Alicja Wysocka jest nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów" 2017.

Zagłosuj na Superbohaterkę 2017 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Zrobione w Mathare, Nairobi, Kenii. Tak informuje metka ukryta we wnętrzu kolorowego plecaka. Rzadko się zdarza, by precyzja, z jaką wskazuje się miejsce pochodzenia rzeczy, wykraczała poza nazwę kraju. Metka tymczasem to nie tylko akt urodzenia rzeczy, lecz także cenna informacja na temat polityki, jaką prowadzi firma.

Z tej konkretnie metki można się dowiedzieć, że plecak wyprodukowano w najstarszym, drugim co do wielkości slumsie miasta Nairobi – Mathare. Miejsce, w którym go wykonano, nazywa się spółdzielnia Ushirika. To warsztat krawiecki, który otworzyła projektantka Alicja Wysocka wraz z 13 Kenijkami. Ich wyroby można kupić w ojczystych krajach dziewczyn pod marką Alfa Omegi. Wsparła je krakowska fundacja Razem Pamoja, która zajmuje się wymianą doświadczeń w dziedzinie sztuki i edukacji między Polską a Kenią.

W warszawskiej galerii lokal_30 trwa właśnie wystawa „Czyń albo giń” prezentująca sztukę politycznie i społecznie zaangażowaną. Plecak z kenijską metką uszyty z grubego płótna wisi na prowizorycznym wieszaku. Dookoła ustawiono kilkanaście par różnych modeli półbutów skórzanych i z tkaniny, a także wzorzyste mokasyny i wielokolorowe klapki. Tutaj nie są już tylko przedmiotem – są symbolem. Ale przygotowany przez Alfa Omegi kramik nie jest wyłącznie artystycznym manifestem – do wszystkich przedmiotów dołączono cenę.

Jak jest

Z okienka Skype’a patrzy na mnie Diana Adhiambo. Jej komputer stoi w spółdzielni w Mathare. – Lista naszych problemów jest długa: ograniczony dostęp do czystej wody, niewielka liczba toalet, ścieki płynące ulicami, góry śmieci i wysoki czynsz, który płaci się za izby o powierzchni trzy na trzy metry. Często muszą się tam zmieścić całe rodziny.

Diana w Mathare mieszka z mężem od dwóch lat. Tutaj urodził im się syn, który teraz ma już rok i trzy miesiące. Wcześniej ich życie toczyło się w Ruiru, niewielkim miasteczku pod Nairobi. Diana przez krótki czas studiowała biznes, ale problemy finansowe zmusiły ją do porzucenia nauki. W końcu wylądowali w slumsie. – Na razie nie możemy liczyć na nic więcej – wyjaśnia.

Takich historii jest tu wiele. Philgona Aluo do Mathare przybyła pięć lat temu z rodzinnej wioski położonej w głębi kraju. Slums funkcjonuje niczym niechciany przystanek na drodze do lepszego miejskiego świata. Przybywając tu, mało kto myśli, że ten „chwilowy” postój może trwać latami. Poczucie stabilności to w Mathare towar deficytowy. Trudno się dziwić, gdy za dom służy kilka drewnianych żerdzi owiniętych folią, buda z blachy falistej, a w najlepszym razie klitka w surowym betonie. – Ceny za wynajem są bardzo zróżnicowane – tłumaczy mi Diana, a ja nie bardzo rozumiem.

Elementem stereotypowego myślenia o slumsie jest przekonanie, że choć warunki życia są tu ekstremalne, to przynajmniej nie trzeba płacić czynszu. W końcu ludzie zajmują tę przestrzeń nielegalnie. Klecą domy z tego, co jest dostępne, a gdy odchodzą bądź umierają, na ich miejscu pojawiają się inni. Nic bardziej mylnego. Jedna z prawd, którą szybko przyswaja każdy nowy mieszkaniec Mathare, brzmi: nie ma nic za darmo.

Tą ziemią władają landlordzi. Wielu z nich to byli mieszkańcy slumsu lub ich potomkowie, którym w latach 70. państwo podarowało na własność część parceli. Zamiast cieszyć się odzyskanym poczuciem stabilności, nowi właściciele postanowili z podarunku uczynić źródło zysku, inwestując w budowę przestrzeni pod wynajem. Ostatecznym celem tej architektury jest upchanie jak największej liczby ludzi na jak najmniejszej powierzchni. Szacuje się, że w Mathare, które w czasach kolonialnych było dobrze prosperującym kamieniołomem należącym do Brytyjczyków, mieszka obecnie od 200 do 500 tys. ludzi. Z prostego rachunku wynika, że można na nich całkiem przyzwoicie zarobić, samemu żyjąc w jednej z pobliskich dzielnic opanowanych przez szybko bogacącą się kenijską klasę średnią.

Współczesne Nairobi jest miastem skrajnych różnic: po jednej stronie drogi parkują land rovery, po drugiej ludzie walczą o przetrwanie. Jeśli porównać kolonialne mapy przestrzennego rozmieszczenia mieszkańców z warunkami, które panują tu dziś, można dostrzec analogię: dyskryminację rasową zastąpiły nierówności klasowe dyktowane zasobnością portfela.

W slumsie wodę do picia lub sprzątania kupuje się w kanistrach. Za toaletę często służy wiadro, którego zwartość opróżnia się na ulicy. Na szczęście coraz rzadziej się zdarza, by przypadkowy przechodzień dostał po głowie „latającą toaletą” (tzw. flying toilet), czyli siatką, którą ktoś, załatwiwszy potrzebę, zawiązał na supeł i wyrzucił. Mimo to Mathare nazywane jest też krainą wiecznego prania. Jego delikatny zapach wyraźnie czuć w powietrzu, jeśli w pobliżu nie płyną akurat ścieki. Nieustanne dbanie o higienę i czystość stało się formą walki, którą tutejsze kobiety każdego dnia toczą na przekór rozkładającej się dookoła materii.

Kto ma gorzej

– Gdyby jednak skupić się na problemach kobiet w Mathare – uściśla Diana – to ich podstawowymi zmartwieniami są bezrobocie i brak kwalifikacji ułatwiających znalezienie pracy. Jesteśmy w pełni zależne od mężów, jeśli w ogóle ich mamy – tłumaczy. Dowiaduję się, że w Mathare bardzo wiele kobiet samotnie wychowuje dzieci. W Kenii dopuszczalne jest wielożeństwo, które świadczy o statusie społecznym mężczyzny. Według tradycji drugą żonę może pojąć tylko wtedy, gdy jest w stanie opiekować się pierwszą. Niestety, w praktyce kobiety często są zwyczajnie porzucane.

Innym problemem jest przemoc. W Mathare wszyscy żyją w ścisku, do tego ściany z blachy czy folii oddzielające od siebie domostwa odzierają ludzi z jakiejkolwiek prywatności. Jeśli sama nie jesteś ofiarą przemocy, słyszysz, gdy doświadczają jej twoje sąsiadki. Tutejszym kobietom znalezienie pracy gwarantuje nie tylko poprawę warunków życia, ale daje też nadzieję na zyskanie niezależności.

Pewnego poniedziałkowego poranka kilkanaście kobiet zamieszkujących „wioskę” Gitathuru, usytuowaną w północnej części Mathare, opuściło swoje domostwa i z dziećmi na rękach powędrowało spotkać się z kimś, kto ukrywał się za enigmatyczną nazwą Alfa Omegi. Tak zaczął się pierwszy dzień funkcjonowania spółdzielni Ushirika.

Alfa Omegi to nazwa, którą od kilku lat posługuje się Alicja Wysocka, realizując projekty z pogranicza sztuki, projektowania i aktywizmu społecznego. Nie lubi, gdy mówię o niej „artystka”, choć ukończyła poznańską ASP i działa na polu sztuki. Podobną niechęć wywołuje w niej określenie „projektantka”, mimo że projektuje ubrania oraz buty. Alfa Omegi jest marką, której Alicja używa do różnych form kolektywnej pracy, w których uczestniczy. – Moja rola polega na inicjowaniu pewnych sytuacji, zawieraniu sojuszy, by następnie wraz z innymi wspólnie je rozwijać – przekonuje.

Pierwszą współpracę pod szyldem Alfa Omegi Alicja nawiązała dwa lata temu z George’em Otieno i Tomem Okeh, szewcami z Mathare. Pomysł na powołanie kolektywnego ciała, które zamiast działać na rzecz budowania indywidualnych karier, promowałoby efekty wspólnej pracy, pojawił się w jej głowie już na studiach.

– W tamtym czasie fascynowała mnie historia londyńskiego przedsiębiorstwa Omega Workshops, które w 1913 roku powołali do życia artyści, pisarze i projektanci. Wierzyli, że dzieląc się umiejętnościami, zyskają większą autonomię działania i będą mogli zrezygnować z pomocy takich instytucji jak marszandzi, galerie czy wydawnictwa – opowiada Alicja. – Marzyłam, że kiedyś sama stanę się częścią takiego tworu opartego na współpracy artystów z rzemieślnikami. Dziś tego typu kooperacje często przyjmują formę usługi: artysta zleca rzemieślnikowi zmaterializowanie swojej wizji, ale nie uwzględnia jego współautorstwa. Próbuję działać inaczej.

Z buta

Do Kenii po raz pierwszy pojechała na zaproszenie fundacji Razem Pamoja, która od sześciu lat pozyskuje środki na finansowanie stypendiów umożliwiających uczniom z Mathare kontynuowanie nauki w szkołach średnich (licea w Kenii są płatne). Alicja miała stworzyć obiekt, rodzaj cegiełki charytatywnej, której sprzedaż zasiliłaby fundusz.

– Jeżdżąc po zachodniej Kenii i odwiedzając stypendystów fundacji, cały czas trafiałam na pozostawione gdzieś buty. Kenijczycy zdejmują je, zanim wejdą do szkół, kościołów czy bibliotek. Zaczęłam się im uważniej przyglądać. Potem, przemierzając Kariokor, jeden z licznych bazarów w Nairobi, zauważyłam, że często za podeszwę buta służy odpowiednio wycięty i sprofilowany kawałek zużytej opony samochodowej! To rozwiązanie jest proste, ekologiczne, a jednocześnie genialnie użyteczne, bo tego typu gruba guma zapewnia butom wytrzymałość. Zresztą kenijscy rzemieślnicy są mistrzami kreatywnego recyklingu, co w warunkach Mathare wynika z konieczności. Wiele można się od nich nauczyć – relacjonuje Alicja.

Wkrótce potem trafiła na zakład szewski Toma, z którym zrobili pierwszą parę butów – obuwie stylizowane na motocyklowe uszyli z kawałków białej i czarnej skóry, ozdabiając je czerwoną lamówką. Potem odkryła mikrozakład George’a, od podłogi do sufitu ciasno wypełniony rzędami butów. W efekcie tej pierwszej polsko-kenijskiej współpracy wróciła do kraju ze skrzynią różnych modeli obuwia. Zainteresowanie było tak duże, że po kilku miesiącach Alicja musiała znowu odwiedzić Kenię.

Przy okazji tej wizyty wraz z George’em zaprojektowali wzorzyste mokasyny, bo akurat zbliżało się lato. Był to strzał w dziesiątkę, dzięki któremu nie tylko George i Alicja mieli pracę, ale też kolejni podopieczni fundacji Pamoja mogli kontynuować naukę w szkołach.

– Dość szybko zorientowałam się, że powinnam pójść o krok dalej: zostać w Mathare na dłużej, zaangażować w moje działania więcej osób, zacząć tu pracować, a nie uprawiać rodzaj „turystyki w zbożnym celu” – tłumaczy Alicja.

Na maszynach i na drutach

– Nie przejmuj się, jeśli ludzie jednego dnia przyjdą do pracy, a następnego już się nie pojawią. Za jakiś czas do drzwi zapuka ktoś nowy. Tak to już tutaj jest – słyszała Alicja od znajomych w Mathare na chwilę przed otwarciem spółdzielni. Obawy okazały się przedwczesne, bo aż 80 proc. kobiet, które do dziś pracują w Ushirice, pojawiło się w dniu jej otwarcia. – Nigdzie nie ogłosiliśmy, że szukamy wyłącznie kobiet, ale cieszę się, że Ushirika, czyli w języku suahili kooperatywa, stała się wyłącznie kobiecą inicjatywą – podkreśla Alicja.

Dla nowych członkiń oraz lokalnej społeczności przygotowała w Mathare Art Gallery wystawę poświęconą polskiemu ruchowi spółdzielczemu. Jej główną atrakcją okazała się fototapeta przedstawiająca modelkę z lat 70. ubraną w ponczo uszyte z tkaniny przypominającej masajską kratę, które zaprojektowała spółdzielnia Sztuka i Moda. Każdy chciał się z nią sfotografować. – Kenijczycy cenią sobie pracę na rzecz wspólnoty, na co dzień działają kolektywnie i nawzajem się wspierają, dlatego nie trzeba im tłumaczyć, na jakich wartościach oparta jest spółdzielczość. Chciałam im pokazać, że w Polsce taka formuła pracy owocowała kiedyś doskonale funkcjonującymi przedsiębiorstwami. Sami nie potrafimy tego docenić – tłumaczy.

Od początku założyła, że spółdzielnia będzie także centrum nauki i doskonalenia umiejętności. Żadna z kobiet – łącznie z nią – nie potrafiła szyć. – Ważna była dla mnie świadomość, że startujemy z tego samego poziomu niewiedzy, razem uczymy się rzemiosła i wspólnie pracujemy. Poza tym chciałam, żeby kobiety zdobyły umiejętności, których już nikt nigdy im nie zabierze – wspomina Alicja.

W szeregi spółdzielni wstąpiła Rose Onyang, doświadczona krawcowa z Mathare. Fundacja kupiła dla spółdzielni cztery ręczne maszyny do szycia i trzy elektryczne. Pierwszym zleceniem, które otrzymała Ushirika, było uszycie kostiumów dla młodzieżowego zespołu tanecznego z Mathare. – Szyłyśmy sukienki dla dzieci, bluzki, spodnie czy płaszcze, co każdej w duszy zagrało. Intensywnie uczyłyśmy się też robić na drutach, co może wydać ci się dziwne, ale w Kenii wieczory i noce są naprawdę chłodne. Dlatego uwielbiamy grube wełniane czapki, szaliki i swetry – wylicza Philgona.

W efekty swojej pracy ubierały druciane manekiny, które wystawiały na balkon, dzięki czemu coraz więcej ludzi wpadało, by zlecić poprawkę czy naprawę ubrania. W końcu jednak trzeba było podjąć decyzję co do kierunku rozwoju.

Z worka

– Nie chciałam powtarzać schematu realizowanego przez fabryki globalnego Południa, które produkują rzeczy wyłącznie na eksport. Dlatego zdecydowałyśmy, że skupimy się zarówno na rynku lokalnym, jak i europejskim, co oczywiście komplikuje proces produkcji, ale daje więcej możliwości – argumentuje Alicja. Potem przyszedł czas na wybranie specjalizacji. – Postanowiłyśmy szyć plecaki i torby.

BARTOSZ GORKA MOB [+48]501566585

Korzystają wyłącznie z lokalnych materiałów. Podstawowym źródłem ich pozyskiwania są ogromne bazary świetnie zaopatrzone w tkaniny. Materiały pochodzą najczęściej z Tanzanii i Ugandy, które specjalizują się w produkcji pięknych, wzorzystych tkanin. Dewizą spółdzielni jest też kreatywne korzystanie z rozwiązań, które podpowiada życie codzienne w Mathare. Przykładowo: do produkcji toreb na ramię kobiety wykorzystują kawałki pociętych worków po ryżu. – Trafiłam na nie, odwiedzając okoliczny sklep spożywczy. Nie dość, że ta sztywna tkanina jest bardzo wytrzymała, to jeszcze pokrywa ją wspaniała kolorowa typografia – zachwyca się Alicja. Kiedy indziej podczas codziennej porannej podróży boda-boda (motocykl taksówka) zauważyła, że przewożone na niej rzeczy przymocowane są do motocykla za pomocą systemu szlufek zrobionych z dętki. Podobne rozwiązanie kobiety wykorzystały w modelu jednego z plecaków. Inną powszechnie znaną w Mathare techniką jest pozyskiwanie włóczek z pociętych na paski plastikowych torebek.

– Używałyśmy ich do szycia portmonetek i niewielkich torebek, a potem wydarzyło się coś nieoczekiwanego – wspomina Alicja. Na ławce przed Mathare Art Gallery zaczął przesiadywać pewien szewc. Od rana rozkładał swój warsztat pracy i przyjmował klientów. Niestety, przynosił ze sobą ogromny parasol, który nie tylko chronił go przed upałem, ale i skutecznie zasłaniał widok na spółdzielnię. – Nie mieliśmy serca go wypraszać, dlatego wspólnie z kuratorem galerii Justusem zbudowaliśmy mu przed budynkiem niewielkie stoisko, a następnie zaproponowaliśmy współpracę – opowiada Alicja. Powstało kilkadziesiąt par klapek i sandałów. Członkinie spółdzielni tkały paski do nich. – Warsztat pana Shadracka Abala odwiedzały nie tylko klientki, ale i mężczyźni, którzy obserwowali jego pracę. Czy nie cudownie byłoby, gdyby szewcy w Mathare zjednoczyli siły, założyli spółdzielnię i uczyli innych swojego fachu? – zastanawia się Alicja.

Jak może być

Po wyjeździe Alicji rytm pracy w spółdzielni nie uległ zmianie. Kobiety przychodzą tu na 9, a wychodzą o 16, w połowie dnia mają przerwę na lunch, który wspólnie przygotowują z produktów kupowanych przez fundację. – Wszystko jest niby po staremu, ale strasznie za nią tęsknimy – mówi Diana.

W ciągu dnia pomimo panującego na zewnątrz upału w spółdzielni jest dość przewiewnie. Na ścianach wiszą zdjęcia ilustrujące pracę w polskich spółdzielniach, które przywiozła Alicja. Stopniowo zasłania je wciąż powiększający się asortyment Ushiriki. Cztery kobiety pracują przy maszynach, część przygotowuje wykroje, inne ręcznie wykańczają już uszyte plecaki, pozostałe pracują w pokoju na parterze, gdzie ustawiono maszyny elektryczne. Po jakimś czasie następuje zamiana ról. Na podłodze bawią się dzieci, które są stałymi bywalcami miejsca pracy ich matek. W tle gra radio. Kobiety czasem same zaczynają śpiewać, plotkują i żartują. Przy okazji pracy w spółdzielni wiele z nich ujawniło masę innych talentów. Zawiązała się grupa performerska Women Drama. Okazało się, że Diana pisze wiersze. Jeden z nich, opowiadający o kolektywnej pracy w Ushirice i codziennej walce kobiet o własną podmiotowość, stał się manifestem spółdzielni.

Obecnie kobiety realizują zlecenie na 400 plecaków dla jednej z warszawskich szkół. Zaspokajają też lokalne potrzeby, szyjąc mundurki i plecaki dla pobliskiej podstawówki. Muszą się spieszyć, bo na początku lipca fundacja Razem Pamoja zmienia Księgarnię/Wystawę, swoją krakowską przestrzeń galeryjną, w sklep sprzedający towary Ushiriki. Na jego otwarcie do Polski jako reprezentantka spółdzielni przyleci Diana. Za to do Ushiriki polecą niebawem artystki Joanna Rajkowska i Małgorzata Markiewicz.

– Spółdzielnia musi trwać i rozwijać się tak, by w przyszłości pomóc kolejnym kobietom, a w dalszej perspektywie – całej społeczności – przekonuje mnie Diana. – Kiedyś jedyne, czego chciałam, to wynieść się z Mathare, teraz wyprowadzka oznaczałaby porzucenie Ushiriki. Przestałam więc o tym myśleć.

Dziękuję za pomoc Bartkowi Przybyłowi-Ołowskiemu z fundacji Razem Pamoja i Justusowi Omondiemu, kuratorowi Mathare Art Gallery.

Zamówienia na produkty spółdzielni można składać tu: pamojagoods.com.

Zapraszamy na stronę Alfa Omegi:  alfaomegi.com

Wystawa „Czyń albo giń” w galerii lokal_30, ul. Wilcza 29a/12, Warszawa, do 1 lipca.

W sobotę 24 czerwca zapraszamy też na śniadanie z artystami wystawy "Czyń albo giń" - około godziny 12.30: wideorozmowa z Alicją Wysocką (Alfa Omegi) prosto ze Spółdzielni Ushirika – relacja z dnia pracy w spółdzielni na żywo!

Od połowy lipca produkty spółdzielni będzie można też kupić w sklepie stacjonarnym na ul. Józefińskiej 9, w Krakowie.