Beata Siemieniako jest nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów" 2017.

Zagłosuj na Superbohaterkę 2017 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Co to jest mieszkanie z „wkładką mięsną”?

Tak się mówi brutalnie o przypadku kupna mieszkania z lokatorami w środku. Z taką „wkładką” nie wiadomo za bardzo, co zrobić. Jest kłopotliwa. Trzeba się jej pozbyć.

Pani Luiza Podworny, której jest pani pełnomocniczką, jest „wkładką mięsną”?

Już nie jest, ale była – ta sytuacja miała miejsce dwa lata temu, choć sprawy sądowe ciągną się do dziś. Lokal, w którym Luiza mieszkała od urodzenia, został zreprywatyzowany, a następnie sprzedany. Właściciel próbował wszystkiego, żeby się wyprowadziła, ale Luiza po prostu nie miała dokąd. Gdy zaszła w ciążę, odciął jej wodę, nachodził bez zapowiedzi. Jednak podobnych sytuacji jest wiele, np. historia pani Marzeny, która straciła płynność finansową, przestała spłacać kredyt we frankach, jej mieszkanie zostało zlicytowane i ktoś je kupił. Ona jest w tym mieszkaniu, a ktoś cały czas przychodzi i mówi, że ma się wyprowadzić. Podpalił jej altanę, przebił gwoździem opony w samochodzie. Po prostu ją nęka i robi wszystko, by ją wykurzyć. Są nawet firmy, które zajmują się oczyszczaniem mieszkań z „wkładki mięsnej”.

Czy to jest normalne, że kupuje się mieszkanie, w którym ktoś mieszka?

Dziś w Polsce – normalne. Każde mieszkanie, które można sprzedać, można sprzedać razem z lokatorami. Takie mieszkania są zazwyczaj tańsze, można kupić je np. na licytacji w sądzie – tak było w przypadku pani Marzeny. Kamienicę z lokalami komunalnymi, a więc należącymi do gminy, można za to zreprywatyzować, co oznacza to samo – przekazanie budynku z „wkładką mięsną” nowemu właścicielowi. To z kolei przydarzyło się pani Luizie.

Filip Springer: Daliśmy sobie wmówić, że kredyt hipoteczny na 30 lat jest największym życiowym osiągnięciem

Jak powinno być?

Sprzedawanie mieszkań z lokatorem w środku powinno być niemożliwe. Zwrot nieruchomości z lokatorem w ramach reprywatyzacji też powinien być zabroniony, bo to zawsze prowadzi do konfliktu interesów. To polityka miasta, która polega na odsuwaniu od siebie odpowiedzialności. Często bywało tak, że miasto nawet słowem się nie odezwało, że kamienica jest reprywatyzowana, że lokatorom trzeba pomóc wcześniej, zanim przyjdzie nowy właściciel. Konflikt między nowym właścicielem a lokatorami jest nieunikniony i nie zawsze musi wynikać ze złej woli tego pierwszego, jak w przypadku pani Luizy.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: dziedziczysz kamienicę. Fajnie, tylko że strop się zaraz zawali, bo budynek od kilkudziesięciu lat stoi nietknięty. Remont wyniesie kilka milionów złotych. Ale w kamienicy mieszkają lokatorzy. I załóżmy, że to są sami emeryci, którzy mają groszowe emerytury i płacą czynsze w wysokości ustalonej jeszcze przez gminę, niewystarczające nawet na bieżące utrzymanie kamienicy, a co dopiero na poważny remont. I to jest konflikt, który jest w pewien sposób nierozwiązywalny. Zazwyczaj przegrywają ci na słabszej pozycji, czyli lokatorzy, a wygrywa chęć zysku właściciela.

Jak zająć pustostan? Szukaj okien, w których nie ma firanek, i decyduj się szybko

Jakiś pomysł?

Trzeba zapobiegać powstaniu tego konfliktu. Może prościej byłoby wypłacać byłym właścicielom lub ich spadkobiercom odszkodowania, ale pozostawić ludzi tam, gdzie mieszkają? No i oczywiście gminy powinny lepiej zarządzać swoimi nieruchomościami, tak by były w lepszym stanie. To miasto woli jak najszybciej pozbyć się nieruchomości, która jest w opłakanym stanie i wymaga kosztownego remontu.

Pani Luiza została wyeksmitowana?

Tak, w jej sprawie zapadł wyrok sądowy. Straciła prawo do mieszkania w tym lokalu, więc eksmisja była zgodna z prawem. Zostało jej wypowiedziane za zadłużenie. A ponieważ właściciel chciał jak najszybciej zająć mieszkanie, to szybko to wykorzystał. Jeśli ktoś ma umowę najmu, to nikt go nie eksmituje. Dlatego właściciele albo „czyściciele” kamienic robią wszystko, żeby ten tytuł najmu przerwać. Nękanie jest nielegalne, ale najlepszym legalnym sposobem jest zadłużyć taką osobę – na przykład podnieść czynsz. Jeśli lokator nie ma już tytułu najmu, to właściciel może wystąpić z pozwem o eksmisję. Sąd decyduje, czy ktoś to prawo najmu utracił i czy przysługuje mu prawo do lokalu socjalnego. Takie prawo mają emeryci z najniższymi emeryturami, bezrobotni, kobiety w ciąży i dzieci oraz obłożnie chorzy.

Pani Luiza była wtedy w ciąży.

Dlatego sąd wydał wyrok eksmisyjny, ale zdecydował, że może pozostać w lokalu do czasu, aż gmina wskaże jej lokal socjalny. Właściciel nie respektował tego wyroku i ją wyeksmitował. Zmienił zamki, nie miała jak wziąć swoich rzeczy. Udało jej się to po czterech miesiącach.

Kogo może spotkać eksmisja na bruk?

Panią, mnie, każdego. Osobę, która jest w lokalu komunalnym, w lokalu, który został zreprywatyzowany, ale również w lokalu własnościowym. Myślisz, że dobrze zarabiasz, masz jakieś oszczędności, a nagle przychodzi krach. Rodzisz niepełnosprawne dziecko, masz wypadek, twój partner zapada na ciężką chorobę. Może tak się zdarzyć, iż wspólnota uzna, że pani zadłużenie jest za duże, że nie uda się go ściągnąć z pani wynagrodzenia, więc złoży wniosek o licytację mieszkania. Odbywa się to bez żadnego wyroku sądowego, po prostu ktoś kupuje w sądzie pani mieszkanie razem z panią w środku. Dostanie pani jakieś pieniądze minus ten dług, ale pani sytuacja jest dramatyczna.

Co myśli pani o eksmisjach na bruk?

Co myślę? Eksmisji na bruk w ogóle nie powinno być. Państwo powinno nie dopuszczać do sytuacji, w której ktoś ma kilkadziesiąt tysięcy długu. Większość eksmisji odbywa się z mieszkań należących do gminy, co bierze się z bardzo złego zarządzania nieruchomościami przez miasto. Gminy przez lata potrafią zaniedbywać monitorowanie, czy ktoś wpłaca czynsz, czy nie. I zdarzają się, owszem, takie przypadki, kiedy ludzie to wykorzystują i przestają płacić. Są jednak też przypadki, że ktoś 30 lat płaci i nagle przestaje. W takiej sytuacji ktoś z ośrodka pomocy społecznej powinien pójść do takiej osoby i zapytać, czy coś się stało. Świetną ilustracją tego problemu jest sytuacja sprzed kilku lat, kiedy miasto Warszawa zorganizowało akcję „Poznaj swojego najemcę”. Urzędnicy przyszli do starszego mieszkańca na Muranowie, który nie płacił od pięciu lat, otworzyli drzwi i okazało się, że leży zmumifikowany – nie płaci, bo umarł.

Powinien być system wczesnego reagowania?

Tak. Często lokatorzy, którzy mają 20 tys. zadłużenia, już nie widzą światełka w tunelu. Brakuje nam racjonalnych programów oddłużeniowych, umożliwiających odpracowanie długu np. w spółkach miejskich – coś takiego całkiem dobrze funkcjonuje w Łodzi.

Zdarzają się też sytuacje, że dzieci wchodzą w dorosłe życie z długiem, bo w wieku lat 18 przyjmują odpowiedzialność za płacenie czynszu z rodzicami. Mało tego, te osoby mogą być odpowiedzialne za spłacenie całego zadłużenia, które powstało, kiedy jeszcze były dziećmi. Nie możemy dawać komuś na wejściu w dorosłe życie takiego strasznego prezentu. Bo człowiek nigdy się z tego nie podniesie, będzie pracować na czarno, by uniknąć komorników, będzie się bał założyć firmę. To konsekwencje na całe życie.

System wczesnego ostrzegania jest kluczowy, by rozwiązywać problem eksmisji. Gmina powinna reagować po trzech miesiącach zalegania z czynszem, a nie po dziesięciu latach. Gminom powinno na tym też zależeć, bo większe wpływy z czynszów pozwoliłyby remontować więcej mieszkań, budować nowe lokale komunalne. Z drugiej strony gmina powinna mieć pulę mieszkań przeznaczonych dla osób, które są eksmitowane z mieszkań prywatnych, choć takie eksmisje stanowią mniejszość. Wyciąganie ludzi z bezdomności jest trudniejsze niż zapobieganie bezdomności.

Problem brakujących mieszkań ma rozwiązać rządowy program „Mieszkanie plus”.

Tak. Program ma zapewnić dużo tanich mieszkań, takie są deklaracje. To wspaniała wiadomość. Plusem programu jest też to, że można w nim dojść do własności bez wcześniejszego zobowiązania kredytowego – płacisz po prostu podwyższony czynsz. Jeśli chcesz. Jeśli nie chcesz prawa własności, płacisz niższy czynsz.

Miasta czekają na "mieszkanie plus"

Czyli super.

Tak. Sytuacja mieszkaniowa w Polsce jest dramatyczna. Potrzebujemy dużo mieszkań, niektórzy mówią, że miliona, niektórzy – że kilku milionów. W Polsce połowa osób mieszka w przepełnionych mieszkaniach, gorzej w Unii Europejskiej jest tylko w Rumunii i na Węgrzech. Co dziesiąte mieszkanie w Polsce według Eurostatu ma jakąś istotną wadę typu dziurawy dach, brak bieżącej wody, brak ogrzewania. Mieszka się nam źle, za ciasno, a dojście do mieszkania, do własności, jest wcale niełatwe i wymaga zdolności kredytowej.

Większość osób nie ma perspektyw, żeby wejść w posiadanie mieszkania.

Jest też masa tzw. biednych pracujących, czyli ludzi zatrudnionych, ale których nie stać na to, by wziąć kredyt. Jednocześnie nie mają szans na mieszkania komunalne, do których są ogromne kolejki. To dotyczy bardzo często młodych ludzi.

Program "Mieszkanie plus". Czy PiS odda polskie lasy deweloperom?

To dla nich jest program „Mieszkanie plus”?

Tak. W założeniu PiS-u program jest właśnie dla osób średniozamożnych, które zarabiają tyle, że są pomiędzy mieszkaniami gminnymi i mieszkaniami kredytowanymi.

Czyli pomysł świetny, ale ma, jak rozumiem, wady.

Ma taką wadę, że rezygnuje z praw lokatorskich. W sytuacji, w której na przykład zajdziesz w ciążę, zwolni cię pracodawca i nie zapłacisz czynszu przez dłużej niż trzy miesiące, możesz zostać wezwana do wyprowadzenia się z dnia na dzień.

Eksmisja na bruk na własny koszt.

Tak. I to bez wyroku sądowego i prawa do lokalu zastępczego. To taki outsourcing państwa. W konstytucji jest zapisane, że państwo ma zapewniać prawo do mieszkania, prowadzić odpowiedzialną politykę w tym zakresie. „Mieszkanie plus” to przykład takiego outsourcingu, kiedy państwo zleca wykonanie publicznych zadań deweloperowi – daje ziemię, deweloper buduje na niej mieszkania, państwo nakłada na niego ograniczenia, ile można z tych mieszkań maksymalnie wyciągnąć. Ale gdyby się okazało, że jest coś nie tak z tymi lokatorami, to państwo odwraca się plecami.

Nasz protest, Komitetu Obrony Praw Lokatorskich, wynika z tego, że uważamy to za przejaw braku solidarności. Bo większość osób będzie zadowolona z programu, ale już teraz jesteśmy w stanie przewidzieć, że wśród tych, którzy wezmą w nim udział, są tacy, którym noga się powinie. I nie można takim osobom powiedzieć z góry: „Słuchajcie, uprzedzamy, że jak zachorujecie na raka i będziecie chcieli ładować całą kasę w terapię, to my wam nie pomożemy”. I stąd nasze listy do senatorów i demonstracje pod Kancelarią Prezydenta, żeby zgłosił weto.

Jak nie zepsuć programu "Mieszkanie plus"? Uciec od getta, wrócić do wielkiej płyty, uchronić przed polityką

O czym napisała pani w liście do senatora?

O nieszczęściach, które mogą człowieka spotkać. Czy powiedziałby takiej dziewczynie, może swojej córce, której nagle zabrakło pieniędzy: „Idź pod most. Mogłaś sama wcześniej się zabezpieczyć, oszczędzać”? To prowadzi do ludzkiej krzywdy. I ta krzywda, nawet jeśli dotyczy mniejszości, jest zbyt dużą ceną, którą musimy płacić za to, że będziemy mieć te tanie mieszkania. Czarę goryczy przelewa to, że dostawaliśmy wielokrotnie do konsultowania ten program, ale nigdy nie w takim kształcie, w jakim został ostatecznie uchwalony.

Dlaczego tak było?

Nie wiem. Może po to, by mieć wymówkę, że były konsultacje? Taki jest jednak styl zarządzania PiS-u. To styl na „dobrego ojca”. Dam wam dużo tanich i dostępnych mieszkań, w pakiecie co prawda jest taki śmierdzący bonus, ale nie będziemy się konsultować, jestem dobrym ojcem, daję i nie macie tu nic do gadania. Nie ma dialogu, który by pozwalał sprecyzować, jakie problemy mają dziś lokatorzy. Czy ustawa o ochronie praw lokatorów wymaga nowelizacji. Nikt nas o to nie pyta. Poza Komitetem Obrony Praw Lokatorskich, w którym działam, jest kilkanaście organizacji lokatorskich w Polsce. Dzięki ich protestom nie przeszła nowelizacja ustawy o ochronie praw lokatorów na początku tego roku. Zmiany zostały przez ruchy bardzo negatywnie zaopiniowane i nowelizację zawieszono.

Jakie to miały być zmiany?

Umowa o lokal komunalny miała być od roku do maksymalnie pięciu lat. Co można porównać do tego, że komuś daje się zlecenia zamiast umowy na czas nieokreślony. Drugi warunek miał być taki, że jeśli zarabiasz powyżej progu, który ci umożliwia mieszkanie w mieszkaniu komunalnym, to albo tracisz mieszkanie, albo całą nadwyżkę musisz oddać, dołożyć do czynszu. To realizacja zasady „niech biedni zawsze będą biednymi”. Zamyka ludzi w kole ubóstwa, ludzie boją się więcej zarabiać. Wolą pracować na czarno albo w ogóle zrezygnować z podwyżki, byle nie zabrano im mieszkania. Ta ustawa umożliwiałaby trzymanie bata nad głową lokatorów: jeśli tylko zrobicie coś nie tak, to jesteście na oucie. Z tego się wycofano, ale wprowadzono program „Mieszkanie plus”, który jest niby taki dobry, a wiemy już teraz, że zrodzi wiele krzywd ludzkich i doprowadzi do wielu tragedii.

Prezydent ustawę jednak podpisał.

Najwyraźniej wykorzystał już limit wetowania.

Czy to jest w ogóle zgodne z prawem?

Z konstytucją? W konstytucji zapisane jest prawo do godnego mieszkania i obowiązek prowadzenia przez państwo odpowiedzialnej polityki mieszkaniowej. Problem jest taki, że dziś buduje się rocznie mniej mieszkań, niż się budowało w PRL-u. I to wszystkich mieszkań, nie tylko państwowych! Obowiązek realizowania tej polityki mieszkaniowej został zrzucony na samorządy, które oczywiście tłumaczą się, że nie mają pieniędzy. Wręcz przeciwnie – pozbywają się mieszkań, albo je sprzedając, albo reprywatyzując. Pula mieszkań komunalnych jest uszczuplana. Przykładem jest miasto Warszawa, które więcej mieszkań zreprywatyzowało i oddało w ręce prywatne, niż wybudowało przez ostatnie lata. Nic dziwnego, że ludzie nie mają się gdzie podziać.

Czternaste piętro, czyli jak mieszkają Szwedzi [ORLIŃSKI]

Czyli moglibyśmy zaskarżyć państwo, że nie realizuje naszego konstytucyjnego prawa do godnego mieszkania?

W sumie chyba tak. Ale nie ma takiego trybu, w którym jako lokator mogę żądać, żeby mi państwo wybudowało lokal komunalny.

My staramy się przekonywać, że prawo do mieszkania nie może być czymś zupełnie nieosiągalnym. Dlatego zaskarżamy podwyżki czynszu. Jeśli ktoś dostał mieszkanie komunalne w latach 50., płacił regularnie czynsz, to nie powinno mu się po reprywatyzacji nagle na koniec życia windować rachunków do cen wolnorynkowych. Myślę, że najlepszym trybem byłoby po prostu wyjść na ulicę i żądać tych mieszkań. Ale na ostatniej demonstracji było sto osób.

Sto osób z hasłem „Solidarność naszą bronią” na transparencie. To smutne.

To moje ulubione hasło. I wydaje mi się, że walczę o prawo lokatorskie nie dlatego, że akurat tę grupę społeczną obdarzyłam jakąś niezwykłą sympatią – koniec końców tak się stało, choć lokatorzy potrafią być trudni – tylko dlatego, że uważam, iż nie możemy sprawiać, że system się gdzieś nie domyka. Jeśli się nie domyka na lokatorów, to potem przestanie się domykać np. na pracowników, potem na kogoś innego i wtedy prędzej czy później to wróci do nas. To tak, jakby urząd zatrudnił sprzątaczki i dał im wysoką płacę – powiedzmy 20 zł za godzinę, więc one byłyby szczęśliwe, bo zarabiają więcej niż wcześniej. Ale jednocześnie powiedziałby im, że jeśli przez trzy dni nie przyjdą do pracy, to je od razu zwolni. Kodeks pracy nie obowiązuje.

Jeśli zrobimy tak samo z lokatorami, pracownikami, z podatkami, prawami, to w końcu to nas dotknie.

Dlaczego ruch lokatorski ma tak małe wsparcie społeczne, polityczne? Przecież to nie jest abstrakcyjna sprawa, każdy jest w stanie sobie wyobrazić, jak straszna jest eksmisja na bruk.

Nie wiem, może dlatego, że gdybyśmy wyszły na ulicę i spytały parę osób, to wszyscy będą uważać, że najlepszym sposobem dochodzenia do tego, żeby mieć mieszkanie, jest prawo własności. Nie ma empatii w stosunku do lokatorów, bo są definiowani przez brak prawa własności. Są jakby „gorsi” niż np. frankowicze – którzy też znaleźli się w bardzo złej sytuacji – bo frankowicze dążyli jednak do prawa własności, a lokatorzy nie. Są bardzo stereotypowo traktowani – jako ci, którzy żyją na koszt państwa.

Pomysł, że ktoś ma zdolność kredytową na 200 tys. zł, ale jeśli zdecyduje się na franki, wzrośnie ona do 300 tys., jest sprzeczny z wszelkimi zasadami uczciwej bankowości. To kryminał

„Niezaradni”.

Podczas gdy często to nie ma nic wspólnego z zaradnością. Znam lokatorkę, która nie wykupiła mieszkania, bo nie miała dzieci. Była zupełnie sama, cała jej rodzina zginęła w powstaniu warszawskim. Jest też wielu ludzi, którzy nie mogli wykupić swoich mieszkań, bo mieli przydział w budynku, do którego były roszczenia.

Może uważamy, że nic nam się nie należy? Że nie możemy domagać się od państwa mieszkania, że to jakaś prywatna sprawa, którą każdy musi zająć się sam?

Chcesz mieszkania? Idź i sobie zarób! Pewnie. W Polsce, jeśli domagasz się swoich podstawowych praw, jak np. tego, żeby mieć umowę o pracę, jesteś traktowany jak roszczeniowy pracownik. Jeśli domagasz się, by państwo dało ci lokal komunalny, kiedy mieszkasz w reprywatyzowanej kamienicy, to jesteś roszczeniową lokatorką. Tymczasem przecież ta roszczeniowość jest dobrą cechą, bo wzmaga efektywność państwa. Zmuszamy państwo, by działało zgodnie z przepisami, na których podstawie powinno działać.

Jest też taki problem, którego do końca nie potrafię zdefiniować, że sami lokatorzy nie czują się zjednoczoną grupą. Każdy załatwia swoją sprawę. Jeśli jeden z nich dostanie lokal, to już nie przychodzi na demonstracje. Taka jest różnica między ruchem lokatorskim a związkami zawodowymi, że związek zawodowy jeśli ma coś wywalczyć, to dla wszystkich. Tu każdy walczy o prawo do mieszkania dla siebie. A moglibyśmy przecież walczyć o coś dla wszystkich – np. żeby powyżej jakiejś kwoty nie podwyższać czynszów dla emerytów. Ale nie ma takiego postulatu.

To czego się domaga Komitet Obrony Praw Lokatorskich?

W kwestii reprywatyzacji – by w ogóle nie zwracano kamienic z lokatorami. Chcielibyśmy, żeby budowano więcej mieszkań komunalnych i żeby były bardziej dostępne. Aby państwo nie traktowało mieszkań na wynajem jako gorszy rodzaj mieszkań, tylko uznało, że jest to pewna popularna forma tytułu prawnego. W takich miastach jak Wiedeń czy Berlin wynajem nie jest traktowany jako coś gorszego, natomiast w Warszawie możesz wynajmować w zasadzie tylko na wolnym rynku, gdzie czynsze są tak nieproporcjonalne do minimalnej pensji, że w ogóle nie ma o czym mówić. Wynajmowanie jednego pokoju za 1 tys. zł, gdy zarabia się 2 tys.?

Domagamy się, by miasto, jeśli wprowadza jakiekolwiek przepisy, konsultowało się z lokatorami. Ciągle jest problem w komunikacji. Przykładem może być ostatnia rewitalizacja na ulicy Markowskiej w Warszawie, o której lokatorzy dowiadywali się przypadkowo, podczas zakupów w sklepie. Poszła plotka, że część lokali zostanie przebudowana. Ludzie panikowali: jeśli moje mieszanie złączą z mieszkaniem sąsiada, to ktoś będzie się musiał wyprowadzić! Sami lokatorzy podkreślają często, że najgorsza jest niepewność. I naprawdę nie rozumiem, dlaczego miastu tak trudno jest zorganizować spotkanie dla lokatorów, żeby ich poinformować, jakie im przysługują prawa, o co dokładnie chodzi, jaki wniosek muszą wypełnić. To drobny gest, który by naprawdę dużo zmienił. Teraz najważniejsze, by żądać tego, żeby program „Mieszkanie plus” był lepiej kształtowany. To świetnie, że w końcu znalazła się partia polityczna, która zaczyna budować. To przecież nawet nie daje wielu potencjalnych wyborców, bo zanim te mieszkania zostaną wybudowane, zanim ziemia pod budowę zostanie znaleziona, zanim ktoś coś zaprojektuje, to już dawno ta partia może przestać być u władzy.

Ten program jest lepszy niż „Rodzina na swoim”, który wymyśliło PO?

Tak, bo jest bardziej dostępny. Nie trzeba brać kredytu, co było dla wielu dużą przeszkodą. Wiele osób uważało, że poprzednie programy polegały na tym, iż dofinansowały kredytodawców. Bo miasto spłacało część długów bankom za ciebie. W książce „13 pięter” Filip Springer pisze, że gdy uchwalano kolejne programy, to w firmach deweloperskich otwierano szampany, ponieważ wszyscy wiedzieli, że będą mogli windować ceny, bo nadwyżkę zapłaci państwo. To były dotacje dla banków, dla deweloperów.

Wolnoć, Tomku, we własnym domku. Własność kontra dobro wspólne [SPRINGER]

Kto najczęściej zwraca się do Komitetu o pomoc?

Kobiety. Pani Luiza. Albo pani Ala, której sprawą się teraz zajmuję – 70-letnia lokatorka, której kamienicę, którą odbudowywała po wojnie, zreprywatyzowano i nowy właściciel podniósł czynsz z 200 zł do 1,5 tys. Pani Ala ma emerytury 1250 zł i nawet gdyby dostała lokal komunalny od miasta, to nikt nie anuluje jej tego długu, który rośnie z miesiąca na miesiąc. A na mieszkanie komunalne czeka się nieraz kilka lat. Kobiety są bardziej zdesperowane i częściej są w stanie przyjąć taktykę „jak nie drzwiami, to oknem”. Mąż siedzi w domu załamany, a one walczą z reprywatyzacją, ze złą polityką mieszkaniową. Jedna z lokatorek, Ewa, twierdzi wręcz, że mężczyźni, jak się dowiedzą o tym, że kamienica jest reprywatyzowana, że w perspektywie pięciu lat będą mieć jakiś horrendalny dług, natychmiast chorują i umierają. A kobiety pójdą do urzędu coś wychodzić albo rozpłaczą się przed kamerą i powiedzą: „Grozi mi pójście pod most”. Czują się odpowiedzialne za ognisko domowe. Potrafią też pójść do organizacji lokatorskiej i powiedzieć: „Nie radzę sobie z sytuacją. Pomóżcie”.

Więc tak jak z innymi dziedzinami w Polsce dziś – jeśli dokona się jakaś rewolucja w prawie lokatorskim, to będzie to chyba dzięki kobietom.

Skąd pani się wzięła w Komitecie?

Na Erasmusie w Cardiff, prowincjonalnym brytyjskim uniwersytecie, zobaczyłam, że prawa człowieka nie są tam, w przeciwieństwie do studiów na Wydziale Prawa i Administracji UW, traktowane tak po macoszemu, tylko jak coś, co może się realnie przełożyć na sytuację ludzi, twoich sąsiadów. Mieszkałam wtedy na Pradze w Warszawie i wiedziałam, że ludzie dookoła mnie byli reprywatyzowani i nikt o tym nie mówił. Prawnicy się tym nie zajmowali, tylko kilku anarchistów. Pomyślałam więc, że może się na coś przydam. Byłam studentką, napisałam do pierwszego lepszego komitetu, czy nie szukają pomocy prawnej. I w życiu się nie spodziewałam, że w ogóle ten temat kiedyś wypłynie. Zastanawiałam się, co się musi stać, żeby ludzi zaczęło szokować to, że tysiące osób jest pozbawianych dachu nad głową. Co zrobić, aby ludzie dostrzegli, że to się dzieje. Bo w sumie jest to niewidzialny proces. Kamienice w mieście pięknieją, nikt nie leży na ulicy, nikt nie krzyczy – tak jakby ci ludzie rozpływali się w powietrzu.

Głośno zrobiło się wtedy, gdy reprywatyzowano kawałek parkingu w centrum Warszawy za 100 mln – to przemówiło do ludzi. Bo śmierć Jolanty Brzeskiej jakoś specjalnie nie sprawiła, że nagle pomyśleliśmy, że ta reprywatyzacja może zabijać. Gdy zaczynałam się tym zajmować, nie sądziłam, że dojdziemy do takiego punktu, w którym o reprywatyzacji tyle się będzie mówiło. To daje nadzieję.

Beata Siemieniako – prawniczka i aktywistka związana z Komitetem Obrony Praw Lokatorów. Pisze książkę o reprywatyzacji i problemach lokatorów w Polsce, która wyjdzie jesienią nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej