Martyna Wojciechowska jest nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów" 2017.

Zagłosuj na Superbohaterkę 2017 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Widzę, że Polki, które nie mogły ci darować, że zostawiłaś ośmiomiesięczną Marysię i pojechałaś wspinać się na kolejną górę, dziś zupełnie inaczej do tego podchodzą. Czują, że przetarłaś im ważny szlak.

Martyna Wojciechowska: Od tego czasu minęło dziewięć lat i dużo się zmieniło. Rola matki determinuje nas w wielu aspektach, ale kobiety nie chcą już rezygnować z pasji i marzeń. Kiedy byłam dziewczynką i mówiłam, że chcę być wyścigowym kierowcą motocyklowym, nie rozumiałam, dlaczego wszyscy się z tego śmieją. Szczęśliwie moich rodziców to nie śmieszyło. Mogłam marzyć, o czym chciałam. Mama wspierała mnie tak bardzo, że do dziś patrzę na nią z podziwem, bo nie wiem, czy sama potrafiłabym być tak wyrozumiała. Miałam poczucie, że mogę wszystko.

Dobitnie to demonstrowałaś.

W latach 70., kiedy się urodziłam, i później, kiedy dorastałam, rola kobiety była wyraźnie określona, a ja nie czułam się w tym dobrze.

Szłam pod prąd i uważałam, że jedyne, co mogę zrobić, to wejść w rolę męską.

W ten sposób, może trochę nieudolnie, chciałam podkreślić, że jestem wolna. Przez dziesięć lat realizowania projektu „Kobieta na krańcu świata” zrozumiałam, że nie muszę używać męskich sposobów na wyrażanie swojej niezależności i korzystać z języka mężczyzn do komunikowania się ze światem. Mogę to zrobić bardziej kobieco – opierając się na szacunku, zrozumieniu i dialogu. Dopuściłam w sobie do głosu kobietę, która jest silna, wie, czego chce, i dzięki temu czuje się wolna. Myślę, że wtedy, gdy miałam ośmiomiesięczną Marysię i pojechałam się wspinać na Antarktydę, to była moja walka o siebie. Siedząc w zimnym namiocie, uświadomiłam sobie, że wcale nie o to mi chodziło. Wiele razy do mnie ten bunt wracał, ale coraz częściej mówiłam sobie: „Martyna, nie walcz, ty już to masz, jesteś wolna, możesz decydować. A to, co musisz, to tylko kwestia twoich wyborów i decyzji”. Gdy zaczęłam patrzeć na życie z tej perspektywy – stało się znacznie łatwiejsze.

I twoje podróże też się zmieniły?

Przestałam podróżować dla siebie i do miejsc. Teraz jeżdżę do ludzi. Chcę poznawać ich historie, lepiej rozumieć wybory, których dokonują. Szukam między nami kobietami tego, co nas łączy niezależnie od miejsca, w którym się urodziłyśmy. Różni nas kolor skóry, religia, kultura, w której dorastałyśmy, ale wciąż przekonuję się, że więcej między nami podobieństw niż odmienności.

Wolisz podróżować sama czy w towarzystwie?

Może trudno w to uwierzyć, ale jestem samotnikiem. Lubię być sama, czuć się emocjonalnie niezależna.

Chętnie przemierzyłabym cały świat w pojedynkę, otwierając się tylko na to, co mnie spotka po drodze, i na ludzi, których mogę poznać.

Od lat jednak podróżuję z ludźmi, z partnerami wyprawowymi, z ekipą telewizyjną, a od kilku lat – z dzieckiem. Może kiedyś przyjdzie taki czas, że znowu spakuję plecak i wyruszę w świat całkiem sama, choć przecież nigdy samotna.

Martyna WojciechowskaMartyna Wojciechowska Fot. Karol Grygoruk

Twoja ulubiona podróż – to pewnie pytanie, które najczęściej słyszysz.

A to tak, jakby spróbować wytłumaczyć, które dziecko kochasz najbardziej. Nie umiem ocenić, czy najważniejsza podróż to ta pierwsza, kiedy miałam trzy i pół roku i uciekłam z domu na stację benzynową, dając upust swojej ciekawości świata, czy Rajd Dakar, kiedy zrozumiałam, że niemożliwe nie istnieje? A może szczyt Mount Everestu, na którym stanęłam półtora roku po złamaniu kręgosłupa, choć lekarze mówili, że już nigdy nie wrócę do pełnej sprawności. Zwykle żyję tą podróżą, która jest przede mną. Czytam, oglądam, filmy, analizuję życie bohaterów, których zamierzam spotkać.

Jednak najważniejsza i najbardziej wymagająca podróż to macierzyństwo. I to bez mapy.

Jedna z ostatnich podróży to ta do Pakistanu.

Długo marzyłam o wyjeździe do tego kraju, ale na drodze stawało mi wiele obiektywnych trudności. To kraj nieoczywisty, zaskakujący, pełen serdecznych i otwartych ludzi, czyli przeciwieństwo tego, co o Pakistanie myślimy i jaki obraz jest kreowany w mediach. Znalazłam się tam jednak w niewłaściwym miejscu i czasie, co ściągnęło na naszą ekipę uwagę wywiadu i wojska. Zatrzymali nas niedaleko granicy z Afganistanem, skonfiskowali sprzęt i materiały. Na szczęście nauczona doświadczeniem zawsze mam kopie. Zajęłam się tematem niewygodnym dla władz – łamaniem praw kobiet, przemocą domową. Rozmawiałam z kobietami, które mężowie oblali żrącym kwasem solnym albo naftą i żywcem podpalili. W takiej sytuacji trudno oczekiwać, że dostanę oficjalne wsparcie. Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy weszłam z konflikt z wojskiem i policją, to już chyba część mojej pracy. Jednak spotkałam tam też wiele silnych kobiet, wyzwolonych i zdeterminowanych do zmieniania tamtejszej rzeczywistości.

Co się stało kobietom na całym świecie, że tak się wkurzyły, że aż wyszły na ulice?

Do gniewu i buntu w wielu miejscach jest jeszcze daleka droga.

W większości kobiety, które żyją w Azji, Ameryce Południowej czy Afryce, nie są jeszcze na etapie rewolucji, ale na pewno są na etapie brania spraw w swoje ręce.

Pamiętaj, że na siedem miliardów ludzi na świecie zaledwie 16 proc. to świat Zachodu, czyli społeczeństwa, które starają się żyć według równościowych zasad. Uważam, że mamy obowiązek występowania w obronie kobiet, które nie mają dość siły albo możliwości, by się zbuntować. Dlatego podczas manifestacji 8 marca w Warszawie opowiedziałam ze sceny o tym, jak kobietom na krańcach świata odbierane są podstawowe prawa. W wielu krajach i kulturach dziewczynki nie mają dostępu do edukacji i podstawowej opieki medycznej, bo uważa się, że nie warto w nie inwestować. Za mąż wydawane są kilku-, kilkunastoletnie dzieci, i to po rytualnym okaleczeniu narządów płciowych. Kobiety uważane są za własność mężczyzny. Mówię o tym głośno po to, abyśmy nie zastanawiały się, czy ma sens podpisywanie petycji w obronie kobiet gdzieś daleko w świecie. Wierzę, że ma.

Na czym polega to branie spraw w swoje ręce?

Niestety, wiąże się to z coraz większym obciążeniem kobiet. Mężczyźni w Afryce i Azji przestali być żywicielami rodziny, ale ich pozycja pozostaje niezachwiana. Już na nic nie polują, bo nie ma zwierzyny, a wciąż kobiety wykonują wszystkie ciężkie prace: chodzą po drewno, po wodę, gotują, piorą, sprzątają, zajmują się dziećmi. Przyjmując na siebie nowe role związane z utrzymaniem rodziny, nie porzucają starych. W wielu kulturach kobiety nawet budują domy, jak w Namibii w grupie etnicznej Himba.

Co robi wtedy mężczyzna?

Pasie kozy, co nie należy do zbyt wymagających zajęć. Patrzy. Debatuje. Na granicy Mianmy, dawnej Birmy, i Tajlandii odwiedziłam grupę etniczną Padaung, nazywaną „długimi szyjami”. Mężczyzna i kobieta opowiedzieli mi każde z osobna o tym, że przepędzono ich z Birmy, że mają status uchodźców i nie mogą posłać dzieci do szkół. Jest im ciężko. Kobieta dodała: „Pracuję i wciąż staram się, żeby żyło nam się lepiej”. Mężczyzna dodał: „Jest tak trudno, że co tu robić, można tylko pić”.

Kobiety może tego nie okazują, ale musi się budzić w nich niezgoda.

Świadomość nierówności sprawia, że jest im jeszcze ciężej, kiedy widzą, jak męski świat kontroluje przejawy kobiecej solidarności. W ubiegłym roku robiłam film o domach kobiet w Tanzanii, w kraju, w którym wdowa z dziećmi często nie ma szansy wyjść powtórnie za mąż i wypada poza społeczny nawias. Plemię Kuria żyjące na północy kraju znane jest z tradycji, zgodnie z którą dwie kobiety mogą zamieszkać razem, pomagać sobie, sprawiedliwie dzielić się obowiązkami i wspólnie wychowywać dzieci. Jedną z bohaterek mojego filmu była Ester, która została sama z ośmiorgiem dzieci. Kiedy owdowiała, miała tych dzieci mniej, ale sąsiedzi w zamian za pomoc w pracach domowych oczekiwali zapłaty, a ponieważ pieniędzy nie miała, jedyną walutą było jej ciało. Nie miała jak wykarmić swojej rodziny bez krowy czy choćby małego poletka do uprawy. W takiej sytuacji pomysł wspólnego życia i dzielenia trudów z inną kobietą wydawałby się więc świetnym i logicznym rozwiązaniem.

Ale tak nie było?

Dotknęłam największego tabu, na jakie mogłam trafić w tym kraju. Przekonaliśmy się, że tradycja wspólnych kobiecych domów istnieje, ale jest to ukrywane, bo w Tanzanii za związki jednopłciowe grozi kara więzienia albo samosąd, a o taki związek mogłyby zostać posądzone. Tymczasem w takich relacjach w ogóle nie chodzi o seks, bo obie spotykają się z mężczyznami. To po prostu wyraz kobiecej solidarności i współpracy. Żyją w ciągłym strachu, a czasem jest to dla nich jedyna forma przetrwania.

Poznałam też kobiety, które same nie mogły mieć dzieci, a dzięki temu, że mieszkały pod jednym dachem z matkami, mogły cieszyć się macierzyństwem.

We wszystkich kulturach widzę ogromną współpracę kobiet, bo są o wiele bardziej społeczne niż mężczyźni.

Potrafią się wspierać nawet tam, gdzie jeden mężczyzna poślubia kilka kobiet. Oczywiście są o siebie zazdrosne, ale nie chodzi o emocje, tylko o bezpieczeństwo finansowe. Kobiety wiedzą, że gdyby były jedynymi żonami, im i ich dzieciom żyłoby się znacznie lepiej niż w sytuacji, kiedy trzeba niewielkie dochody dzielić na kilka domów. Z tego punktu widzenia znacznie lepszym rozwiązaniem jest poliandria.

Poliamoria: Kilka srok za ogon

Mało się mówi o małżeństwach kobiet z wieloma mężczyznami.

Takie kultury rozwinęły się w miejscach, gdzie jest mało ziemi, czyli na wyspach albo w górach. Na przykład ojciec, który ma pięciu synów, musiałby podzielić poletko pomiędzy nich wszystkich. Z ekonomicznego punktu widzenia to nie ma sensu, bo nie wyżyją z tego skrawka ziemi. Wszyscy bracia zatem pobierają się z jedną kobietą, wspólnie uprawiają ziemię, a poziom ich życia wzrasta wielokrotnie.

Ciekawe, jak mężczyźni radzą sobie z taką sytuacją.

Rozmawiałam o tym z Tsepal z Nepalu, która miała trzech mężów. Spytałam, jak podejmuje decyzję, który z mężów przyjdzie do niej w nocy. Odpowiedziała mi ze stoickim spokojem: „Ten, który przyjdzie, ten będzie. Kocham wszystkich swoich mężów”. Każde dziecko Tsepal do każdego z jej mężów mówiło „tato”. Okazuje się więc, że można mieć trzech ojców. Ona nawet nie umiała sobie wyobrazić innego modelu rodziny, bo uważała to za normę. To skłania do przemyślenia, co w takim razie jest normą, skoro mamy tak skrajnie różne modele życia. Gdy dowiedziała się, że nie mam męża, a mam dziecko, nie mogła tego zrozumieć. Poradziła mi nawet, bym przekonała kobiety w swoim kraju, że posiadanie trzech-czterech, a nawet siedmiu mężów w tym samym czasie jest bardzo dobrym rozwiązaniem. I faktycznie jej mężczyźni ją wspierają, mają określone zadania: dbają o zwierzęta, pracują w polu, sprzedają coś w mieście. Najmłodszy kształci się w Indiach i kiedy dostanie tam pracę, będzie przysyłał pieniądze, bo jest dla nich wszystkich inwestycją na przyszłość. Próbowałam go podpytać, czy nie spotyka się z innymi dziewczynami. Był oburzony: „Mam czworo dzieci do wykarmienia!”. Podczas gdy on nigdy jeszcze nie uprawiał seksu ze swoją żoną. Odwiedzał rodzinę raz w roku, ale miał bardzo silne poczucie odpowiedzialności.

 

Ludzie żyją razem na wiele sposobów.

Wśród Papuasów z zachodniej Nowej Gwinei kobiety na co dzień żyją z innymi kobietami i dziećmi, a mężczyźni – z mężczyznami. Mają swoje męskie sprawy, a do kobiet przychodzą w odwiedziny wyłącznie w celach prokreacyjnych. Z czasów, kiedy byli wojownikami, istnieje przyzwolenie na uprawianie seksu z innymi mężczyznami dla przyjemności i rozładowania energii. W tym modelu kobiety żyją sobie, a mężczyźni sobie, ale wieloma obowiązkami się dzielą.

Z kolei w południowych Chinach mieszka grupa etniczna Mosuo, w której nie istnieje coś takiego jak małżeństwo, nie ma nawet słów „mąż” i „ojciec”, bo nie ma takich funkcji społecznych. Są tylko tak zwane związki chodzone – wieczorem mężczyzna przychodzi w odwiedziny. Albo zostanie wpuszczony na noc, albo nie. Kapelusz innego partnera zawieszony na drzwiach oznacza, że nie ma na co liczyć. A jeśli zostanie przyjęty – przed świtem musi opuścić dom. I tak ci mężczyźni chodzą całe życie, a kobiety rodzą dzieci, które czasem nie wiedzą, kto jest ich ojcem. Mężczyzną, którego znają i który jest męskim wzorcem, jest brat mamy. To on zostaje przy rodzinie, zajmuje się dziećmi sióstr, wykonuje cięższe prace, a głową domu jest najstarsza kobieta. Niejednokrotnie te „chodzone związki” z jednym partnerem są na całe życie, ale kobieta może pewnego dnia powiedzieć „dość” i jest to usankcjonowane zwyczajem. Ta możliwość wyboru i decydowania o sobie daje im wolność.

W której kulturze kobiety były najszczęśliwsze?

Mam wrażenie, że grupa etniczna Lama, czyli Tsepal z Nepalu – w związku poliandrycznym była bardzo szczęśliwa. Ale wszędzie, gdzie docieram, podziwiam w kobietach siłę przetrwania i umiejętność adaptacji do zmieniających się warunków. Potrafią znaleźć szczęście w zwykłych rzeczach. To nasza wspólna cecha.

Kiedyś w Kenii kupiłam kobiecy magazyn i przekonałam się, że mogłabym go wydać w Polsce, bo wszystkie mamy takie same pragnienia i problemy.

Kiedy buduję zaufanie ze swoimi rozmówczyniami, opowiadam im o swoim życiu i swoich doświadczeniach.

Pomimo totalnych różnic kulturowych szybko łapiemy wspólny język. Okazuje się, że mamy identyczne problemy z dziećmi, z godzeniem obowiązków domowych z pracą, z mężczyznami.

Każda z nas chciałaby mieć dostęp do lepszej albo jeszcze lepszej edukacji i opieki medycznej. Wiesz, że na świecie 140 mln dzieci nie chodzi do szkoły i w większości są to dziewczynki? W wielu kulturach ich edukację traktuje się jako marnowanie pieniędzy rodziny. W Indiach mówi się nawet, że wychowywanie dziewczynki jest jak „podlewanie ogrodu sąsiada”. Córka oznacza same kłopoty, bo nie dość, że po ślubie zamieszka z inną rodziną, to jeszcze trzeba będzie do niej „dołożyć”. Kliniki ginekologiczne reklamują się tam, że lepiej teraz wydać 5 tys. rupii na zabieg niż 500 tys. w przyszłości na posag. To zachęta do aborcji żeńskich płodów i chociaż zakazane jest poznawanie płci w czasie ciąży, to można przyjąć, że w Azji brakuje około 200 mln dziewczynek. Ponadto gdy się rodzą, celowo nie poświęca się im uwagi, więc w okresie okołoporodowym znacznie częściej umierają dziewczynki niż chłopcy.

 

Zawsze szokuje mnie to, że dojrzałe kobiety ściśle przestrzegają okrutnych i dyskryminujących tradycji względem swoich córek.

Tylko edukacja może to zmienić, choć też nie zawsze. Dwa lata temu robiłam w Paryżu program o kobietach z Mauretanii, Mali, Senegalu, Wybrzeża Kości Słoniowej. W typowym europejskim domu urządziły się jak u siebie w Afryce. Jedno, czego nie chciały przenieść z tradycji do obecnego życia, to okaleczanie narządów płciowych (tzw. FGM). Wszystkie doświadczyły tego okrucieństwa, nawet te, które urodziły się we Francji. Po prostu wysyła się dziewczynki na wakacje do Afryki do rodziny, skąd wracają okaleczone. Dzieje się to też na terenie Unii Europejskiej, mimo że to pogwałcenie konstytucji i praw człowieka – można przyjąć, że dotyczy to ponad pół miliona obywatelek Unii, a kolejnych 180 tys. zostanie obrzezanych w najbliższym czasie. I to nie ma nic wspólnego z islamem, bo to kwestia kulturowa, a nie religijna, a wiele tych rodzin to chrześcijanie. Chodzi o pozbawienie ich możliwości odczuwania seksualnej przyjemności, przejęcie nad nimi kontroli. Co roku 3 mln dziewcząt zostaje w ten sposób „poskromionych”.

Naprawione. Czarne Francuzki odzyskują łechtaczki

Znasz kulturę, w której można mówić o równości płci?

Na Samoa dzieciom nadaje się bezpłciowe imiona, a rodzice obserwują, czy dziecko zachowuje się bardziej jak chłopiec czy jak dziewczynka. Bo o płci nie decydują tylko narządy płciowe. Można tam spotkać fa'afafine, czyli tych, którzy urodzili się w ciele mężczyzny, a są kobietami, i odwrotnie – fa'fatama, czyli kobiety, które czują się mężczyznami. Nie są traktowani jako osoby transpłciowe i nie mają potrzeby zmian operacyjnych. Po prostu zachowują się, jak chcą. Premier tego kraju przywitał mnie w swoim gabinecie boso, z kwiatami na szyi i powiedział, że jeśli politycy nie rozumieją, że są mężczyźni-kobiety i kobiety-mężczyźni, to znaczy, że są idiotami i niedługo nikt na nich nie będzie głosował. Na przykład fa'afafine pracują z dziećmi w przedszkolach, ze starszymi ludźmi, wszędzie tam, gdzie jest potrzebna empatia. Niezależnie od płci wykorzystuje się tam potencjał każdego człowieka.

Zmiana płci. Jak stać się chłopcem na 12 urodziny

To brzmi jak bajka.

Wydaje się, że to utopia, ale ten model funkcjonuje z powodzeniem. W większości kultur dziewczynki są wtłaczane w ściśle określone role już po urodzeniu. Dlatego swoją córkę staram się wychowywać w otwartości. Do tego stopnia, że kiedy sprzedawczyni w sklepie zapytała mnie, czy chcę kupić buty zimowe dla chłopca czy dla dziewczynki, Marysia, która już umiała mówić, odparła: „A jakie to ma znaczenie?”. Przyszedł jednak moment, kiedy wróciła z przedszkola w bojówkach, w zielonym swetrze i z wyrzutem powiedziała: „Mamo, dziewczynki tak się nie ubierają”. „Córcia, to są stereotypy. Spójrz na mnie” – odpowiedziałam. „No właśnie, mamy też tak nie wyglądają”. Pojechałyśmy do sklepu i kupiłyśmy jej wszystko różowe, od majtek po spinki do włosów.

I już tak zostało?

To był dla niej moment określania siebie, a ja staram się podążać za moją córką i spokojnie godzę się na kolejne etapy jej rozwoju. Przy okazji wiele rozmawiamy o prawach kobiet. Na przykład o Malali Yousafzai, Pakistance, która w wieku 17 lat otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla za walkę o prawo do edukacji na świecie. Dla Marysi niepojęte jest to, że dziewczynki nie mogą się uczyć, że nie mają równych praw z chłopcami. Szczerość jej oburzenia sprawia, że jestem dumna. Uważam za swój wielki sukces to, że ona naprawdę nie ma poczucia, że coś ją ogranicza ze względu na płeć. Chciałabym, żeby tak zostało.