Wiola Smul jest nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów" 2017.

Zagłosuj na Superbohaterkę 2017 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Jest 8 czerwca, wisisz dziewięć metrów nad ziemią na specjalnej konstrukcji rozpiętej nad łapą harvestera. Blokujesz wycinkę Puszczy.

Przyjechaliśmy rano na parking maszyn. Operatorzy zaczynają pracę o szóstej, musieliśmy być przed nimi. Postawiliśmy dwa trójnogi blokujące sprzęt do wycinki lasu – jeden przy forwarderze, drugi nad harvesterem. Gdy operatorzy maszyn przyjechali, by rozpocząć pracę, już blokowaliśmy cały sprzęt. Było ich sześciu. Jeden od początku bardzo agresywny, niemiły. Dość szybko pojawiła się też straż leśna, później policja. Zapadła decyzja, że będą nas usuwać.

Siłą?

Tak. Z góry miałam dobry widok. Widziałam, jak grupa policjantów podeszła do tej drugiej maszyny. Blokowało ją dwóch chłopaków wpiętych przedramionami w specjalną tubę uniemożliwiającą ich rozdzielenie. Policjanci zaczęli ciągnąć jednego z nich, co groziło wyłamaniem ich nadgarstków, więc się wypięli. Funkcjonariusze przeszli do szarpania się z ludźmi, którzy prowadzili blokadę pod moim trójnogiem. I wtedy naprawdę przeżyłam chwile grozy.

Bo?

Chyba zapomnieli, że na konstrukcji, która cała się chybotała pod ich naporem, ktoś siedzi. Krzyczałam do nich, żeby przestali. Ludzie na dole wołali, żeby uważali, że na górze jest dziewczyna. Reakcja policji była bardzo stanowcza, widać, że dostali zdecydowany rozkaz, że mają się nas pozbyć. Ponoć minister Szyszko miał w tym czasie odwiedzić Białowieżę. Tymczasem policjanci powinni chronić także protestujących. Podczas wcześniejszych akcji nie używano takiej siły. Wreszcie zaczęły do nich docierać argumenty, że jeśli przewrócą konstrukcję, zranią wiele osób – nie tylko uczestników protestu, ale także funkcjonariuszy i straż leśną.

Bałaś się?

Tak, w pewnym momencie byłam przerażona. Jeden z operatorów maszyn, mimo że byli przykuci do nich ludzie, został wpuszczony do kabiny harvestera i odpalił silnik. Pomyślałam, że zaraz ruszy. Policja nie zareagowała. Kolejny moment, który mnie zestresował, to ten, w którym operatorzy zaczęli, na oczach policji, demontaż mojej konstrukcji od dołu.

A potem zaczęła się szarpanina na wysokości z policją. Zarejestrowały to kamery.

Nie. Wcześniej weszli negocjatorzy. Ponad godzinę rozmawialiśmy na górze.

Pytali, dlaczego tu wisisz?

Tak. Więc im opowiedziałam całą historię. Że jestem tu dla Puszczy.

Czyli?

Że przekroczono granicę, której przekraczać nie można – przeprowadzono wycinkę w ponadstuletnich drzewostanach. Że zostało złamane prawo polskie i unijne. Że brakuje odpowiedniej kontroli, wycinkę ukrywa się pod pretekstem zakazu wstępu do lasu ze względu na zagrożenie dla turystów. A jeśli wejdziesz do lasu, zobaczysz zręby, które wyglądają makabrycznie. Nasza blokada miała umożliwić wejście na te obszary naukowcom, którzy mogliby ocenić, czy wycinka prowadzona jest prawidłowo, czy nie są wycinane drzewa, w których od dawna nie ma już kornika, lub czy nie giną przy okazji gatunki chronione. Niestety, gdy ekolodzy coś mówią, nie wszyscy im wierzą. Dlatego zależało nam, by wycinkę zaopiniowały osoby z zewnątrz, obiektywne i niezależne – naukowcy znający się na tej tematyce najlepiej. Na nasz apel odpowiedziało kilku naukowców, m.in. prof. Kowalczyk z Instytut Badań Ssaków PAN, prof. Walankiewicz i prof. Czeszczewik z Instytutu Biologii UPH w Siedlcach, prof. Wesołowski z Pracowni Biologii Lasu Uniwersytetu Wrocławskiego.

Ale nie weszli.

Nie zostali wpuszczeni przez straż leśną. To naruszenie prawa. Naukowcy mają prawo wchodzić do Puszczy, mają jedynie obowiązek poinformować o tym nadleśniczego.

Chcesz bronić Puszczy Białowieskiej? Wajrak radzi, jak działać i od czego zacząć

O czym jeszcze rozmawiałaś?

Negocjatorzy przytoczyli argument leśników, że drzewa zżera kornik. Na to ja, że gradacja kornika, o której się mówi, jest przykrywką dla Lasów Państwowych i nieprawdą jest, że wycinka chroni Puszczę. Każdy, kto wejdzie na zrąb, gdzie wjechały harvestery i forwardery, zobaczy, że obszar jest doszczętnie zniszczony, nawet ściółka leśna. Nie ma mowy o żadnej ochronie. W dodatku wycinane świerki to w dużej części drzewa całkowicie uschnięte, tzw. posusz jałowy, w których kornik już dawno nie urzęduje. Więc jaka to jest ochrona Puszczy?

Czyli co?

Mniemam, że stoi za tym interes finansowy. Jeśli leśnicy dostali zielone światło od ministra Szyszki do zwiększenia wycinki, to z tego korzystają. Jest jeszcze jeden aspekt całej tej sprawy. Mówi się, że my, ekolodzy, chcemy zabrać pracę lokalnej ludności. To nieprawda. To Lasy Państwowe zabierają pracę lokalnym pilarzom, bo taka maszyna jak harvester wycina około 200 drzew dziennie. W porównaniu z pracą brygady pilarzy efektywność tej maszyny jest po prostu miażdżąca. Maszyny i operatorzy nie są stąd. Dodatkowo, jeśli chodzi o liczbę osób utrzymujących się z lasu, jest ich około 120 – leśników, strażników leśnych i pilarzy. Tymczasem większość osób w regionie utrzymuje się z turystyki. Z tego, że ludzie przyjeżdżają zobaczyć dziką Puszczę. Prowadząc wycinkę, zamykając lasy, niszczy się turystykę. Wspiera nas bardzo wielu ludzi lokalnych, którzy są źli. Ich obroty realnie zmalały. Trudno się dziwić turystom, że nie przyjeżdżają, skoro nie mogą wejść do lasu. Przecież jeszcze niedawno nadleśnictwo Białowieża było całkowicie zamknięte. Część tamtejszych szlaków już otwarto, ale zanim zaczęliśmy naciskać, las był zamknięty, można było wejść jedynie na trzygodzinną wycieczkę do parku narodowego. Zatem argumenty o ratowaniu Puszczy to po prostu ogromne kłamstwo.

I co oni na to?

Pytali dalej o kornika. Mówiłam więc o tym, że świerk jest gatunkiem bardziej z rejonów północnych. Świadczy o tym jego system korzeniowy, jest bardzo podatny na wahania poziomu wód gruntowych. Gdy są one obniżone, ulega osłabieniu. Prawda jest taka, że jeżeli świerki są zdrowe i silne, kornik nie jest w stanie ich zniszczyć. Pod wpływem kornika padają jedynie osłabione drzewa.

Jeśli spojrzeć na historię całej Puszczy Białowieskiej, gradacja kornika czy wycofywanie się świerka to naturalne procesy. To oczywista sprawa, że są okresy, kiedy jakiś gatunek dominuje, a potem zanika. Można pójść przecież do rezerwatu ścisłego, w który człowiek nie ingeruje, i zobaczyć, że las pozostawiony sam sobie bardzo dobrze bez człowieka funkcjonuje.

Chronić las czy drewno? Cała prawda o korniku

Niektórzy dziś mówią, że Puszcza Białowieska sobie z tym kornikiem nie poradzi.

To absurd. Przez tysiące lat radziła sobie, zachowując cudowną bioróżnorodność. A wiesz, jak człowiek ratuje lasy? Wystarczy przejść się po lasach gospodarczych w Polsce, tzw. plantacjach, gdzie występuje jeden, dwa czy trzy gatunki drzew. To sztuczny las. Dwa miesiące temu byłam nawet na imprezie, którą nazwano „odnawianiem” Puszczy Białowieskiej. Najpierw wycięto wszystko w pień. Potem postawiono tablicę, na której napisano, że leśnicy od wielu lat zajmują się lasem i dbają o to, by stare drzewostany zastępować nowymi. Posadzili tam sadzonki drzew, które teraz znajdują się za płotem i będą sobie rosły. Tylko że to nie będzie już taki las jak naturalna puszcza. To będzie taki las, jaki widzimy w całej Polsce. Leśnicy chwalili się, że wybrali określone gatunki drzew i nie będą sadzić ich w równych liniach. To była wielka „innowacja”, z której byli bardzo dumni.

Więc niby będzie bioróżnorodność.

Trzeba pamiętać, że są to gatunki wyhodowane w szkółkach, nie naturalne drzewa. Będą rosły prosto. Na tym polega właśnie cudowność Puszczy Białowieskiej, że możesz spotkać poskręcane drzewo. To, że drzewa się skręcają, pomaga im utrzymać się przy silnych wiatrach. Można też spotkać drzewa, które wyglądają tak, jakby były na szczudłach, bo ich nasiona wyrosły na kłodzie martwego drzewa, które upadło, a następnie się rozłożyło. W lasach gospodarczych nie znajdziemy krzywych, skręconych, sędziwych, a przez to tak ciekawych drzew. Tam wybiera się takie cechy, które sprawiają, że drzewo rośnie prosto i będzie dobrym surowcem.

To samo dotyczy zachowania zwierząt. Do Puszczy przyjeżdżają naukowcy z całego świata, by się dowiedzieć, jak zwierzęta zachowują się w naturalnym środowisku. To ostatnie takie miejsce na Niżu Europejskim. Procesy, które tu zachodzą, są głęboko połączone – to, że wycinamy w jednym obszarze, może mieć wpływ na miejsca, które znajdują się dalej. Jeden gatunek zależy od drugiego. W obumarłych świerkach jest ogrom życia. Korzystają z nich grzyby, owady, ptaki. To właśnie w nich nasz wyjątkowy dzięcioł trójpalczasty robi swoje dziuple.

Puszcza Białowieska. Szyszko niszczy polską przyrodę jak nikt w niepodległej Polsce

I to wszystko powiedziałaś negocjatorom, wisząc dziewięć metrów nad ziemią? O dzięciole trójpalczastym też?

Tak.

Przekonałaś ich?

Trudno powiedzieć. Miałam już wcześniej styczność z negocjatorami. Tych dwóch panów mówiło, że rozumieją wszystkie moje argumenty i że mówię sensownie, ale że ich zadaniem jest sprowadzenie mnie na dół. I pytali, jakie stawiam warunki. Więc powiedziałam, że naszymi warunkami są: zaprzestanie wycinki do niedzieli i wpuszczenie naukowców, by mogli zrobić badania. Nie spotkało się to z pozytywnym odzewem ze strony nadleśniczego. Więc wezwano dwóch innych funkcjonariuszy – z sekcji wysokościowej.

I to była ta szarpanina, którą obejrzeli ludzie w transmisji.

Ich zadaniem było mnie ściągnąć. Moim – jak najdłużej tam zostać. Ostrzegłam ich chyba pięć razy, że moja konstrukcja przeznaczona jest na jedną osobę. Jeden z nich powiedział, że jest tu po to, aby zapewnić mi bezpieczeństwo. Ja: „Zarówno pan, jak i ja wiemy, że jestem tu bezpieczna i nie ma takiej potrzeby, aby pan mnie ratował. Powód jest zupełnie inny”. Powiedziałam mu też: „Nie musi pan tego robić”. On – że musi, bo dostał rozkaz. W końcu wyciągnęłam nóż wspinaczkowy i powiedziałam mu, żeby był zabezpieczony cały czas z drugiej strony, bo jeśli naprawdę wepnie się w mój system, to ja mu tę linę odetnę, żeby chronić moje i jego życie. Dopiero wtedy zrozumiał, że to nie blef.

Traktowali cię pobłażliwie, bo jesteś dziewczyną?

Nie. Myślę, że nie do końca wiedzieli, jak mają mnie ściągnąć. Jeden z nich był zdenerwowany, ręce mu latały. Zapomniał, że nie zablokował przyrządu zjazdowego. Zobaczyłam, że naraża swoje życie, więc powiedziałam, żeby najpierw siebie zabezpieczył, a dopiero potem się mną zajął. A wtedy zjadę już z nim. Nie chciałam używać siły. To oni agresywnie do nas podchodzili. W pewnym momencie policjant zaczął mnie podduszać. Powiedziałam, że mnie to boli. Przerwał. Czułam, że i tak więcej nie ugram. Zjechaliśmy. Policja na dole od razu mnie przejęła i zabrała do karetki. Taka jest procedura. Zrobili mi podstawowe badania – cukier, ciśnienie. I mogłam opuścić pojazd.

Dostałaś mandat?

Wszyscy zostali spisani, zobaczymy, co przyjdzie pocztą. Każda sprawa układa się inaczej. Mam to szczęście, że nie mam jeszcze nic w papierach. Wszystkie sprawy związane z akcjami na rzecz ochrony środowiska zawsze kończyły się dla mnie w sądach uniewinnieniem lub umorzeniem z powodu wyższego celu. Na szczęście zawsze miałam świetną pomoc prawną. Gdyby jednak skończyło się skazaniem, cóż, nie przejmuję się tym bardzo. Wartości, które wyznaję, są tego warte.

To akt nieposłuszeństwa obywatelskiego. Akcja jest nielegalna.

Nielegalne jest to, co dzieje się w Puszczy Białowieskiej. Śmiało mogę powiedzieć, że robię to w imię wyższego dobra. To jest ostatni naturalny las nizinny nie tylko w Polsce, ale też w Europie. To nie jest tylko nasza lokalna sprawa. Puszcza Białowieska jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO. To nasz skarb, powinniśmy być z niej dumni, chronić ją, chuchać i dmuchać, zamiast ją wyniszczać i zmieniać w las gospodarczy.

Wszystkie osoby, które twierdzą, że jesteśmy oszołomami i martwimy się o jakieś roślinki, zapraszam, żeby zobaczyły, jakim cudem jest Puszcza Białowieska, i zrozumiały, dlaczego warto ją chronić.

Wśród innych aktywistów i aktywistek jesteś znana ze słynnej już akcji w Londynie w 2013 roku. Weszłaś z międzynarodową ekipą kobiecą na najwyższy budynek Europy, ponad 300-metrowy The Shard, by sprzeciwić się odwiertom, które koncern paliwowy Shell chciał robić w Arktyce.

To była podobna sprawa. Arktyka to obszar unikatowy, jeden z nielicznych terenów niezniszczonych działalnością człowieka. Greenpeace apelował do Shella, by zaprzestać, bo wiercenie tam grozi katastrofą ekologiczną. Bezskutecznie. Takie akcje bezpośrednie jak ta w Londynie czy teraz w Puszczy są ostatecznym narzędziem. Jeśli rozmowy nie pomagają, trzeba skorzystać z nacisku publicznego, medialnego. I tamta akcja miała właśnie ten cel – żeby powiadomić jak najszerszą liczbę osób o tym, co się dzieje w Arktyce. Weszłam więc na budynek, który wygląda jak wielka góra lodowa, i powiesiłam flagę „Save the Arctic”.

Jak wygląda taka akcja?

Było nas sześć, pojechałyśmy na taras widokowy. Potajemnie zrobiłyśmy pomiary. Do akcji potrzebny był specjalnie zaprojektowany sprzęt, haki i podesty. Wspinały się same dziewczyny, w mojej grupie ja prowadziłam. 15 godzin. Prawie od początku miałyśmy problemy z komunikacją. Nikt się nie spodziewał, że w centrum Londynu, na najwyższym budynku w Europie nie będzie zasięgu telefonów. Sam budynek na pewnej wysokości zaczyna się też delikatnie zakrzywiać, więc nie widziałyśmy się przez długi czas. Czasem czekałam godzinę, nie wiedząc, co się dzieje. Zejście nie wchodziło w grę. Przecież nie mogłam się wycofać.

Szef ekipy wspinaczy, która miała was zablokować, odmówił wykonania rozkazu.

Zrobił to, kiedy usłyszał, dlaczego się wspinamy. Na groźbę swojego przełożonego, że zostanie zwolniony, oświadczył, że w takim razie zwalnia się sam. Miał nas wciągnąć przez okno, obok którego przechodziłyśmy. Zamiast tego dołączył do grupy dopingującej nas na dole. Po tym już nikt nie chciał nas blokować. W pewnym momencie od jednego z chłopaków z wysokościówki dostałam nawet butelkę wody. Moje zapasy skończyły się na ostatnim etapie wspinaczki. Nagle usłyszałam słowa po polsku: „Wszyscy pod wrażeniem, szacun”. Widok Londynu ze szczytu był niewiarygodny.

Po zejściu byłam już tak zmęczona, że pierwszą myślą, gdy weszłam w asyście policji do wnętrza budynku, było: czy mogę już usiąść. Byłam tak zmęczona, że cieszyłam się, że trafię do aresztu. Zatrzymano nas na 24 godziny.

Co było najtrudniejsze po drodze?

Sikanie. 15 godzin wspinaczki, a dookoła ludzie machający do nas przez okna. Miałyśmy specjalne lejki, ale brak prywatności był najgorszy. W pewnej chwili wiedziałam, że nie pójdę już dalej, jeśli tego nie zrobię. Wyprosiłam więc osoby z poziomu, na którym się znajdowałyśmy. Na szczęście mnie zrozumieli i zniknęli. Byłam przekonana, że „rynna”, do której wszystko spływa, jest szczelna. okazało się, że jednak nie. Gdy skończyłam, dziewczyny pode mną zaczęły się śmiać. Wszystko leciało na nie, ale nie chciały nic mówić, bo cieszyły się, że udało mi się wysikać.

Gdy policja wywoziła nas autem, zdziwił mnie ogromny tłum. Ledwo udało się nam przejechać. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego przyszło aż tylu ludzi. Dopiero w areszcie prawnik przyniósł nam gazety. Byłyśmy na okładkach i pierwszych stronach, wszędzie. Okazało się, że była to najbardziej medialna akcja Greenpeace w historii. Informacja poszła na cały świat. Nikt się tego nie spodziewał.

Zaczęłaś się wspinać już w Greenpeace, bo chciałaś robić coś bardziej zdecydowanego niż rozdawanie ulotek?

Wspinaczka to mój żywioł, w tym się odnajduję. Robiłam dużo łagodniejszych protestów, ale wolę akcje bezpośrednie. Greenpeace trochę mięknie. To dobrze, bo to oznacza, że jest lepiej, ale nie zawsze dla mnie. Trudno mi odnaleźć się w bardziej pozytywnych akcjach, działaniach informacyjnych, edukacji itd. W Austrii, gdzie organizacje wywalczyły prawdziwą ochronę środowiska i świadomość ludzi w tym zakresie jest ogromna, już nikt nie planuje akcji bezpośrednich. Gdy to obserwuję, czasem zastanawiam się, jak to się dla mnie skończy, czy będzie dla mnie miejsce i czy będę potrzebna organizacji.

Podobno twoja mama odetchnęła z ulgą, jak cię przymknęli w Londynie.

Bo zna procedury i wiedziała, że teraz jestem już bezpieczna. Powiedziałam jej, że jadę na akcję, ale bez żadnych szczegółów. Kilka dni później przyszła do pracy i koleżanka powiedziała jej, że jej córka właśnie wspina się na najwyższy budynek Europy. Podczas pracy słuchała radia, a potem śledziła wejście na żywo w internecie.

Teraz, gdy jestem w Puszczy, rodzice bardzo mnie wspierają. Dzwonią, mówią, że widzieli mnie w telewizji i czy słyszałam, że Szyszko powiedział, żeby wykreślić Puszczę z listy UNESCO. Moja siostra również jest zaangażowana, wspiera nasze działania. Gdy byłam mała, najbardziej lubiłam biologię, a ona studiowała ochronę środowiska i edukowała mnie dodatkowo.

Czuję wsparcie od bliskich. Mój chłopak jest ze mną w Puszczy, też działa dla Greenpeace, rozumie, że kiedy mam wyjechać na akcję, mogę nie mieć chwili, by do niego zadzwonić.

Nie pierwszy raz walczysz o Puszczę – byłaś zaangażowana już w akcje „I Love Puszcza” sześć lat temu, za poprzedniej władzy.

O Puszczę walczymy już od dawna: o zakaz wycinek w rezerwatach, o zmniejszenie cięć w puszczańskich nadleśnictwach, w końcu – o objęcie jej całej ochroną w formie parku narodowego. Pierwsze dwa cele udało się osiągnąć w poprzednich latach i miałam nadzieję, że teraz już czas na park narodowy. Niestety, pojawił się minister Szyszko i umożliwił trzykrotnie wyższe limity cięć w nadleśnictwie Białowieża. Tak że znów musimy walczyć nie tylko o objęcie całej Puszczy parkiem, ale także o to, by jej nie wycięli, zanim tak się nie stanie.

Do Greenpeace dołączyłam zaraz po liceum. Ekologia zawsze była dla mnie ważna, już wtedy wspierałam akcje w obronie Doliny Rospudy, ale wtedy nie wiedziałam jeszcze, że mogę się gdzieś zgłosić, nie myślałam, że mogę się zaangażować i pomóc. Fundacja pozyskuje fundusze od osób indywidualnych. Byłam jedną z tych osób, które chodzą po ulicach i szukają darczyńców. Pracowałam przez całe lato i dość szybko zdecydowałam, że chciałabym się bardziej zaangażować, że chciałabym walczyć i mieć realny wpływ na zmiany. Zostałam wolontariuszką i aktywistką fundacji.

Jakie to są zadania?

Zadań jest wiele, głównie związane z lokalnymi problemami. W roku 2012 robiliśmy happeningi z płynem Lugola w Poznaniu, gdy na Pomorzu miała powstać elektrownia atomowa. W tym samym roku wspieraliśmy protesty rolników z Wielkopolski przeciw odkrywkom węglowym, przy których drastycznie obniża się poziom wód gruntowych. Powiesiliśmy ogromny baner na budynku Ministerstwa Gospodarki: „Kopalnie odkrywkowe czarną dziurą polskiej gospodarki”. Dobrze to wspominam, bo interakcja z rolnikami była niesamowita – dziękowali nam wzruszeni, że ich wspieramy, że mają kogoś po swojej stronie.

Taka solidarność jest wspaniała. Tutaj, w Puszczy, przy ostatniej blokadzie lokalna społeczność przynosiła nam jedzenie – zupę, pierogi. Aga, dziewczyna z Puszczy, przyjechała, rozłożyła koce, przyniosła świeże bułki, szynkę sojową, ogórki. Wprowadziła w tych stresujących okolicznościach moment oddechu, można było pierwszy raz od długiego czasu odpocząć, psychicznie się zresetować.

Dlaczego te akcje są takie ważne?

Bo widzę realne zmiany. W Arktyce nie są prowadzone odwierty. Tak samo w przypadku obozu atomowego. Ruch był tak ogromny, że władze zrezygnowały z elektrowni atomowej.

Jestem po technologii drewna, projektowałam meble, korzystam z rzeczy drewnianych, z technologii, mam telefon, samochód. Ale chodzi o to, że są pewne obszary warte ochrony, których nie możemy poświęcać, bo jesteśmy chciwi, bo są tam ropa czy drewno, na których można zarobić. Ropa się kiedyś skończy. Zacznijmy więc już teraz rozwijać technologie odnawialne, które i tak w przyszłości będą nam potrzebne. Dewastacja takich terenów jak Puszcza Białowieska czy Arktyka to rzeczy dla mnie całkowicie niezrozumiałe.

Wiele osób myśli podobnie, ale nie ryzykuje życia dla tych idei.

Ja nie ryzykuję życia. Akcja z policją, która napierała na konstrukcję, była jedynym niebezpiecznym momentem. Poza tym zawsze jestem zabezpieczona. Gdy wchodziłam na The Shard, w mediach pojawiła się informacja, że ostatnie kilka metrów pokonałam bez zabezpieczenia. Bzdura. Nie narażałabym życia. Znam dobrze sprzęt, znam swoje umiejętności i wiem, jak to robić.

Tak wygląda twoje życie na co dzień?

Nie, skąd. Mam firmę, pracę. Ale po studiach stwierdziłam, że nie nadaję się do pracy biurowej od poniedziałku do piątku, i założyłam działalność gospodarczą – prace na wysokości. Prowadzę też szkolenia wspinaczkowe w Polsce i za granicą. Ta praca daje mi swobodę – jeśli chcę gdzieś wyjechać, powspinać się lub na protest, to zaciskam zęby, pracuję intensywnie, żeby potem mieć wolne. Jestem w Puszczy już od miesiąca i zostaję jeszcze na kolejny tydzień. Bo to jest dla mnie teraz ważniejsze, najważniejsze. Zbliża się, niestety, umówione wiele tygodni temu zobowiązanie, ale zamierzam tu wrócić. Obawiam się, że protesty będą trwać długo. Nie załatwimy tej sprawy szybko.

Chciałabym, żeby cała Puszcza stała się parkiem narodowym, żeby była prawnie chroniona. Nie mówię, żeby odbierać cokolwiek mieszkańcom – niech zostanie ustalona ilość drewna, którą mogą pozyskiwać. Niech mają prawo do zbioru grzybów i jagód. Chodzi o to, by nikt już Puszczy nie dewastował jak obecnie. Jeśli się to uda załatwić, będę przeszczęśliwa. Myślę, że wielu leśników i strażników leśnych z nami się zgadza i są po naszej stronie, ale po prostu wykonują swoją pracę. Rozumiem to, mają rodziny, zobowiązania. Problemem nie jest straż leśna i leśnicy, problemem jest minister Szyszko, który tym zarządza i pozwala na takie rzeczy. To on daje zielone światło dla wycinki.

Co byś mu powiedziała, jakby tu przyszedł?

Zastanawiam się, czy jakiekolwiek słowa by na niego wpłynęły. Przecież staraliśmy się rozmawiać. Jest bardzo opornym człowiekiem. Chciałabym, żeby zajął się tym, czym zajmuje się minister środowiska, czyli ochroną przyrody, a nie jej dewastacją. Bo to, co teraz robi, jest niszczeniem Puszczy Białowieskiej. Nie tylko Puszczy – trwa przecież wycinka drzew w miastach, w lasach karpackich. Przypomniałabym mu, że to, co robi, jest zaprzeczeniem tego, do czego został powołany, do czego zobowiązuje go stanowisko. To nie jest minister środowiska. On masakruje polską przyrodę.