obowiązek promować i wspierać dziewczyny z małych i średnich ośrodków, ich pracę i ich odwagę.

Dlaczego to jest tak dla nich ważne?

One muszą czuć, że ktoś je widzi, że nie są same. To daje też pewnego rodzaju ochronę, jest mniejsze ryzyko, że ktoś im zrobi krzywdę. Tymczasem są traktowane z góry, a w radiu mogą co najwyżej posłuchać pani, u której wyczuwają pogardliwy ton na temat niewyemancypowanych kobiet z prowincji, które nie mają żadnych ambicji poza rodzeniem dzieci i czerpaniem korzyści z programu „500 plus”. W Strajku Kobiet jest dużo dziewczyn, które korzystają z tego programu lub chciałyby korzystać. Samotnych matek albo ofiar przemocy. Warszawski feminizm skacze im do gardła i oczekuje ideowej wspólnoty. Ale jak tworzyć wspólnotę kobiet, w której jedne pogardzają drugimi?

Skąd się bierze ta pogarda?

Z braku empatii i głupiego powielania zasłyszanych opinii. Te wszystkie opowieści o patologiach i konsumpcji zamiast inwestycji w wykształcenie dzieci są tylko dowodem na to, że ich głosiciele nie mają pojęcia, co to znaczy być biednym dzieckiem.

Jak to jest żyć w upokorzeniu, kiedy nie chce się zapraszać do domu kolegów ze wstydu, że nie ma się tego, co mają w domach inni. Szlag mnie trafia na brak wrażliwości mędrkujących, że ci, co dostają 500 zł na dziecko, zamiast uczyć je języka angielskiego, wydają pieniądze na komputery, telefony czy wyjazd na wakacje.

Niech wydają. Na angielski przyjdzie jeszcze czas, teraz trzeba wyrównać zaległości materialne.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wakacje 500 plus. "Przyjemność, by poczuć się godnie"

Znasz to?

Znam. Pochodzę z niezamożnej rodziny. Mojej mamie tata szył ubrania, ja miałam przerabiany fartuszek w przedszkolu i buty inne niż wszystkie dzieci. Wyróżniałam się, a dziecko nie chce się wyróżniać w biedny sposób. Ratowali nas dziadkowie. Polepszyło nam się, kiedy tato wyjechał do pracy za granicę. Przeprowadziliśmy się wtedy z Bolesławca do Wrocławia. Kończyłam podstawówkę.

Nie miałaś już wtedy kompleksów?

Nie, jak wiele osób dorastających w okresie transformacji jestem osobą z awansu, człowiekiem nowego pieniądza. Już we Wrocławiu rodzice obawiali się, że nie zaadaptuję się w wielkim mieście, i zapisali mnie do jedynej wówczas szkoły społecznej. Moja moralna poprzeczka podskoczyła w niej na wyższy poziom. Nauczyciele byli młodzi i traktowali nas po partnersku. Nie chodzi o to, że mówiliśmy sobie po imieniu, ale szanowaliśmy się. I kiedy się na coś umawialiśmy, to każda ze stron dotrzymywała obietnic. Oni mnie nauczyli, że mam wymagać dotrzymywania słowa i nazywać kłamstwo kłamstwem.

Potem było mi z tego powodu trudno w publicznej szkole – w bardzo dobrym zresztą liceum. Dyrektor sądził, że skoro ma władzę, to może kłamać i nie dotrzymywać słowa. Stracił mój szacunek.

To, wybacz, niewiele. Pewnie niczego go to nie nauczyło.

Pewnie nie. Ale może to przeczyta i zastanowi się nad sobą przez sekundę, czy naprawdę tak chciał być wspominany przez swoich uczniów.

Z inicjatywy Strajku Kobiet powstała koalicja prodemokratyczna. Macie plan na wrzesień?

Tak. Reagować. Wróci sprawa sądów, bo będą przecież głosować nad nową ustawą. Musimy protestować w obronie wolnych i niezależnych mediów i walczyć z ich pomysłem całkowitego zakazu aborcji.

Reaktywne.

Musimy się skupić na tym, co się dzieje tu i teraz. Dzięki naszemu silnemu reagowaniu PiS dojedzie do wyborów bez siły. Działanie pod presją wykańcza bardziej niż atak, dlatego ta presja – psychologiczna, wynikająca z naszej fizycznej obecności tuż obok – jest taka ważna. Niestety, na razie nie widać wśród partii realnej siły, która mogłaby zagrozić PiS.

Przed nami wybory samorządowe, trzeba pomyśleć o obywatelskich koalicjach, chociaż partie skompromitowały idee bloków bezpartyjnych. W samorządach przymiotnik „bezpartyjny” oznacza, że blok realizuje najczęściej przypudrowane interesy partyjne.

Siłą październikowych i lipcowych protestów było no logo.

I tę zasadę trzeba utrzymać. Koalicja prodemokratyczna jest bezpartyjna. Są w niej ludzie i z PO, i z Nowoczesnej, ale nie szefowie partii, tylko posłanki i posłowie, z którymi współpracowałyśmy w Warszawie w czasie lipcowych protestów. Bo szef z szefem to się dogada tylko przed kamerami. Ważne są rozumne oczy po drugiej stronie stołu, a nie przykaz z góry, np. posłanka Monika Wielichowska z PO, która udostępniła nam biuro PO przy Wiejskiej, i posłanka Nowoczesnej Joanna Scheuring-Wielgus, z którą byłyśmy w kontakcie przez cały protest, co logistycznie było nie do przecenienia – ona tam, my na zewnątrz. Są też ludzie z Zielonych, którzy postawili namiot. Są przede wszystkim ludzie z organizacji obywatelskich. Konkretni, sprawdzeni w działaniu ludzie.

Jednak w wyborach za dwa lata wystartują partie. Widzisz się w którejś z nich?

Czule przyglądam się Zielonym. Nie są radykalni, idzie im o zrównoważony rozwój, dlatego blisko im do ruchów miejskich. Na pewno pomagają im idiotyczne decyzje ministra Szyszki w sprawie czy to Puszczy Białowieskiej, czy innych, jak OZE, gdzie ludzie widzą, że rząd jest nie tylko zły, ale i głupi. Mają wprawdzie na razie małe poparcie, ale też nie mają zdecydowanych przeciwników, a to wróży im dobrze. A w krajach europejskich są ważną przeciwwagą dla partii populistycznych i neonazistowskich – wystarczy popatrzeć na wyniki wyborów prezydenckich w Austrii. Mocno im kibicuję.

Chcesz zostać posłanką czy senatorką?

Jeśli już, to ministrą pracy. To resort, który każdy rząd ma w nosie i traktuje go jak łup dla koalicjanta. Ministrą pracy w resorcie pracy i polityki społecznej, który nie będzie ogonem na liście ministerstw.

Chciałabym realnej polityki społecznej, z realnym budżetem wyliczanym na podstawie potrzeb, a nie łatanym z tego, co zostanie innym resortom.

Pracując w resorcie pracy, poznałam prawdziwe urzędniczki i urzędników, ludzi w służbie Rzeczypospolitej. PiS oczywiście większość z nich wywalił. Ale ten potencjał jest w nas i jest wielu ludzi, dla których taka praca, właśnie państwowa, jest pasją i służbą.

Jak rozumiesz sprawiedliwość społeczną?

To podmiotowość każdego. Biednego, starego, brzydkiego, niezaradnego, a nie tylko młodych, pięknych i bogatych.

Denerwuje mnie gadanie o rozdawaniu wędek i ocenianie wykluczonych przez pryzmat spełniania przez nich oczekiwań ludzi, którzy nie wiedzą, o czym mówią.

W urzędach pracy wszystkim niepełnosprawnym proponowano kiedyś szkolenie z obsługi komputera albo florystykę. Cała Polska układała kwiaty, to jakiś absurd. Człowiek ma sam zadecydować, jakiej chce pomocy. I czy chce układać te cholerne kwiaty.

Pierwszym obowiązkiem każdego „pomagacza” jest wsparcie miękkich umiejętności osób wykluczonych – podejmowania decyzji, asertywności w rozmowach z urzędnikami i pracodawcami. Sprawiedliwość społeczna to przywracanie godności ludziom, którzy nie nadążają, bez oceniania, w taki sposób – uwaga! – w jaki sobie życzą i na jaki są gotowi. No ale na razie ratuję naszą firmę.

Nadwerężyły ją twoje protesty?

Nie. Jeden ze wspólników postanowił ją zrujnować. Przez opieszałość sądów w zasadzie mu się to udało. Sąd pierwszej instancji potrzebował czterech lat, żeby ustalić, że wspólnik rzeczywiście ukradł nam nazwę, logo, klientów itd. Jedna rozprawa na pół roku. Kolejny sąd od dwóch lat nie może sobie poradzić z biegłą, którą przerosło wydanie opinii. To chichot losu, że ja biorę udział w demonstracjach w obronie sądów. Mam pretensję do środowiska sędziowskiego, że nie uderzyło się w piersi. Nie powiedziało: OK, no nie jest najlepiej, przepraszamy, ale teraz prosimy, pomóżcie nam, to jest ważne dla nas wszystkich. Nic by ich to nie kosztowało, a miałoby ogromne znaczenie dla takich ludzi jak ja. Ale jeśli sędziami zostaną polityczni urzędnicy, a nie ludzie myślący niezależnie od ministra Ziobry, to poziom niekompetencji sądów trzeba będzie pomnożyć przez dziesięć.

Zastanawiasz się, co będziesz robiła za dziesięć lat?

Nigdy nie miałam planu na przyszłość. Nawet na studia prawnicze poszłam spontanicznie i bez większego przekonania. Większość znajomych poszła na politechnikę. Ja byłam z koleżanką na fakultecie z historii i jakiś mądrala tam zażartował, że możemy sobie te fakultety darować, bo i tak się nie dostaniemy na prawo. Dostałyśmy się. Ona z tego wkurzenia poszła na Uniwersytet Jagielloński i dzisiaj jest notariuszką! Ja nie zrobiłam aplikacji, nie miałam do tego serca. Wszędzie mogę pracować. Moje główne umiejętności to nie są umiejętności z dziedziny prawa, tylko moc sprawiania, żeby działy się rzeczy. Organizowania i wspierania.

I na tym polega rola lidera?

Czas hierarchii i liderów, którzy rozdają między ludzi robotę, się skończył. Ludzie znają się na tym, co robią, i trzeba im pozwolić się wykazać. Jak odchodziłam z jednego z miejsc pracy, to załoga w podziękowaniach napisała mi, że ludzie mogą wszystko, jeśli mają szefa, za którym się mogą schować, a nie takiego, który używa ich w charakterze tarczy. I tego się trzymam. Miałam też szczęście mieć genialnych szefów – takich, którzy sami byli tarczą i nauczyli mnie, że bycie szefową to przede wszystkim branie na siebie głupot i gówna. Tak żeby ludzie mogli w spokoju pracować.

Są oczywiście tacy, którzy potrzebują wodza na koniu, i to też trzeba szanować. Ale znaczna część pokolenia usieciowionego nie potrzebuje wodza, bo ludzie sami mogą się ze sobą dogadać, ze wsparciem logistycznym czy komunikacyjnym. Lipcowe protesty są tego najlepszym dowodem.

Nie ma „centrali”, nie ma „gór”, które zarządzają, i „dołów”, które robią, co się każe. Chociaż właśnie przeżywam zderzenie mentalne w komitecie Ratujmy Kobiety, który z poziomu Warszawy próbuje ludziom mówić na przykład, z kim wolno im zbierać podpisy, a z kim nie, przysyła jakichś „koordynatorów” do zarządzania lokalnymi grupami zbiórkowymi. To mnie wręcz rozczula – to naiwne przekonanie, że tak można robić, że dziewczyny, które tak mocno poczuły już swoją siłę, będą wykonywały polecenia płynące ze stolicy. Oczekiwałabym zamiany centrali na centrum wsparcia dla prawdziwych twarzy komitetu Ratujmy Kobiety – czyli zbieraczek w całej Polsce – czy też tego, żeby nie wszystkie konferencje prasowe odbywały się w Warszawie. Niestety, mamy zbierać i nie wymyślać.

Wydajesz mi się wykończona. Wory pod oczami i kuśtykanie. Ty dbasz o siebie?

Ostatnio nie dbam wcale. Wiem, że na zdjęciach wyglądam jak bułka, ale nie mam czasu się tym przejmować. Uwielbiam jeść. Przez te protesty totalnie się rozjechałam. Rano wracałam do Wrocławia, szłam do pracy, a o 16 znów wracałam do Warszawy. Natalia siedziała tam non stop, spała w namiocie pod parlamentem. Po ostatniej demonstracji złapał mnie atak lumbago i wyjechałam z samolotu na wózku. Widzisz, że ledwo chodzę. Ale kiedy wychodzę z domu do przyjaciół, nie gadamy o polityce.

Z Natalią też nie gadasz o polityce?

Natalia jest główną osobą, która ogarnia Strajk organizacyjnie. Planuje spotkania, prowadzi całą komunikację zewnętrzną Strajku, współpracuje z naszą obłędną grupą admińską, no i oszczędza mi cytowania komentarzy na mój temat, przesiewa je.

Jeśli się kłócimy, to o to, że non stop siedzimy w telefonie. Obie. I że ja mam nerwicę, bo ciągle coś się musi dziać. Generuję ruch, co może być nie do wytrzymania. Natalia nie próbuje mnie zmieniać, ale mnie kontruje i to jest OK. Jest dla mnie przeciwwagą. To jest idealna sytuacja.

W jakim sensie jesteś rodzinna?

Rodzina – ta dalsza, czyli ciotki, wujowie, kuzynki, kuzyni – to pierwsza lekcja różnorodności. I w niej ćwiczysz się w prawie do własnego zdania i szacunku wobec inaczej myślących.

Po trzydziestce odnowiłam kontakty z kuzynkami i kuzynami, wszyscy poczuliśmy taką potrzebę. Różnimy się totalnie, ale ta świadomość pokrewieństwa czy powinowactwa powoduje, że jesteśmy bardzo blisko. No i moi kuzyni, krew góralska, są nieustannie gotowi mnie bronić przed wszelkim złem. To akurat jest urocze.