Dorota Łoboda jest nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów" 2017.

Zagłosuj na Superbohaterkę 2017 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Dorota Łoboda – jedna z założycielek ruchu Rodzice przeciw Reformie Edukacji, właścicielka szkoły językowej, przewodnicząca rady rodziców w szkole swojej córki. Mieszka w Warszawie

Miałyśmy się spotkać 20 lipca, ale nieoczekiwanie właśnie na ten dzień Sejm przeniósł rozpatrzenie wniosku o referendum w sprawie reformy edukacji. Nad inicjatywą pracowała koalicja rodziców, nauczycieli, związków zawodowych, organizacji pozarządowych i partii opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej. Dorota Łoboda miała przemawiać w imieniu wnioskodawców, którym udało się zebrać ponad 900 tys. podpisów, jako matka dwóch uczennic. Kiedy dotarła na Wiejską, okazało się, że może zająć jedynie miejsce na galerii, nie została dopuszczona na mównicę. W głosowaniu Sejm odrzucił wniosek.

Byłam wściekła, że nie pozwolono mi zabrać głosu. Chciałam powiedzieć publicznie i wyraźnie, że my, rodzice, nie zgadzamy się, żeby nasze dzieci traktować w ten sposób, żeby były ofiarami niczym nieuzasadnionego pośpiechu i chaosu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Minister Anna Zalewska: Unia ma w szkole trzy priorytety: matematykę, informatykę oraz język obcy. Nasze są inne. Każdy uczeń powinien znać ojczystą literaturę, kulturę i historię

Czy rodzice dzieci, które we wrześniu wrócą do szkoły, mają się czego bać?

Niestety, tak. Znajdą się w nowej szkole, a my nadal nie wiemy, co to ma być za miejsce. Ani nauczyciele, ani dyrektorzy szkół, ani samorządowcy, którzy odpowiadają za wdrożenie zmian, nie mają odpowiedzi na podstawowe pytania: w jakich warunkach i czego będą się uczyły dzieci.

Co najpierw zauważą rodzice?

Bałagan. Nie będzie gotowych podręczników dla klas pierwszych, czwartych i siódmych, które rozpoczynają naukę według nowych podstaw programowych. Pod koniec roku szkolnego na stronach Ministerstwa Edukacji Narodowej widniało zaledwie kilka tytułów dopuszczonych do użytku podręczników, do niektórych przedmiotów nie było ani jednej pozycji. Nauczyciele wybierali podręczniki w ciemno. Do nowych szkół branżowych, sztandarowego projektu MEN, nie ma ani jednego nowego podręcznika. Wiele szkół nie będzie miało na czas pracowni przedmiotowych, bo do tej pory w podstawówkach nie było chemii i fizyki. Tymczasem takie pracownie są gotowe w budynkach likwidowanych gimnazjów. Tam z kolei w pośpiechu kupuje się małe ławki i kolorowe dywany.

Potem zobaczą tłum. Tam, gdzie jej dotąd nie było, pojawi się nauka zmianowa. A kiedy jedno dziecko rozpoczyna naukę o 13.00 i kończy o 18.00, a drugie zaczyna o 7.10 (takie rozwiązanie zaproponowała jedna z warszawskich szkół) i kończy o 12.00, to jak zaplanować życie rodzinne?

Aby poradzić sobie ze zwiększoną liczbą oddziałów, część samorządów połączy klasy. Ustawa nie podaje maksymalnej liczby dzieci w klasach IV-VI. Będziemy mieć zatem i klasy 30-35-osobowe. Najmłodsi uczniowie będą się na korytarzu spotykać z nastolatkami, czego wielu rodziców się obawia. W niektórych budynkach gimnazjalnych pospiesznie tworzone są oddziały dla najmłodszych, którzy nie znaleźli miejsca w przedszkolach, bo sześciolatki nie odeszły do szkół i tego miejsca nie zwolniły.

Zobaczą zdezorientowanych, niepewnych zatrudnienia nauczycieli, bo wbrew zapewnieniom minister Zalewskiej zwolnienia trwają w najlepsze. Szkoła, która do tej pory pracowała wyłącznie z nastolatkami, nagle będzie musiała przestawić się na sześcio- i siedmiolatki. A są przecież świetni pedagodzy, którzy umieją pracować z nastolatkami, a z małymi uczniami nie potrafią złapać takiego kontaktu – i odwrotnie. Ograniczone zostaną koła przedmiotowe i zajęcia dodatkowe w szkołach – nie będzie wolnych sal do ich prowadzenia. Będzie też kłopot ze znalezieniem nauczycieli prowadzących. Z powodu redukcji etatów wielu będzie łączyć pracę w kilku szkołach (rekordzista w siedmiu!) i zaraz po zakończeniu lekcji będą pędzić do kolejnej pracy. Ta gonitwa odbije się na kontakcie z uczniami.

W siódmych klasach zacznie się nauka drugiego języka obcego, ale niekoniecznie tego, którego dziecko chciało się uczyć. Gimnazja wybieraliśmy również pod kątem nauki drugiego języka, teraz szkoła podstawowa narzuca język.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Sztandar, berety i woda święcona. Lekcje pisowskie w szkole w Gietrzwałdzie

Siódmoklasiści w ogóle są w najgorszej sytuacji.

O tak! Przeżyli rok niepewności, nie wiedząc, gdzie będą się uczyć we wrześniu. No i będą walczyć o miejsca w szkołach średnich w podwójnym roczniku. Z informacji Głównego Urzędu Statystycznego i Systemu Informacji Oświatowej wynika, że w 2019 roku o miejsca w szkołach średnich będzie się starać 720 tys. uczniów, podczas gdy zwykły rocznik w ostatnich latach to 350-400 tys. Na dodatek chciano ich pozbawić możliwości zdobycia dodatkowych punktów za udział w konkursach przedmiotowych – taką decyzję ogłoszono na stronach mazowieckiego kuratora oświaty. Napisaliśmy w tej sprawie skargę do rzecznika praw obywatelskich, sprawę nagłośniły też media i kuratorium wycofało się z tego skandalicznego pomysłu. To wszystko pokazuje jednak skalę chaosu.

Zamożni rodzice przenoszą dzieci do szkół niepublicznych. Te, które zdecydowały się na dodatkowy nabór do klas siódmych, przeżywały oblężenie. A to pogłębia różnice edukacyjne.

Chaos jest też w programach?

Najpierw będą się z tym mierzyć właśnie rodzice siódmoklasistów, którzy nagle się zorientują, że ich dzieci zakończyły klasę szóstą historią XX wieku, a teraz, w siódmej, wracają do wieku XIX, tracąc pogłębienie tematów europejskich, które wcześniej było w gimnazjum. Nie dowiedzą się m.in. o reformacji, o stosunkach polsko-krzyżackich, o rozbiciu dzielnicowym... Takich przykładów wiedzy, która „gdzieś wypadła”, jest więcej, dotyczy to m.in. biologii i geografii. Uczniowie klas siódmych będą te dwa przedmioty mieć prowadzone „od środka”, bo nowa podstawa programowa zakłada, że mieli je już w klasie piątej i szóstej. Dwa kolejne roczniki spotka dokładnie to samo. W dodatku rozdzielono przyrodę na oddzielne przedmioty. Zachwycamy się skutecznością fińskiej edukacji – a Finlandia właśnie zrezygnowała ze ścisłego podziału na przedmioty. My, zamiast korzystać z dobrych doświadczeń, eksperymentujemy na dzieciach. Eksperci alarmują, że nowe podstawy to powrót do wiedzy encyklopedycznej i pamięciowej. Ponadto podstawa programowa z fizyki ignoruje to, że to nauka doświadczalna. W dokumencie dla szkół podstawowych zapisano, że uczeń posługuje się informacjami pochodzącymi z analizy materiałów źródłowych i tekstów popularnonaukowych. Doświadczenia będą jedynie ilustrować wprowadzoną wcześniej teorię. A przecież kierunek powinien być odwrotny! Do tego nie zadbano o korelację przedmiotów ścisłych – na przykład podstawy programowe z matematyki nie wprowadzają pojęcia funkcji, ale jego znajomość wymagana jest na fizyce. W ogóle przedmioty przyrodnicze zostały potraktowane po macoszemu. Nie mam nic przeciwko zwiększaniu liczby godzin historii, ale dlaczego kosztem geografii czy biologii? Liczba godzin biologii, geografii, fizyki i chemii razem wziętych jest w całym cyklu nauczania mniejsza niż liczba godzin religii.

Z przedmiotami humanistycznymi nie jest lepiej. Rada Języka Polskiego program nauki porównała do skansenu. Być może z łezką w oku spojrzymy na listę lektur naszych dzieci, bo jest powrotem do przeszłości i zupełnie ignoruje literaturę współczesną. Na pewno nie zachęci ich do czytania. Wiedza o społeczeństwie – do tej pory włączona w program historii – teraz pojawi się jako odrębny przedmiot, ale dopiero w ósmej klasie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Jak się uczy w fińskiej szkole

A co z rodzicami, których dzieci pójdą do nowych szkół branżowych?

Ci nie zauważą najpierw żadnej różnicy oprócz innego szyldu. Podręczniki zostają, program też – nadal nie jest dostosowany do potrzeb rynku pracy. Zmiana jest tu tylko jedna, ale bardzo ważna: skracając obowiązkowy czas edukacji ogólnej, reforma nakłada na 14-latka ciężar podjęcia decyzji, która może zaważyć na całym jego życiu.

Jak to?

Jeśli wybierze szkołę branżową, będzie się w niej uczył polskiego, matematyki, języka obcego i przedmiotów zawodowych, ale już geografii, historii, biologii, fizyki tylko w okrojonym wymiarze. Nadal będzie mógł zdawać je na maturze, ale czy taki ograniczony program go do niej przygotuje? Poza tym komunikujemy uczniom, że wiedza ogólna jest im niepotrzebna, skoro mają się w życiu zajmować rzemiosłem czy pracować w usługach. Przecież to zupełnie anachroniczne podejście i niedemokratyczne. To tak, jakbyśmy mówili wprost: jesteście obywatelami gorszej kategorii, niepotrzebna wam wiedza o świecie.

Co rodzice odkryją w ciągu roku?

Że nowe podstawy programowe po prostu zupełnie nie przystają do obecnej rzeczywistości, że to jest powielenie tego, co od lat się krytykuje – że szkoła nie uczy samodzielnego myślenia, krytycznego podejścia. Programy nadal nastawione są na wiedzę odtwórczą. Podam przykład: dotąd w podstawie programowej do języka polskiego było zapisane, że uczeń wydziela akapity w tekście, w nowej – uczeń zna zasady wydzielania akapitów w tekście. To drobna różnica, ale znacząca: uczymy teorii, ale nie praktyki. Idziemy pod prąd tego, na co stawia się na zachodzie Europy czy w Skandynawii.

Nowa szkoła rezygnuje też z edukacji antydyskryminacyjnej – dziś, kiedy nieomal każdego dnia słyszymy o atakach na tle rasowym. Jestem przewodniczącą rady rodziców i od niedawna zgłaszają się do mnie rodzice dzieci np. o ciemniejszej karnacji wyzywane od „terrorystów” czy, o zgrozo, „uchodźców”.

Wielkim nieobecnym w nowej szkole jest też edukacja seksualna. Mocno okrojona była dotąd elementem wychowania do życia w rodzinie (WDŻ). Teraz ten przedmiot prowadzony według podstaw stworzonych przez teolożkę z KUL Urszulę Dudziak stanie się karykaturą. Podstawa stawia na katolickie podejście do seksualności, płciowości i małżeństwa. Dojrzewający nastolatek nie znajdzie na lekcjach odpowiedzi na nurtujące go pytania. Dowie się za to, że życie zaczyna się w momencie poczęcia, seks jest właściwy wyłącznie w małżeństwie, wszelkie orientacje inne niż hetero to zaburzenia, kobiety są permisywne, a odpowiednią formą antykoncepcji jest naturalne planowanie rodziny.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nowa ekspertka MEN od wychowania do życia w rodzinie: Antykoncepcja jest przejawem niedojrzałości

Nie przesadza pani? Może warto dać reformie szansę?

I pozwolić eksperymentować na dzieciach? One nie dostaną drugiej szansy, jeśli reforma się nie sprawdzi. A w tych przejściowych rocznikach jest ich milion. Nie możemy „dać reformie szansy”, bo przede wszystkim nie znamy jej szczegółowych założeń. Ministerstwo Edukacji, kiedy pytamy o konkrety – milczy. Podstawy programowe piszą eksperci, których nazwisk MEN nie podaje, powołując się na ochronę danych osobowych. Poza tym reformy o takim znaczeniu i zasięgu nie da się dobrze przygotować w ciągu roku. Eksperci są zgodni – to powinien być proces. Powinien się rozpocząć od systemu kształcenia nauczycieli, od przygotowania porządnych i rzetelnych podstaw programowych skonsultowanych z ekspertami najlepszymi z danej dziedziny, później powinny być przygotowane podręczniki. Dopiero kolejnym krokiem powinna być zmiana struktury samej szkoły. Najważniejsze jest przecież to, jaki będzie nauczyciel, oraz odpowiedź na pytanie, jakiego ucznia chce z tej szkoły wypuścić, kim będzie ten młody człowiek i co będzie wiedział, umiał. Tego ta reforma zupełnie nie dotyka, a na pewno nie robi tego w sposób odpowiadający wyzwaniom nowoczesności.

Partia rządząca obiecywała otwarcie, że jeśli wygra, to przeprowadzi reformę. Wybory wygrała i przeszła do realizacji programu.

Nikt z nas, protestujących rodziców, nie podważa zasad demokracji. Ale w ten program nie wpisano chaosu, rujnowania wszystkiego i pośpiechu. Co usłyszeliśmy na spotkaniu od wiceministra edukacji w odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie można rozłożyć tego procesu na lata, dlaczego nie można rozpocząć od uczniów, którzy wchodzą w nowy etap edukacyjny, np. od czwartoklasistów? Że tempo prac nad reformą wynika z kalendarza wyborczego.

Polska szkoła potrzebuje zmian, nikt z nas temu nie przeczy. Buntujemy się jednak wobec takiej, która – jeśli porównać ją do domu, który wymaga remontu – zaczyna od wysadzania fundamentów, bo dach gdzieś przecieka.

Przede wszystkim – i to chyba sprawia, że tak się w tę sprawę angażuję – mam wrażenie, że wbrew pięknym hasłom dobro dziecka jest w tym wszystkim najmniej ważne.

To znaczy?

Ta reforma to ogromny projekt, który traci z oczu dzieci. Jej twórcy skupiają się na warstwie strukturalno-technicznej – zmianie szyldów szkół i przesuwaniu dzieci pomiędzy budynkami. Poza tym nowe podstawy programowe utrwalają model pruski i jeśli coś trzeba reformować, to w pierwszej kolejności właśnie to. Tu się jednak nic nie zmieni, reforma wzmacnia nawet ten model: szkoła będzie nastawiona na rywalizację – nie współpracę – na posłuszeństwo i dyscyplinę, a nauczyciel ma być w niej jedynym i nieomylnym dysponentem wiedzy, którą przekazuje uczniom.

A może tego właśnie chcą rodzice?

Na pewno my, rodzice, też powinniśmy się uderzyć w pierś. Bo czego oczekujemy od szkoły bardzo często? Że nauczyciel dużo zada, że pani potem z tego odpyta, że będzie dyscyplina, bo to i nam daje poczucie spokoju, a nierzadko zdejmuje z nas część odpowiedzialności za wychowywanie dziecka. O co najczęściej pytamy najmłodsze dzieci, kiedy je odbieramy z przedszkola czy szkoły?

„Czy byłaś grzeczna?”

Ale co ta „grzeczność” znaczy? Czy jeśli ktoś zadawał dużo pytań i irytował panią dociekliwością, to znaczy, że grzeczny nie był? Czy „grzeczność” to siedzenie cicho i „nieprzeszkadzanie”, bezkrytyczne przyswajanie wiedzy od niepodważalnego autorytetu?

Ja wcale nie chcę, żeby moje córki były w ten sposób „grzeczne”, posłuszne jak w koszarach. Chcę, żeby były ciekawe świata, otwarte, tolerancyjne, komunikatywne, współpracujące, aktywne obywatelsko.

Szkoła powinna też przygotować do życia w społeczeństwie, a nie do ciągłej rywalizacji i do wyścigu szczurów. Uczniowie powinni mieć prawo do współdecydowania o tym, co się dzieje w szkole. Samorządy uczniowskie powinny mieć faktyczny, a nie fikcyjny wpływ na życie szkoły. Na konferencji ministerialnej „Uczeń – rodzic – nauczyciel: dobra zmiana” poświęconej reformie uczeń i rodzic występowali wyłącznie w nazwie. Te debaty nie zakładały w ogóle wysłuchania głosu ani uczniów, ani rodziców. Na posiedzenie komisji edukacji przyjechali uczniowie ze Skarżyska-Kamiennej. Pani minister nie dopuściła ich do głosu, nie chciała się z nimi spotkać. Czego to była dla nich lekcja? Tego, że ich głos nie ma żadnego znaczenia. I że żadnego znaczenia nie ma też głos ich rodziców – ich podpisy pod wnioskiem o referendum wylądowały w koszu. Państwo – dowiedzieli się młodzi ludzie – ich prawa i ich zdanie ma za nic.

Wielu rodziców uważa jednak, że gimnazja się nie sprawdziły.

W dużej mierze z sentymentu za własnymi latami szkolnymi idealizują ośmioklasową podstawówkę. Też do takiej chodziłam i poza przepełnionymi klasami, brakiem pomocy dydaktycznych pamiętam też rygor i dyscyplinę. Czy naprawdę uważamy, że warto do tego wracać? Demonizujemy gimnazja, tymczasem dzieci są takie, jakie były zawsze – spokojne i rozrabiające, trudniejsze i te, które nie sprawiają kłopotu.

Tęsknota za dyscypliną ma w sobie coś ze stwierdzenia: „Mnie ojciec dawał w tyłek i wyszedłem na ludzi”. A dzieci dziś wiedzą o świecie – również dzięki rozwojowi technologii – znacznie więcej, niż myśmy wtedy wiedzieli, nauczyciel nie jest jedynym źródłem wiedzy. Powinien być przewodnikiem, który pozwoli im zadawać pytania, wskaże drogę. Tymczasem reforma idzie w zupełnie innym kierunku: nauczyciel ma nie tylko przekazywać, ale też jednoznacznie interpretować wiedzę. Pamięta pani, co na ten temat powiedział prezydent Duda?

PRZECZYTAJ TAKŻE: Krystyna Starczewska: Gimnazjum daje szkołę

„Polska szkoła będzie uczyła prawdziwej polskiej historii, w której wiadomo, kto był zdrajcą, a kto był bohaterem”.

Nie ma więc w tej szkole miejsca dla odcieni szarości, nie ma pola do interpretacji dla tego młodego człowieka, który nie jest już małym dzieckiem. Cofnięcie go do podstawówki tego nie zmieni, przecież te nastolatki z siódmej czy ósmej klasy będą za dwa-trzy lata brać udział w wyborach. Nie możemy odbierać im szansy dowiadywania się o świecie, tak by sami byli w stanie ocenić, co według nich jest dobre, a co złe. My natomiast znów chcemy ich przed czymś „ratować”. Mam dość tego „ratowania”! Najpierw maluchy przed szkołą, teraz młodych ludzi przed gimnazjum i zmianą środowiska, cały czas traktując szkołę jak jakiegoś demona, którego trzeba rygorem ujarzmiać!

Do rozmowy włącza się Blanka Popowska, prezeska fundacji Też Chcemy Być, która prowadzi kawiarnię Pożyteczna, a tam właśnie się spotkałyśmy.

BLANKA POPOWSKA: Przepraszam, że się wtrącam, ale słyszę, o czym rozmawiacie, i od razu się denerwuję. Ta reforma zignorowała też nasze dzieci, te z niepełnosprawnościami. O nich się zawsze zapomina i spisuje na straty, ale teraz mamy to czarno na białym.

DOROTA ŁOBODA: Na plakacie MEN „Droga do dobrej szkoły”, który promował tę reformę, widać to gołym okiem. To obrazek ilustrujący różne ścieżki kariery, które czekają ucznia: idzie do zerówki, potem podstawówki, po niej ma do wyboru: liceum, technikum, szkołę branżową, później studia. Co ma przed sobą dziecko z niepełnosprawnością? Szkołę specjalną i tyle.

BLANKA POPOWSKA: Ślepy zaułek. Nic dalej go nie czeka. Poza tym – i o tym w ogóle nikt nie mówi, bo kto by się z nami liczył? – że ta reforma, likwidując gimnazja, skraca naszym dzieciom edukację. Sama widziałam po synu, ile dawała mu sama możliwość uczenia się, jak go to, że był w grupie, miał swoją szkolną rutynę, rozwijało. Odbieranie dzieciom tej szansy czy skracanie jej to zwyczajne okrucieństwo. Integracja – zgodzę się – nie zawsze i nie dla wszystkich dzieci jest najlepszym rozwiązaniem, ale powinna istnieć jako jedna z możliwości. Tymczasem brak takiej alternatywy sprawi, że niektóre dzieci, które powinny znaleźć się w placówce specjalnej, będą z całych sił przez rodziców pchane do zwykłej szkoły, żeby miały po niej jakieś możliwości. Zostają oczywiście warsztaty terapii czy domy środowiskowe, ale to nie to samo co szkoła, w której uczniowie mieli rehabilitację, logopedę, zajęcia indywidualne. Ze strony ministerstwa niewiele da się wyczytać, nikt nie wie, co ta reforma w szczegółach proponuje naszym dzieciom.

DOROTA ŁOBODA: Hasło towarzyszące reformie: „Wyrównujemy szanse”, jest kłamstwem. Ona po równo wszystkim te szanse odbiera: uczniom ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, uczniom z małych miejscowości, uczniom szczególnie uzdolnionym językowo, sportowo czy artystycznie... Podam przykład: likwidujemy gimnazja artystyczne, a w ósmej klasie plastyki nie będzie w ogóle. Jak taki młody, zdolny człowiek ma się dostać do liceum plastycznego?

Dokształci się na prywatnym kursie lub zajęciach w domu kultury.

Ale przecież towarzyszy tej reformie twierdzenie, że oto kończymy z korepetycjami. Na niedawnej debacie jedna z kuratorek odpowiedziała, że przecież są ogniska plastyczne i domy kultury. Naprawdę w każdej wsi są takie miejsca? W podstawówce i gimnazjum plastyka była dla wszystkich, natomiast dom kultury czy ognisko jest tylko dla wybranych. Podobnie jak dla wybranych będą korepetycje. Wzmagamy tylko istniejące w naszym kraju rozwarstwienie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Tracimy różnorodną kulturowo, klasowo i ekonomicznie szkołę powszechną, w której młodzi ludzie przez sam fakt bycia razem mogliby się uczyć od siebie

Reforma wprowadzona zostaje m.in. dlatego, że – jak twierdzi MEN – gimnazja nie wyrównywały szans.

To jest nieprawda, jesteśmy na jednym z czołowych miejsc w Europie o najmniejszym rozwarstwieniu. Dla młodzieży z małych ośrodków gimnazja były trampoliną edukacyjną. Zostawienie tych dzieci na kolejne dwa lata, do 16. roku życia, w tym samym miejscu, zazwyczaj gorzej wyposażonym, działa przeciwko nim. Kto je będzie w tej wiejskiej szkole podstawowej uczył fizyki, chemii i przedmiotów ścisłych na wyższym poziomie? Jeżeli będzie w danej szkole jedna godzina fizyki, to gdzie taka mała gminna szkoła znajdzie nauczyciela, który będzie na tę jedną godzinę dojeżdżał? Albo będzie tych przedmiotów uczył nauczyciel objeżdżający kilka szkół, albo np. pani od biologii zrobi dodatkowy kurs. Tak wygląda nowoczesna edukacja?

Nie zapominajmy też, że znaczenie ma nie tylko sama szkoła, ale też mobilność, to, że te dzieci codziennie miały zapewniony kontakt z większym ośrodkiem, w którym toczy się życie kulturalne, społeczne, jest kino, może teatr. Teraz wiele z nich nie będzie miało regularnego kontaktu z innym światem niż świat ich małej miejscowości, być może nigdy nie zapragną tego, żeby się kształcić dalej, i skończą na ośmiu latach szkoły podstawowej.

Ale w każdej z nich według zapowiedzi MEN ma być szerokopasmowy internet.

Ta zapowiedź jest nierealna i technicznie nie do wykonania w ciągu roku. Zakładając jednak, że tak się stanie – czy naprawdę chcemy, żeby dzieci miały świat w zasięgu jedynie wirtualnie?

Mimo obrazu, który pani kreśli, i mimo że reforma obejmie tak wiele osób, manifestacje przeciwko niej nie były masowe. Ostatnie manifestacje w obronie sądów gromadziły więcej osób.

Przyznam, że byłam zdziwiona, że pozornie bardziej abstrakcyjna kwestia, jaką jest niezawisłość sędziowska, zjednoczyła nas bardziej niż edukacja, która dotyczy naszych dzieci.

Myślę, że pewną rolę odgrywa sentyment za własnymi czasami szkolnymi, który – jak każde wspomnienie – z czasem zaciera to, co złe, i wykrzywia naszą perspektywę.

Na pewno część rodziców po prostu ufa, że we wrześniu „jakoś to będzie”, inni nie chcą się angażować, bo mają możliwości, również finansowe, żeby na własną rękę zaradzić negatywnym skutkom reformy, kiedy dotkną ich dzieci.

Pani też mogłaby. Prowadzi pani szkołę językową, ma środki, mieszka w dużym mieście, w którym łatwo o zorganizowanie zajęć dodatkowych. Po co pani cała ta działalność?

Po pierwsze, to, że jeśli będzie trzeba, dokształcę swoje córki (12 i 16 lat) na własną rękę na korepetycjach czy kursach, nie zmieni tego, że będą musiały żyć w społeczeństwie, które będzie generalnie gorzej wykształcone.

Po drugie, nie chciałabym, żeby moje dzieci taki brały ze mnie przykład, że patrzy się tylko na to, co jest w naszym ogródku, a to, co jest poza płotem, nas już zupełnie nie obchodzi. Staram się włączać je w działania na rzecz innych. To dlatego bierzemy teraz udział w wymianie i gościmy przez dwa tygodnie dziewczynki z Ukrainy, to dlatego organizujemy akcję zbierania wyprawek szkolnych dla dzieci w trudnej sytuacji, to dlatego – bo prawa kobiet są dla mnie ważne – mówiłam im, o co chodzi w „czarnym proteście”. Starsza córka poszła tego dnia ubrana do szkoły na czarno. Sama chciała.

Tak została pani wychowana?

Mój tata Tadeusz Nowak był działaczem solidarnościowym, zajmował się w stanie wojennym pomocą rodzinom internowanych, z domu wyniosłam przekonanie, że w słusznej sprawie należy przeciwstawiać się władzy, że warto walczyć o swoje przekonania. Że solidarność znaczy właśnie to, co chcę przekazać córkom: odpowiedzialność i zaangażowanie na rzecz dobra wspólnego. Przez ostatni rok mocno dojrzały i wspierały mnie w tym. Chodziły ze mną na manifestacje, pomagały w malowaniu transparentów, w robieniu znaczków, chodziły do Sejmu na konferencje, na posiedzenia sztabu referendalnego. To była dla nas wszystkich lekcja demokracji w działaniu, nie teorii. Poza tym ja to przecież robiłam między innymi dla nich, moje zaangażowanie wynika z tego, że jestem matką. Uważam, że to jest nasza siła – robimy to z troski o nasze dzieci. Mam nadzieję, że córki są ze mnie dumne.

A hejt był?

Na szczęście nie dotknął moich córek. Pojawiły się jakieś drobne teksty na prawicowych portalach, ktoś gdzieś „odkrył”, że startowałam w wyborach samorządowych z list Platformy Obywatelskiej. Nigdy tego nie ukrywałam. Partia zaproponowała mi miejsce, startowałam jako bezpartyjna, nie wybrano mnie, koniec historii. W sumie było dużo więcej głosów pozytywnych od nieznanych mi ludzi, którzy po różnych naszych manifestacjach czy moich wystąpieniach w mediach pisali raczej z głosami wsparcia. I nadzieją, że nie rozejdziemy się do domów.

A rozejdziecie? Ustawa podpisana, wniosek o referendum przepadł, reforma rusza.

Oczywiście, że nie. Już 4 września zapraszamy na manifestacje przeciw reformie. Poza tym będziemy monitorować jej wprowadzanie i pracować nad propozycjami zmian na przyszłość. Będę też namawiać rodziców, żeby włączyli się w życie szkół swoich dzieci, to jest właśnie ten moment, kiedy wiele od nas zależy. Edukację równościową i antydyskryminacyjną wyprowadza się ze szkół, ale można poprzez rady rodziców wprowadzić je do szkolnych planów wychowawczych – wtedy muszą być realizowane. To czas, w którym musimy sami wziąć większą odpowiedzialność za kształcenie naszych dzieci. Reformy nie zatrzymaliśmy, ale możemy i musimy reagować na jej skutki.

Spoza parlamentu? Partie opozycji na pewno proponowały miejsce w swoich szeregach.

Mówiąc otwarcie, nie podjęłam jeszcze żadnej decyzji w tej sprawie. Na pewno jednak nie odżegnuję się od polityki zupełnie – przecież to jedna z zasad demokracji, że politycy są naszymi przedstawicielami i realizują nasze interesy. To w parlamencie zmienia się prawo. Jestem człowiekiem do konkretnego zadania, to jest zmian w systemie edukacji. Jeśli będę miała realną na to szansę, na pewno nie powiem „nie”. Uważam, że do polityki powinni trafiać ludzie, którzy wiedzą, czego chcą, i mają pomysł na jakąś konkretną dziedzinę, na której się znają.

Mamy wielu świetnych działaczy społecznych, którzy stronią od polityki. Rozumiem, dlaczego tak się dzieje, ale żałuję, bo wiele świetnych pomysłów nie ma szansy na realizację. Sami siebie w ten sposób trochę spychamy do drugiego rzędu, roli obserwatorów, krytyków albo petentów.

Oczywiście nie jestem naiwna, wiem, że to nie jest tak, że nagle wszyscy politycy opozycji wzięli sobie głęboko do serca dobro dzieci i dlatego stali z nami na ulicach i zbierali zimą podpisy pod wnioskiem o referendum. Zapytam jednak przewrotnie: co w tym złego? Zarzut, że do koalicji na rzecz referendum weszli politycy, wydaje mi się absurdalny: skoro uznali ten temat za ważny i włączyli do swojej agendy, to się mogę tylko cieszyć. Przecież jeśli głosuję na jakąś partię, to w naturalny sposób oczekuję, że będzie reprezentowała moje interesy. Strasznie źle jesteśmy nastawieni do „polityczności”, a przecież bez polityków nie da się zmieniać prawa, każda ważna kwestia społeczna jest w tym sensie polityczna. Ja się polityki nie boję.

Zgaduję: była pani przewodniczącą szkolnego samorządu?

Tak (śmiech).