25 listopada przypada Międzynarodowy Dzień Eliminacji Przemocy wobec Kobiet. Przypominamy wstrząsającą historię Karoliny Piaseckiej.

Karolina Piasecka jest nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów" 2017.

Zagłosuj na Superbohaterkę 2017 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Jest pani głucha?

Karolina Piasecka: ...?!

Nie słyszała pani, opowiada w mediach mąż, wołania o miłość.

Wiem, że tak mówi o tym, co się działo. Trudno mi tego słuchać. Miłość między nami była na początku, potem to on ją swoimi krzykami, biciem zagłuszył.

Ciszej mów, nie mam zamiaru wszystkich budzić, ty pedale. Nie płacz, k..., bo cię zaje...! Zabiję cię! Cały tydzień nic nie robisz, leniu śmierdzący. I gdzie masz codziennie ułożone rzeczy? Gdzie jest codzienny ciepły posiłek? Jak masz rozmawiać z mężem przez telefon? Zawsze będziesz miała ochotę, jak ja coś będę chciał. Masz brać tabletki na libido! I jak nie będę, k..., widział dużego, wielkiego, k..., twojego kalendarzyka i sama nie będziesz mi mówiła o dniach płodnych lub nie, to wypierdalaj, nie masz czego szukać w tym domu! Recytuj, co zrobiłaś źle.

A co było przedtem?

Poznaliśmy się w kościele. On śpiewał w tym samym chórze co moja siostra. Chodziliśmy ze sobą cztery lata. Wyszłam za mąż, kiedy miałam 21 lat. To był mój pierwszy chłopak, pierwsza miłość.

A pierwszy raz, kiedy panią uderzył?

Niektórzy mówią, że na pewno musiałam wcześniej widzieć, że jest agresywny, że ma takie skłonności, że na pewno były jakieś znaki, które przeoczyłam. Nie wiem, czy umiałabym je wtedy dostrzec. W moim domu nie było przemocy. Byłam młoda, zakochana, a on był czuły, samo dobro, no po prostu szczęście. Niepojęte.

Wszystko naprawdę zmieniło się dopiero po ślubie. Po trzech miesiącach zaszłam w ciążę. Kiedyś, już z dużym brzuchem, chciałam wejść do toalety, a on wbiegł przede mną i nie chciał wpuścić. Błagałam: „Rafał, proszę, ja nie wytrzymam, wpuść mnie”. Zdenerwował się, że uniosłam głos. Popchnął, potknęłam się.

Pamięta pani swoją pierwszą reakcję?

Oniemiałam. Nie wiedziałam, jak to się stało, jak to możliwe, że on coś takiego robi. A potem zaczęłam sobie tłumaczyć, że to moja wina, że nie powinnam tak na niego krzyczeć. Że zasłużyłam. Więc najpierw na pewno był szok. Potem próba tłumaczenia. A potem wiara, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Bo przecież on jest dobry i czuły, jesteśmy mężem i żoną, rodziną. Kochamy się.

Była pani bardzo młoda, ufała mu pani.

Myślałam, że wszystko, co robi, robi dla nas. Że może czegoś nie rozumiem. Poza tym, trudno to wytłumaczyć komuś, kto go nie zna, ale on naprawdę ma siłę. Nawet nie w rękach, w głosie. Nie znosił sprzeciwu. Poza tym wtedy, na samym początku, byłam od niego zależna. Nie chciałam przerywać studiów, miałam kredyt studencki. Mieszkaliśmy w domu po mojej babci. Przez pierwsze dwa lata nie pracowałam, studiowałam i opiekowałam się dzieckiem. Mąż zaczął mówić: „Nie zarabiasz na dom, jesteś nierobem”. Coraz częściej właśnie tak do mnie mówił. Dzisiaj wiem, że to przemoc słowna, wtedy wydawało mi się, że jest w tym jakaś słuszność, przecież nie zarabiałam...

>>Przemoc ekonomiczna: Na krótkiej smyczy

Drugi raz?

Pierwsza córka była już od kilku miesięcy na świecie, kiedy zauważyłam, że korespondował z jakąś kobietą. Gdy go o to zapytałam, mówił najpierw, że to kolega zrobił mu kawał, żeby nas skłócić. Byłam młoda, może naiwna, uwierzyłam mu. A potem wpadł w szał. Kopał mnie. I znów pojawił się tamten szok – że jak to możliwe? Co się dzieje? Ale też myślałam: ma trochę racji, nie uszanowałam jego prywatności, więc był zły. Spakowałam go wtedy, powiedziałam, że ma się wyprowadzić. Ale nie poszłam na policję. Mówił, że nie mogę rozwalać rodziny, że żona ma być przy mężu. Jestem katoliczką, rodzina jest dla mnie bardzo ważna, nie chciałam jej rozbijać. Dałam mu szansę.

Jak wyglądało na co dzień pani życie?

W pierwszych latach małżeństwa to zdarzało się rzadko. Najpierw raz na pół roku, potem raz na miesiąc. Później raz na tydzień. Potem co kilka dni. Aż przyszedł taki czas, kiedy to mogło się wydarzyć wczoraj, dzisiaj, jutro. Każdej nocy – bo bił tylko nocami. Za dnia panował spokój. Z boku wyglądaliśmy na przykładną rodzinę – oboje pracowaliśmy, mąż w 2010 roku został radnym.

Bywały dobre chwile?

W tych okresach, kiedy nie bił, albo po nich, kiedy się uspokajał. Wierzyłam wtedy, że to był ten ostatni raz.

Specjaliści zajmujący się przemocą domową nazywają tę fazę miodowym miesiącem. Sprawca przemocy okazuje skruchę, przeprasza, tłumaczy się, na chwilę „poprawia”. Kobieta wierzy, że na stałe. Faza ta jednak się kończy, a następująca po niej fala agresji może być jeszcze bardziej gwałtowna od poprzedniej.

Po kolejnym razie, nie wiem nawet dokładnie kiedy, co to był za moment, przestałam pytać, dlaczego tak jest. Byłam od niego zależna. A on mówił z taką pewnością, z taką siłą, że się podporządkowywałam. Wierzyłam mu. Wierzyłam, że on to robi, bo chce dla nas dobrze. Niech pani nie pyta, czy w tym jest sens. Z boku – żadnego. Ale ja wtedy naprawdę wierzyłam, że jak będę taka, jak on chce, to wszystko się ułoży. Ulegałam. Odpuściłam raz, drugi. I dalej tak życie się toczyło. Wierzyłam, że jeśli zrobię to, czego chciał, to będzie dobrze, spełnię jego oczekiwania, będzie zadowolony. Dostosowałam się do zasad, jakie narzucił.

Jakich?

Teraz myślę, że była jedna: on ma zawsze rację. Jeszcze kiedy byłam na studiach, mieliśmy taki układ, że on do godz. 12 był z dzieckiem, a po południu, po zajęciach, ja się zajmowałam córką. Ale jak była awantura, to zabierał kluczyki, telefon i nie mogłam pojechać na uczelnię. To była forma kary, pokazania, że to on jest górą, ma rację. Zdarzało się, że mąż wystawiał mnie podczas kłótni za drzwi w samej piżamie. Kiedyś, kiedy wracaliśmy z wycieczki – córka była z nami – i doszło między nami do jakiejś różnicy zdań, odjechał beze mnie, zostawiając na środku drogi. Teraz myślę, że to wystawianie mnie miało na celu obniżanie mojego poczucia własnej wartości. Upokorzenie, upodlenie. Działało.

Był też harmonogram, którego musiała się pani trzymać.

Przez cały ten czas pracowałam zawodowo. Starałam się wypełniać swoje obowiązki. Zawodowe i domowe. Wymagał punktualności. Kontrolował każdy mój krok. On sam miał wolność. Wieczorami nigdy go nie było, wyjeżdżał, mówił, że to obowiązki służbowe. Albo w ogóle się nie tłumaczył.

Musiałam kilkakrotnie spisywać własnoręcznie, po nocnej kłótni i biciu, że będę codziennie przygotowywała mu spodnie i koszulę, podawała ciepły posiłek codziennie, dzieci będą spały o 20. Kilka razy musiałam to spisywać: „Ja, Karolina Piasecka, będę codziennie...”. On nie miał żadnych obowiązków. Kazał mi brać środki na libido, bo mam mieć codziennie ochotę na seks. Chciał współżyć codziennie. Kiedy odmawiałam, wyrzucał mnie z łóżka, ubliżał, mówił, że nie mam prawa spać na materacu, za który nie zapłaciłam, że jestem niczym, że mam obowiązek z nim sypiać, a jak tego nie robię, to znaczy, że jestem złą żoną. Uznałam, że muszę wejść w te ramy, które on dla mnie stworzył, że muszę się podporządkować. Że tak będzie wyglądało już zawsze moje życie, że tak być musi. Nawet sama zaczęłam do siebie mówić jego słowami: „Ty szmato, ty debilko, ty śmieciu.”. Poddałam się.

Wychodziłam do pracy i próbowałam tam zachowywać się normalnie, nie dać nikomu niczego po sobie poznać. Potem zajmowałam się dziećmi, domem. Nic już nikomu nie mówiłam.

>>Od przemocy, wzgardy i fałszywego postępu chroń kobietę, Panie

A wcześniej opowiadała pani komuś, co się dzieje?

O tym, że nocą wyrzucał mnie z domu, opowiedziałam kuzynce, która wtedy mieszkała niedaleko. Powiedziała, żebym przyszła do niej, kiedy tak się stanie. Dzwoniłam do siostry, kiedy zostawił mnie wtedy w lesie i odjechał. Nie mówiłam bliskim wszystkiego.

Bo?

Ze wstydu. I strachu. „Ja się nie będę wtrącać” – mówili teściowie, kiedy opowiadałam, co się dzieje. Moja rodzina z kolei była przez niego zastraszana. Bałam się, że w domu będzie jeszcze gorzej, jeśli komuś opowiem o problemach z Rafałem. Zresztą mówił mi to wprost: jak ktoś się dowie, to on nas wszystkich pozabija. Mówiłam pani, w jego głosie były siła i pewność, której nie umiałam się przeciwstawić. A potem z każdym kolejnym pobiciem, awanturą coraz bardziej czułam się niepewna siebie.

Bił coraz częściej.

Drżałam, wchodząc do domu, na dźwięk przekręcania klucza w zamku, nie wiedziałam, co mnie czeka. W pracy byłam bezpieczna, w domu nie. Wiedziałam, że muszę działać zgodnie z harmonogramem, bo jak się pomylę, będzie powód do bicia. Ale on się zawsze znalazł. Jedna niewyprasowana koszula z piętnastu to powód. Dzieci za późno położone. Że pracuję. Że nie zarabiam tyle, ile on by chciał. Ciągle coś. Oczekiwania były coraz wyższe. Im bardziej się starałam, tym było gorzej, bo wymyślał nowe.

Przez ponad pół roku kazał mi przelewać całą swoją pensję na swoje konto, chociaż mamy rozdzielność majątkową. Aż się zbuntowałam i powiedziałam: „Mam prawo do pieniędzy na własnym koncie”. Płaciłam za wynajem mieszkania, jedzenie, ubrania. O pierwszej, drugiej w nocy mówił: „Jak nie zrobisz przelewu, to zobaczysz, co ci zrobię. Zniszczę cię, zniszczę cię, jesteś nic niewarta, jesteś zerem”. Tak w kółko, coraz częściej. Każdego dnia upokorzenie. Czułam się coraz bardziej bezwartościowa i bezsilna, nie miałam jak powiedzieć mu „nie”. Po każdej próbie była awantura, bicie.

W 2010 roku na koniec kłótni uderzył mnie swoją głową w nos. Miałam zmiażdżoną kość. Jestem farmaceutką, wiedziałam, jaką maść stosować na obrzęk. Przykrywałam to makijażem. Ale powiedziałam wtedy, co się wydarzyło, naszemu znajomemu, kiedy nas odwiedził. Mąż wyśmiał to i powiedział: „No co ty, Karolina, za głupoty opowiadasz”. Znajomy spuścił wzrok i nie komentował. Widziała to też moja ciocia, mówiła, żebym poszła do lekarza. A z drugiej strony mąż mówił: „Jak mogłabyś zrobić coś takiego swojemu mężowi?”. Znów uległam. Zachowałam to w ciszy.

Potem zaczęła się też przemoc wobec moich najbliższych. W roku 2013 przed świętami próbował siłą pozbyć się z naszego domu mojej mamy. Przestraszyła się, kiedy ją popchnął, przewrócił. Widziały to dziewczynki, też się bały. Wobec nich także był bardzo surowy, nie znosił sprzeciwu. Kazał pić mleko z butelki, kiedy nie chciały. Były też klapsy. One też się dostosowały, starały się chodzić na paluszkach, żeby tylko tata się nie zdenerwował.

Wtedy wyprowadziła się pani pierwszy raz.

Zamieszkałam u rodziców. Pewnej nocy mąż zażądał, żeby dzieci wróciły. Nie zgodziłam się, a on w odwecie zniszczył samochody moich rodziców, wysprejował obraźliwe hasła. Zgłosiłam sprawę na policję. Funkcjonariusz, który przyjmował zgłoszenie, mówił o niskiej szkodliwości czynu, ale powiedział mi też o Niebieskiej Karcie, że powinnam ją założyć. Zrobiłam to. Przez chwilę czułam się bezpiecznie.

>>Przemoc skrywa się często pod płaszczykiem przyjaźni i opieki

Wtedy też zgłosiła się pani na terapię.

Chciałam zrozumieć, skąd ta agresja, dlaczego tak się dzieje między nami. Psycholog doradzał terapię dla nas obojga, ale mówił też, że mąż potrzebuje terapii z powodu swoich agresywnych zachowań. Mówiłam mu: „Chcę, żebyśmy poszli na razem, ale i żebyś ty poszedł”. To był mój warunek, bez jego spełnienia nie chciałam wracać.

On na to nalegał. Któregoś wieczoru przyjechał do apteki, w której pracowałam, tuż przed jej zamknięciem. Kazał mi się obsłużyć. Potem wyszedł i czekał: „Chcesz ze mną rozmawiać?”. Chciałam, wtedy cały czas przecież wierzyłam jeszcze, że może tę rodzinę uda się uratować.

Zaproponowałam kawiarnię na rynku, żebyśmy spokojnie porozmawiali. Wsiadłam do samochodu, a on zaczął jechać zupełnie w inną stronę, skręcił w drogę wiodącą przez las. Pytałam: „Gdzie jedziesz?”. Byłam przerażona. Nie wiedziałam, co się wydarzy. Bałam się, że zostawi mnie w lesie, że coś mi zrobi. Takiego strachu nie jest w stanie zrozumieć nikt, kto w nim nie był, poczucia, że twoje życie dosłownie zależy od kogoś innego, że on o nim całkowicie decyduje, że nie możesz się ruszyć, zrobić kroku, jesteś uwięziona, złapana w pułapkę. Nie wiem, jak długo to trwało. Wydawało mi się, że wieczność.

W końcu zatrzymaliśmy się w jakiejś nieznanej mi restauracji. Tam kazał mi wysiadać, zostawić w samochodzie telefon. Zapytał: „Chcesz to ratować, chcesz wrócić?”. Powtórzyłam swój warunek: „Chcę, żebyśmy porozmawiali z kimś, kto nam pomoże”. Mąż nie chciał słyszeć o terapii, ale zgodził się na rozmowę z księdzem. Znanym w naszym mieście. Rozmawiał z nami długo, ale przypomniał też, że rodzina powinna być pod jednym dachem. Tak samo mówił mój mąż, że rodzina musi być razem. Zdecydowałam się wrócić. Przez jakiś czas było spokojnie.

Jak długo?

Tydzień. Dowiedział się o Niebieskiej Karcie. Wpadł w furię. Powiedział, że zrobiłam mu krzywdę. A mnie karta dała poczucie bezpieczeństwa, przynajmniej na chwilę, świadomość, że musimy się spotykać z policją i psychologiem. Tyle że on przed nimi udawał, że pracuje nad sobą, że wszystko jest dobrze. Był chyba dobrym aktorem, bo sama psycholog powiedziała mi: „No, niech pani da mu szansę, jak pani nie spróbuje, to nie będzie pani wiedziała, czy naprawdę się nie zmienił”.

Wróciły awantury. Po dwóch miesiącach jego nalegań zamknęłam kartę. Mąż odciął mnie wtedy od pomocy i kontaktu z rodziną. Groził, że stanie im się krzywda, jeśli się dowiedzą. Ciągle powtarzał, że nikt mi nie pomoże. Że jak chcę mieć swoją rodzinę, to mam nikomu nie mówić, co się dzieje w domu. A ja wciąż jeszcze wierzyłam, że możemy być razem w spokoju, że we czwórkę możemy jeszcze stworzyć normalną rodzinę. Walczyłam. Starałam się pracować nad sobą, zmienić się. Potajemnie chodziłam na terapię, ale po kilku sesjach dowiedział się i mi zabronił. Czytałam, też po kryjomu, różne psychologiczne książki. Chciałam siebie naprawić. Wierzyłam, że jak jeszcze coś zrobię, jakoś się postaram, to będzie między nami lepiej.

Nie było.

W 2014 roku, dzień po strasznej kłótni, którą mieliśmy, bo nie położyłam dziewczynek o wyznaczonej przez niego godzinie – zamiast o 20.00, to o 21.30 – kazał im zamknąć się w pokoju, a mnie powiedział: „Idziemy rozmawiać”. Dzieci zostały same, a on wywiózł mnie za miejscowość, w której mieszkaliśmy, i tam bił, wyrywał włosy, dociekał, komu powiedziałam o wczorajszej kłótni. Kazał mi obciąć włosy na znak zdrajcy, który naokoło opowiada o prywatnych sprawach między mężem a żoną, rzucał mną w krzaki, mówił, że mam rzucić pracę, że będę jego służącą. Byłam wycieńczona i w końcu zgodziłam się z tym. Powiedział wtedy, że jeśli kiedykolwiek odważę się odejść, to on mnie znajdzie i zabije. Mnie, wszystkich.

Ludzie nie są w stanie zrozumieć, dlaczego nie odeszłam wcześniej. Ja też chwilami nie rozumiem, jak mogłam to wytrzymać. Ale bardzo trudno jest znaleźć w sobie siłę, żeby się wyrwać. Moja wystarczała mi na to, żeby to przeżyć. Więcej jej już nie miałam.

Myślę, że te wszystkie chwile, w których on mówił te wszystkie słowa, to było takie umieranie w środku rozłożone na raty. Z każdym razem, który dostałam, czułam się coraz słabsza i przekonana, że tak zawsze będzie, że się nie uwolnię – bo jak? Nie wierzyłam, że to możliwe.

>>Nie tylko radny Piasecki: przemoc domowa to bardzo demokratyczne zjawisko. W Polsce cierpi milion kobiet

Kiedy to się zmieniło?

Mąż coraz częściej niszczył w furii moje rzeczy potrzebne w pracy – prawo jazdy, służbowe sprzęty. Musiałam wymieniać karty SIM w telefonie, laptop. Raz to się może każdemu zdarzyć i nie wzbudzać podejrzeń, ale u mnie się powtarzało. Bywały też dni, kiedy przychodziłam do pracy i gorzej mi wychodziło uśmiechanie się, udawanie, że wszystko jest OK. Moja szefowa to zauważyła, pytała, czy coś się dzieje. Długo nie chciałam mówić, nie umiałam. Dopiero potem się odważyłam, kiedy widziałam, że ona nie mówi tego tak po prostu, tylko że jej zależy. I to ona mi pierwsza tak wyraźnie powiedziała: „Karolina, to nie jest normalne. Nikt nie ma prawa cię tak traktować. Musisz coś z tym zrobić”. Ona mnie wzmocniła. Powiedziała: „Możesz się uwolnić. Przeniesiemy cię do Warszawy, wynajmiesz mieszkanie”.

Bała się pani odejść.

Nie tylko ja. Starsza córka, która słyszała, jak parę lat temu mąż groził, że mnie zabije, jeśli będę chciała to zrobić, bardzo się bała, że tata zabiję mamę. Dopiero niedawno zaczęła o tym mówić.

To jest jak matnia. Człowiek czuje się zaszczuty i zupełnie bezsilny. Przyzwyczajał mnie do tego, że jest tak, jak jest, a ja nauczyłam się z tym żyć. Ale wtedy pomyślałam o córkach, że one dostają właśnie taki obraz relacji w związku. I że kiedyś też w takim się znajdą. Ta wizja mnie przeraziła. Wtedy zaczęłam budować w sobie tę tamę, że nie, już więcej nie zniosę.

Dojrzewałam do tego długo. Bardzo długo. Budowałam w sobie siłę do odejścia. Pomagali mi w tym ludzie, którzy mówili: „To nie jest normalne, nie ma prawa tak cię traktować” – to niby tylko słowa, ale jak coraz częściej to słyszałam, to za każdym razem czułam się odrobinę mocniejsza i zaczynałam powoli to do siebie dopuszczać. I z czasem ten jego głos w mojej głowie cichł zagłuszany przez inne głosy i słowa, które nie niszczą, ale wzmacniają.

W październiku ubiegłego roku powiedziałam mu po kolejnej rozmowie, że jeśli jeszcze kiedykolwiek mnie uderzy, to odejdę. Powiedziałam mu to bardzo jasno. To była ostatnia szansa.

(Długie milczenie).

W grudniu, po świętach, kiedy goście wyszli, katował mnie przez sześć godzin, od północy do świtu. Bił szmatą po twarzy, dusił. Zrzucał ze schodów. Za zegarek, który mi dał pod choinkę, bardzo drogi. Mówił, że jestem niewdzięcznicą, bo nie chcę go nosić.

A potem był bal, po powrocie z którego krzyczał, bił. To tę noc pani nagrała i upubliczniła.

Nagrałam tę kłótnię w pierwszej kolejności po to, by pokazać psychologowi, żeby może mógł inaczej spojrzeć, wytłumaczyć mi, dlaczego tak się dzieje, jak się dzieje. Opublikowałam je zaś, żeby pokazać, jak wyglądało moje życie. Nie umiałam innym tego wytłumaczyć – teraz, kiedy wszystkiego można posłuchać, wielu znajomych mówi: „Gdybym wiedział, że tak to wyglądało...”. Chciałam, żeby po tych nagraniach wszyscy wiedzieli, jak TO wygląda. Żeby może dzięki temu chcieli reagować albo być bardziej uważni na to, co się dzieje obok nich.

Ale wtedy, po tamtej nocy, naprawdę powiedziałam: „Nie wytrzymam więcej”. Zrozumiałam, że on się nie zmieni. Sięgnęłam po pomoc. Szefowa dała mi kontakt do Filipa Dopierały, prawnika. Zgłosiłam się do niego w styczniu. To on powiedział mi też o możliwości ochrony osobistej.

Wyprowadziła się pani 1 lutego.

Czekałam na dobry moment, kiedy nie będzie go w domu. Tamtego dnia pojechał do pracy. Trwały ferie. Zawiozłam wcześniej dzieci do babci, spakowałam ubrania, trochę książek i zabawek. Mieszkanie wynajęte już czekało. Pojechałam prosto tam. Mój wujek poinformował go o tym, że odeszłam. Szybko zdobył adres.

Jak?

Moje miejsce zamieszkania było w papierach sądowych, dotyczyły tzw. zabezpieczenia dzieci na czas rozstrzygnięcia sprawy rozwodowej. Po kilku dniach był już na miejscu, wtargnął do mieszkania. Potem nachodził nas wielokrotnie, przyjeżdżał do szkoły, przedszkola. Oskarżał mnie o romanse, „kochankiem” miał być ochroniarz.

Obecnie toczą się trzy postępowania karne: o znęcanie się, naruszenie miru domowego i włamanie się do pani skrzynki mailowej.

Ale nadal nie czuję się bezpieczna. Nie ma, mimo mojego wniosku, zakazu zbliżania się. Sąd ustalił, że może się spotykać z dziewczynkami co drugi weekend. Córki boją się z nim spotkać. Ja też się boję, nie zgadzam na jego widzenie z nimi. W przeddzień pierwszego spotkania wysłał dwie wiadomości, w których się ze mną żegnał na wypadek śmierci. Nie wiem: swojej czy mojej? Nie wiem, w jakim jest stanie, co mógłby zrobić. Sobie, im.

Poza tym wie dokładnie, co robię, zdarza mi się, że tuż po wejściu do mieszkania dostaję SMS-a: „O, już jesteś w domu” albo „Późno wróciłaś do domu, sąsiadko”. Pisze, że wynajął blisko mieszkanie, że znalazł tu pracę, że będzie tu każdego dnia. Kiedy wracam samochodem – stoi pod bramą, nagrywa mnie. Kiedy pojechałam do siostry, do Bydgoszczy – stał na peronie. Jest tu ciągle, w każdym miejscu. Zablokowałam numer – używa nowego. Dzwoni do mojej pracy, nie daje spokoju. Wiem, że nigdy nie zapomnę o tym, co mi zrobił, i że długa droga jeszcze przede mną, żeby naprawdę się od niego uwolnić.

To tak łatwo się mówi: „Odejdź, zostaw go”. Ale to jest proces, który trzeba przygotować. I mieć na to środki. Ja mam dobrą pracę i dzięki temu możliwość wyprowadzenia się z dnia na dzień. Pracodawca stanął po mojej stronie i mi pomógł. W tym najtrudniejszym okresie wspierali mnie też współpracownicy, prawnik. Najbliżsi, którzy są ze mną, pomagają. Piszą, dzwonią do mnie znajomi ze szkoły, liceum, studiów, ale też ludzie, których nie znam. Chciałabym im wszystkim podziękować, bo ich słowa mnie wzmacniają.

Ale wiem, że wiele kobiet w takiej sytuacji jest zależnych od mężów czy partnerów i nie ma jak się z tego, w czym tkwią, jak ja tkwiłam, uwolnić, nie ma tego wsparcia. To, co mogę powiedzieć młodym dziewczynom ze swojego doświadczenia: zanim zostaniecie czyjąś żoną, bądźcie najpierw sobą, zdobądźcie zawód, wzmocnijcie się na tyle, by poznać swoją wartość i abyście mogły same o siebie zadbać. Ja bardzo długo nie wiedziałam, że mogę. Długo nie rozumiałam, co dzieje się w moim życiu. Długo nie potrafiłam powiedzieć stanowczo „nie”. A tylko to potrafi zatrzymać przemoc. Im więcej razy nadstawiałam policzek, tym częściej dostawałam w niego pięścią. To go umacniało. Pokazywało mu, że może. Ja w swojej edukacji nie spotkałam się z nauką podstaw komunikacji międzyludzkiej, elementami psychologii. Nikt nas nie uczył, jak ze sobą rozmawiać, jak rozwiązywać konflikty.

>>Bij tak, żeby nic nie złamać. W Rosji przemoc domowa nie będzie już przestępstwem

Jakie są nasze prawa.

To może z boku wszystko widać wyraźnie, ale nie wtedy, gdy się w tym tkwi – wtedy te wyzwiska, tyle razy słyszane, w końcu stają się prawdą. Ja naprawdę myślałam: mąż chce dla mnie dobrze, ma rację, może ja faktycznie byłam winna i on słusznie na mnie podnosi rękę. Nie wiedziałam, że mogę powiedzieć „nie”. Że nikt mnie nie ma prawa bić. Wydawało mi się, że tak ma być. To przekonanie było we mnie bardzo głębokie i potrzebowałam dużo czasu, żeby je w sobie zmienić.

Wie pani, teraz coraz częściej wraca do mnie taka scena, jeszcze sprzed ślubu. Wtedy wydawało mi się, że to nieważne, ale teraz jakoś ciągle mi się przypomina. Ksiądz z naszego chóru opowiedział nam, niby w żartach, taką historię o znajomym, który, żeby jego żona zapamiętała, że mąż ma rację, to zawsze jej przykładał. Ja to słyszałam, Rafał też, ale nic nie powiedzieliśmy. A potem, ilekroć ja dostawałam od Rafała i kiedy on mówił, że mam być posłuszna, że tak ma być i że nie mam nikomu mówić o tym, co dzieje się w domu – przypominało mi się tamto. Myślę, że nie zdajemy sobie sprawy, jak powtarzanie takich rzeczy zapada w pamięć, jak zostaje. Zwłaszcza gdy powie coś takiego ktoś, kto się cieszy autorytetem. Nie wiem, czy Rafał o tym dziś pamięta. Ja pamiętam. Tamte słowa księdza, jego śmiech.

Dziś chodzę na terapię. Chcę, żeby dziewczynki też miały możliwość porozmawiać o tym, co przeszły. Mam nadzieję, że moje córki wyrosną na takie kobiety, które będą w stanie stawić opór. Silne. Wiem, że za późno odeszłam i na zbyt wiele się napatrzyły i przeszły, ale wierzę, że pokazałam im też, że mama miała jednak moc, żeby siebie i je z tego uwolnić.

Karolina Piasecka w kwietniu 2017 r. ujawniła w programie „Dzień Dobry TVN” nagrania, na których słychać, jak jej mąż Rafał Piasecki (radny, jeszcze niedawno należał do PiS) się nad nią znęca. Pani Karolina 1 lutego uciekła z dziećmi z domu.