Aleksandra Krasowska jest nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów" 2017.

Zagłosuj na Superbohaterkę 2017 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Aleksandra Krasowska – dr n. med., psychiatra, specjalizuje się w seksuologii. Członek zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej. Autorka licznych opracowań naukowych w dziedzinie psychiatrii i seksuologii

Miarka się przebrała?

Owszem.

Ma pani dosyć.

Nie tylko ja, wielu lekarzy w Polsce.

Zbuntowaliście się.

Nie traktuję tego jako buntu. To nie jest działanie antysystemowe. Bardziej pomocowe. Mogę mówić w swoim imieniu.

Uznałam, że muszę zrobić coś jako lekarz. Nie mogę pozostać bierna, kiedy polskim kobietom ogranicza się dostęp do antykoncepcji awaryjnej.

Wiele z nich nie będzie mogło z niej teraz w ogóle skorzystać. Od 23 lipca nikt nie kupi już ellaOne bez recepty.

„Wystawiam recepty na pigułki 'dzień po' (choć uważam, że powinny być za darmo i bez recepty). Do czasu stabilizacji sytuacji kobiet w kraju takie recepty wystawiam w ramach praktyki prywatnej, ale pro publico bono” – ogłosiła pani na Facebooku. Kobiety, które przychodzą do pani po receptę na pigułkę ellaOne, nie płacą za wizytę. W pani ślady poszło kilkudziesięciu lekarzy z całej Polski.

Antykoncepcja awaryjna z samej definicji jest taką, której przyjęcie zależy od czasu – im wcześniej zostanie przyjęta, tym większa szansa, że zadziała skutecznie i zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Dobrze wiemy, że dostęp do państwowego lekarza w dniu, w którym potrzebujemy wizyty, nie jest łatwy. Są kolejki, zapisy. Jeśli chodzi o przyjęcie tabletki „dzień po”, liczy się każda godzina.

Nie wiemy też, czy lekarz, do którego trafimy, w ogóle wypisze receptę. Konstanty Radziwiłł by nie wypisał.

Konstanty Radziwiłł powiedział, że nie wypisałby antykoncepcji awaryjnej nawet zgwałconej dziewczynce. Nie pozwalałaby mu na to klauzula sumienia. Ja nie miałabym sumienia wypuścić takiej dziewczynki bez recepty. Klauzula stawia jego sumienie nad dobrem pacjentki. Dla mnie idea bycia lekarzem jest inna.

Jaka?

Dobro pacjenta ponad moje przekonania. Nie potrafię słuchać ze spokojem, że kobieta zgwałcona nie otrzyma recepty na pigułkę „dzień po”. Przecież w takiej sytuacji nawet aborcja jest legalna. Jeśli nie przyjmie ellaOne, co się stanie? Zajdzie w ciążę? I według przeciwników aborcji nastąpi „to najgorsze” – dokona aborcji, dodajmy: aborcji zgodnej z prawem. Tak naprawdę każdy przeciwnik aborcji powinien być zwolennikiem antykoncepcji awaryjnej.

Jesteśmy równie mądre i rozsądne jak Czeszki, Niemki i Holenderki, które tabletkę "po" mogą dostać w drogeriach

Dużo kobiet się do pani zgłasza?

Piszą z całej Polski. Kobiety zaczęły wysyłać do mnie wiadomości już pierwszego dnia, kiedy umieściłam post. Nie spodziewałam się takiego odzewu. To oznacza, że szukają pewnych, sprawdzonych lekarzy, którzy im pomogą.

Każdy lekarz ma prawo wypisać receptę na pigułkę „dzień po”?

Absolutnie każdy.

Nie jest to lek, którego wypisanie jest zarezerwowane wyłącznie dla lekarzy ginekologów. To może być internista, lekarz rodzinny, to może być też lekarz pracujący w nocnej pomocy lekarskiej.

Czy wypiszą, to inna kwestia. Ale powinni.

Wie pani, ja się boję jeszcze czegoś.

Czego?

Że kobiety zaczną szukać pigułki „dzień po” na własną rękę.

Gdzie?

W internecie. EllaOne sama w sobie nie jest tania – kosztuje ok. 100 zł. Jeżeli pacjentka nie dostanie się do lekarza państwowego, będzie musiała odbyć wizytę prywatną. Dochodzą więc dodatkowe koszty – razem robi się już 250, nawet 300 zł. To sporo, dla niektórych kobiet suma nie do przeskoczenia. Myślę zwłaszcza o tych biedniejszych, które liczą każdą złotówkę, by związać koniec z końcem.

Kobiety zaczną więc sięgać do źródeł, które nie są bezpieczne. Wszyscy wiemy, że dostęp do leków przez internet jest dzisiaj bardzo prosty. Nawet nie leków, nie używajmy tego słowa – preparatów! Bo nigdy nie wiadomo, jaki jest skład tego, co zamawiamy online. To nie musi być wcale pigułka „dzień po”. Ktoś może sprzedać pod taką nazwą wszystko. Jedyną bezpieczną drogą jest zakup w aptece.

Będzie kwitło podziemie farmaceutyczne?

Już kwitnie. Dlatego chcę zapobiec masowemu kupowaniu preparatów z nieznanych źródeł. Postanowiłam zorganizować lekarzy różnych specjalności. Zaproponowałam, byśmy stworzyli grupę osób, która ułatwi kobietom dostęp do antykoncepcji awaryjnej. Założyłam razem z nimi forum Lekarze Kobietom. Każda pacjentka, która potrzebuje pomocy, może do nas napisać.

Co to za lekarze?

Bardzo różni. Ortopedzi, neonatolodzy, ginekolodzy, mężczyźni, kobiety, od bardzo młodych studentów medycyny, którzy jeszcze nie praktykują, ale już mogą wesprzeć nas w działaniach edukacyjnych, po bardzo doświadczonych, którzy od lat przyjmują pacjentki.

„W czasach, gdy głos przedstawicieli medyków (lekarze i farmaceuci) uznających klauzulę sumienia (ich prawo, nie oceniam) jako argument przeciwko dostępowi do antykoncepcji awaryjnej jest tak wyraźny i głośny, obraz naszego środowiska staje się całkowicie zafałszowany” – napisała pani.

Większość z nas posługuje się wiedzą medyczną, a nie przesłankami światopoglądowymi.

Kilka tysięcy lekarzy w Polsce podpisało jednak deklarację wiary.

To nadal niewielka grupa lekarzy w tym kraju. Większość moich kolegów się z nimi nie zgadza. Sama nigdy nie podpisałabym czegoś podobnego. Ja i moi koledzy na pierwszym miejscu stawiamy wiedzę medyczną, badania naukowe, edukację seksualną. Deklarację wiary podpisało ok. 3 tys. lekarzy. W Polsce jest jednak ponad 120 tys. lekarzy. Ci zdeklarowani religijnie to naprawdę mała grupa.

Ale bardzo głośna.

Przede wszystkim mocno kontrowersyjna, dlatego mówi się o niej w sposób medialny. Nie utożsamiam się z takim podejściem i mam poczucie niesprawiedliwości, kiedy wszystkich lekarzy wrzuca się do jednego worka. Dlatego liczę na nasze środowisko. Wierzę, że my również przebijemy się z tym, co robimy.

Zależy mi na tym, by dotrzeć do lekarzy z mniejszych miejscowości. W większych miastach dostęp do antykoncepcji awaryjnej będzie zachowany, bo jest więcej lekarzy, także takich, którzy bez oporu i problemów taką antykoncepcję przepiszą. Dla kobiety, która mieszka w powiatowym miasteczku albo gdzieś na wsi, ten dostęp może być trudniejszy. Lekarzy jest tam po prostu mniej – czy prywatnych, czy państwowych. Dlatego potrzebna jest siatka pomocowa.

Siedziała przy biurku jak matrona, na jej piersi wisiał wielki złoty krzyż. Już pożegnałam się z receptą na antykoncepcję [LIST]

Na czym będzie polegała ta pomoc?

Kobiety, które do nas napiszą, zostaną poproszone o zgłoszenie się na wizytę. W Polsce prawo nie pozwala na wysyłanie recepty pocztą, a my działamy legalnie, w granicach prawa. Trzeba założyć dokumentację medyczną, przeprowadzić wywiad z pacjentką. Musimy się spotkać, tylko wtedy możemy wypisać receptę, oczywiście przy uwzględnieniu przeciwwskazań i działań ubocznych. Chcemy się skupić na kompleksowej pomocy, nie tylko na wystawianiu recept.

Ochrona zdrowia jest zaniedbywana nie tylko teraz – to temat, który odpuszcza każda ekipa rządząca. Odpowiedzialność w tej sytuacji przerzuca się na lekarzy – w tej chwili to my się głowimy, jak zapewnić tym kobietom dostęp do antykoncepcji. Przecież one potrzebują bezpieczeństwa. Poza tym chcą uprawiać radosny, spokojny seks, również wtedy, kiedy mają dni płodne. I chcą uprawiać seks w taki sposób – czy to się komuś podoba, czy nie – by nie zajść w ciążę. Będziemy udzielać więc różnego rodzaju porad, wręczać przygotowaną przez nas kartkę informacyjną o tym, o co jeszcze zadbać. Pamiętajmy, że niezabezpieczony stosunek to też kwestia chorób przenoszonych drogą płciową. Będziemy także przekazywać informacje, gdzie szukać pomocy, jeśli doszło do przemocy seksualnej.

Pacjentki nie boją się tego, co z nimi będzie?

Są przestraszone.

Kobiety, które do mnie piszą, chcą wiedzieć, co zrobić, jeśli lekarz odmówi im recepty, gdzie mają szukać pomocy. Pojawia się bardzo dużo pytań o symptomy ciąży, o to, jak rozpoznać, że doszło do zapłodnienia. Ciągle mamy problem z edukacją seksualną.

O tym lęku przed zajściem w ciążę mówię też dlatego, że pracuję jako terapeutka z pacjentkami i ten temat bardzo często wraca. Młoda kobieta, która się uczy, zaczyna pracę, która przez całe życie była wychowywana w poczuciu zagrożenia, której nieustannie powtarzano: „Jeśli cokolwiek robisz, rób to tak, żeby nie zajść w ciążę”, podejmuje potem aktywność seksualną pełna obaw – i jeszcze ma ograniczony dostęp do antykoncepcji, więc ten lęk będzie się potęgował.

Kobiety przeraża sytuacja w kraju. Uważają, że to, co się dzieje wokół praw reprodukcyjnych, zagraża ich swobodzie. Dla nich to opresja. Argumenty polityków, że dostęp do antykoncepcji awaryjnej ogranicza się ze względów bezpieczeństwa, nie trafiają do kobiet.

Prawicowi politycy straszyli, że nastolatki będą łykały jedną tabletkę za drugą.

Tak, bali się, że dziewczynki będą brały te tabletki w sposób nieograniczony. Tymczasem badania (Millward Brown, 2016) pokazują, że tylko 2 proc. korzystających z ellaOne to nastolatki.

Żadna nie zjadała tych pigułek jak cukierków.

Byłyby to bardzo drogie cukierki. Kobietom, z którymi rozmawiałam, nie chodzi o przyjmowanie tabletek w sposób częsty, wielokrotny. Chcą mieć tylko pewność, że jeśli coś się wydarzy, będą miały wyjście.

Biznes antykoncepcyjny w Polsce nie padnie. Nastolatki nie łykają tabletek ellaOne jak dropsów

EllaOne krótko była w Polsce bez recepty.

Dwa lata. Ale szybko przyjęła się w świadomości społecznej. Dawała poczucie bezpieczeństwa. To było bardzo potrzebne.

„Nie chce zajść w ciążę, niech nie uprawia seksu”. Słyszała to pani? Tak mówią prawicowi politycy.

To samo można powiedzieć przecież mężczyznom. Czekam, aż wprowadzimy prezerwatywę na receptę. Bądźmy konsekwentni.

Viagra jest bez recepty, ketonal, silny lek przeciwbólowy, ma być wkrótce bez recepty, a ellaOne – na receptę. To absurd.

Dlatego nie przekonuje mnie argumentacja, że chodzi o kwestię bezpieczeństwa. To działanie podyktowane kwestiami światopoglądowymi. Wierzę jednak, że lekarze, którzy się z tym nie zgadzają, staną na wysokości zadania.

Antykoncepcja na receptę, lek na erekcję - bez. A skutki uboczne dużo groźniejsze. "Mężczyzna nie przedawkuje"

Próbuje pani odbudować wizerunek środowiska?

Trochę tak. W mediach mówi się wyłącznie o ginekologach, którzy odmawiają pomocy. Próbuję pokazać, że jest wielu przyzwoitych praktyków, którzy zachowują się inaczej. Mam pewien dyskomfort, że lekarzy przedstawia się głównie w negatywny sposób. Spotkałam się nawet ze sformułowaniem w prasie, że kobiety zostały wręcz „zdradzone przez lekarzy”. To bardzo mocne. Mnie osobiście sprawia dużą przykrość. Nasza akcja pokazuje, że lekarze nie są przeciwko kobietom, staramy się im pomagać na różne sposoby, tak jak potrafimy. Jeżeli nasza mobilizacja choć odrobinę wpłynie na to, że kobiety z większym zaufaniem popatrzą na lekarzy, to już dlatego warto było się zaktywizować. Nie chciałabym, by kobiety czuły lęk przed wizytą u lekarza.

Powinny wiedzieć, kto je przyjmuje i jaki ma światopogląd.

Taka informacja powinna się pojawić już na poziomie rejestracji. Jeśli lekarz nie wypisuje antykoncepcji, powinien zaznaczyć to w specjalnym oświadczeniu złożonym u kierownika ośrodka, w którym pracuje. W uzasadnieniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2015 roku wyraźnie podkreślono, że nie jest możliwe „jednoczesne skorzystanie z klauzuli sumienia i zachowanie w tajemnicy faktu, że lekarz z niej korzysta”. Myślę podobnie jak większość społeczeństwa – dla mnie to nie do pojęcia, że ktoś idzie na wizytę, czasem prywatnie, i dowiaduje się, że nie dostanie recepty, bo lekarz ma taki, a nie inny światopogląd. Jeśli lekarz nie wykonuje świadczeń medycznych w tym zakresie, pacjentka ma prawo o tym wiedzieć. Jeśli została zaskoczona, powinna moim zdaniem złożyć skargę u dyrektora przychodni.

Apteki pro-life? Na zdrowie, ale niech ta informacja będzie w pełni jawna [NOWAKOWSKA]

Czy nie bulwersuje pani język, jakim mówi się o pigułce „dzień po”? Przeciwnicy próbują wmówić kobietom, że to tabletka poronna.

To ich strategia. Przed nami cała batalia o język. Głównym mechanizmem działania ellaOne jest oczywiście opóźnienie owulacji. Nie ma to nic wspólnego z działaniem poronnym. A ostatnio usłyszałam w TV Republika, że to „pigułka śmierci”. Ten język zastanawia wielu lekarzy zajmujących się seksualnością człowieka. Okłada się ellaOne mitami, straszy skutkami ubocznymi. Posługiwanie się takimi sformułowaniami, nacechowanymi tak negatywnie i emocjonalnie, ma zwiększyć u kobiet poczucie winy.

I zawstydzić je.

Chcemy rozwiać mit, że lekarze będą mieli opory przed wypisywaniem recepty na pigułki „dzień po”. Nie będą ich mieli.

Trzeba apelować do kobiet, żeby w pierwszej kolejności zawsze szły na wizytę. Podkreślam jeszcze raz: nigdy internet. Nie kupujmy tam leków, nie edukujmy się w ten sposób.

Swoją drogą przeraża mnie, jak traktuje się w tym kraju edukację seksualną. Do tej pory przychodzą do mnie pacjentki, które nie są w stanie prawidłowo nazwać narządów płciowych. Mówią: „Tam na dole”. To samo mężczyźni. Używają sformułowania: „Przyszedłem w tej sprawie”.

Trudno się dziwić. W szkołach nie ma ani edukacji seksualnej, ani szans na nią.

Mało tego: na wielu studiach medycznych się tego nie uczy. Biologia człowieka jest ograniczana do narządów płciowych i do prokreacji. Nie ma aspektu związanego z przyjemnością, akceptacją, radością, intymnością. Nie ma aspektów związanych z realizacją potrzeb seksualnych. Takie tematy są na dodatkowych fakultetach z medycyny seksualnej, w programie uczelni medycznych nie uczy się np. o zaburzeniach erekcji, o orgazmach, o braku potrzeb. Lekarzy seksuologów, którzy zrobili specjalizację, jest w Polsce bardzo mało. To grupa ok. 200 osób. I niestety, będzie ich jeszcze mniej.

Czemu?

Rządzący usiłują właśnie zmniejszyć liczbę seksuologów w kraju. Planują zmiany w prawie. Dostęp do specjalizacji z seksuologii będą mieli wyłącznie psychiatrzy, których i tak jest niewielu. Do tej pory seksuologiem mógł być ginekolog, neurolog, internista lub psychiatra. Dziś najwięcej osób, które robią specjalizację z seksuologii, to ginekolodzy. Jeśli wejdą nowe zapisy, stracą do tego prawo. Polskie Towarzystwo Medycyny Seksualnej wyraziło swoje zaniepokojenie, liczymy na rozmowę z ministrem zdrowia, bo te zmiany spowodują zapaść w dziedzinie seksuologii. Ucierpią na tym pacjenci, zabraknie też biegłych opiniujących w sprawach karnych.

Polska szkoła seksu, czyli jak powiedzieć dziecku, skąd się wzięło, nie mówiąc o seksie

W jakim kierunku to zmierza? Jeśli nie mamy antykoncepcji, edukacji seksualnej, zabraknie seksuologów?

Bardzo niedobrym. I dla pacjentów, i dla lekarzy, którzy prawdopodobnie zaczną uciekać z kraju, żeby rozwijać się tam, gdzie będą takie możliwości. Jest sporo młodych lekarzy, którzy jeszcze wierzą, którzy walczą o poprawę funkcjonowania ochrony zdrowia. Szkoda by było ich stracić. Niewiele, niestety, się robi, by ich zatrzymać.

W Szwecji lekarz dostaje pensję o równowartości ok. 25 tys. zł.

Polscy lekarze często dostają takie oferty, ja także.

Nie chce pani wyjechać?

Nie chcę. Mnie tutaj trzyma rodzina, przyjaciele, ale też poczucie, że trzeba zrobić coś więcej.

Gdyby trafiła pani do idealnego świata, antykoncepcja byłaby tam...

Bez recepty, bezpłatna. Całkowicie refundowana.

Aborcja?

Ja nie jestem ginekologiem.

Ale jest pani kobietą.

Z przerażeniem patrzę na próby ograniczenia prawa do aborcji, na ten „konsensus”, który i tak jest bardzo restrykcyjny w porównaniu z innymi krajami na świecie. Jego zaostrzenie będzie bardzo niebezpieczne dla zdrowia kobiet.

Posłowie PiS szykują wniosek do Trybunału Konstytucyjnego. Chcą ograniczyć aborcję ze względu na uszkodzenie płodu. Do Sejmu trafił już projekt zakazu aborcji i antykoncepcji.

To przerażające. Ten kierunek wzmocni jedynie podziemie aborcyjne. Gdybym snuła paranoiczne fantazje, tobym uznała, że jakieś lobby z podziemia aborcyjnego wpłynęło na naszych rządzących, żeby podejmowali takie, a nie inne kroki. Aborcja dokonywana w warunkach szpitalnych jest po prostu bezpieczna. I jedną rzecz chcę podkreślić: aborcja nie jest działaniem obowiązkowym. Jest to wybór, a nie konieczność. Jeżeli ktoś ze względu światopoglądowego nie chce tego robić, niech nie robi. Żyjemy w kraju, gdzie wiele osób nie uznaje konserwatywnego światopoglądu i te osoby powinny mieć zagwarantowany wolny wybór.

Polki jadą po aborcję na Słowację

Lekarze protestują w „czarnym proteście”?

Protestują. Nie składamy parasolek. Wielu z nas było na demonstracji, wielu pewnie jeszcze pójdzie.

Wie pani, ja do ostatniego momentu liczyłam na to, że prezydent nie podpisze wprowadzenia recepty na ellaOne. Mimo poprzednich doświadczeń wierzyłam, że uzna apele Amnesty International. Łudziłam się. Podobnie zresztą z Konstantym Radziwiłłem. Kiedy został ministrem zdrowia, wielu z nas, lekarzy, patrzyło na niego z nadzieją. Bartosz Arłukowicz miał trudności w kontaktach z lekarzami, a Konstanty Radziwiłł jawił się jako osoba walcząca o godne warunki pracy dla lekarzy. Jasno mówił, że trzeba zwiększyć nakłady na ochronę zdrowia. Miałam poczucie, że to jest osoba, która być może nie zawiedzie. Że można dać mu kredyt zaufania. Myliłam się.

Czarny Protest. Andrzej Leder: Sprawa Natalii Przybysz ujawniła konflikt klasowy

Polskę obowiązuje Powszechna Deklaracja Praw Seksualnych. Minister zdrowia chyba o tym wie.

Tak, to jest dokument, który uzyskał akredytację WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) i obowiązuje również nas. Nie ma jednak mocy prawnej. Jest to deklaracja, którą jako lekarze powinniśmy uznawać i się do niej stosować. Zawiera z punktu widzenia praw człowieka bardzo ważne zapisy i chociażby z tego względu powinna być przez lekarzy przestrzegana.

Jakie?

To prawo do wyczerpującej edukacji seksualnej, prawo do swobodnego korzystania z rzetelnej i dostępnej wiedzy opartej na faktach, dowodach naukowych. To dostęp do środków antykoncepcyjnych – obok prawa do równości, godności oraz seksualnej opieki zdrowotnej. To wszystko zaliczane jest do fundamentalnych praw każdego człowieka. Pamiętajmy więc, że w walce o antykoncepcję awaryjną chodzi nie tylko o samą pigułkę „dzień po”, ale o coś więcej: chodzi o prawa człowieka.