Zagłosuj na Superbohaterkę 2016 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Jeśli wsiądę do tramwaju, w którym jedzie 50 mężczyzn, to ilu z nich jest statystycznie sprawcami przemocy domowej?

Takich statystyk nie mamy. Ale jeżeli byłoby w tym tramwaju 50 kobiet, to moglibyśmy powiedzieć, że co trzecia z nich na jakimś etapie swojego życia doznała przemocy.

Więc i co trzeci mężczyzna z tego tramwaju.

Nie, ponieważ mężczyźni sprawcy przemocy zazwyczaj biją więcej niż jedną osobę. Biją żonę, partnerkę, dziecko, czasem ojca, matkę. Sądzę więc, że w tym tramwaju ...

... jest pięciu sprawców przemocy, ale bijących wszystkich słabszych naokoło siebie.

Właśnie. Choć ja, mówiąc o przemocy czy przemocy seksualnej w rodzinie, zakładam, że znacząca część mężczyzn nie bije. Tylko problem polega na tym, że ta znacząca część mężczyzn nie sprzeciwia się aktywnie takiej przemocy. Patrz przypadek rozmowy w szatni z udziałem prezydenta elekta Donalda Trumpa. Ilu z tych mężczyzn, do których mówił o przemocy seksualnej wobec bliskich mu kobiet, zareagowało negatywnie, powiedziało: „Nie akceptuję tego, co mówisz”?

Żaden. A czy ten problem się w Polsce nasila, słabnie?

Przyjrzyjmy się przemocy w rodzinie, najczęstszej u nas formie przemocy, której doświadczają kobiety, ze względu na nasze położenie geograficzne i uwarunkowania kulturowe. Bo u nas nie ma okaleczania narządów płciowych jak w Afryce, zbrodni honorowych jak w krajach muzułmańskich, wymuszonych małżeństw lub wymuszonych aborcji żeńskich płodów. Nasza przemoc wobec kobiet ma ilościowo postać piramidy. Na samym dole są przypadki przemocy w rodzinie, stopień wyżej jest liczba wszczętych procedur w związku z Niebieską Kartą, czyli sytuacje, gdy ofiara lub inna uprawniona osoba zdecydowała się wypełnić formularz dotyczący przemocy i sprawcy. Wyżej w tej piramidzie są wszczęte postępowania przeciwko sprawcom przemocy. I tych postępowań jest nieproporcjonalnie mało wobec procedur związanych z Niebieską Kartą. Niebieskich Kart jest ok. 100 tys., a postępowań – ok. 14 tys. Na samej górze tej piramidy są skazani za przestępstwo znęcania się z art. 207 kk, najczęściej stosowanego w związku z przemocą w rodzinie. I tych ostatnich jest ok. 10 tys. To się zmienia, ale pojawia się pytanie, czy jeśli maleje liczba Niebieskich Kart czy liczba skazań, to jest znak, że zjawisko maleje, czy może maleje tylko liczba zgłoszeń.

A maleje?

Jeśli chodzi o rok 2014 i 2015, to w tym ostatnim jest ich trochę mniej.

Czy to nie jest tak, że po przestępstwach i wykroczeniach związanych z kodeksem drogowym to przemoc w rodzinie jest najczęstszym w Polsce łamaniem prawa?

Nie znam liczby przypadków łamania prawa w związku z kodeksem drogowym, natomiast biorąc pod uwagę badania opinii publicznej, opracowania naukowe na temat przemocy wobec kobiet, trzeba powiedzieć, że mamy do czynienia z powszechnością tego zjawiska. I niestety, duża część ofiar nie może liczyć na właściwą reakcję państwa.

A do tego dochodzi duża liczba ofiar, które nawet nie mają świadomości, że nimi są, bo proceder jest dosyć powszechny, raczej akceptowany i trwa od setek lat. Czy nie trzeba więc w końcu powiedzieć jasno i wyraźnie: to powszechne przestępstwo wynika głównie z systemu, w którym żyjemy, czyli z patriarchatu. I że dopóki będziemy żyli w patriarchacie, to ono będzie tak powszechne, bo jest tego patriarchatu fundamentem i orężem.

Myślałam, że to ja będę pana uporczywie i długo przekonywała do przyjęcia takiego założenia.

Wychowałem się w oparach przemocy domowej, więc nie musi mnie pani przekonywać.

Ma pan rację, że przemoc w rodzinie jest sama w sobie patologią, nie jest wynikiem np. tego, że ktoś nadużywa alkoholu, bo ludzie się leczą z alkoholizmu, a nadal stosują przemoc. Jest wynikiem nierównych relacji mężczyzn i kobiet, z czym mamy do czynienia od bardzo dawna.

Od zawsze.

Które się zmieniają, ale niedostatecznie głęboko i szybko. I nadal niektórzy członkowie rodzin uważają, absolutnie niesłusznie, że mają władzę i kontrolę nad słabszymi członkami rodziny. I mają prawo do egzekwowania władzy wszystkimi środkami, również tymi przemocowymi.

Jest pani zbyt wyrozumiała dla patriarchatu. Przecież kiedy kobiety mają władzę, dużo rzadziej sięgają po przemoc. Dzięki patriarchatowi mężczyzna uważa, że może przemocą wymuszać posłuszeństwo lub realizować swoje cele i jest w tym bezkarny. A nawet uważa, że mimo to ma prawo oczekiwać miłości. Taki zmyślny ten patriarchat. I wzmaga go teraz otoczenie, w jakim żyjemy, to, jacy są ludzie władzy, jak się zachowują wobec słabszych. Co i jak mówią o kobietach, dzieciach.

Jest w tym wiele racji. Prawdziwą przyczyną tej przemocy jest nierówność. Ona się zmniejsza, ale nadal silnie występuje w wielu obszarach życia prywatnego i publicznego. Lista zaniedbań związanych z dyskryminacją kobiet jest bardzo długa, a przemoc wobec kobiet jest na jej szczycie. A przecież mamy prawo do poczucia bezpieczeństwa, szczególnie w domu. Nie zdajemy sobie sprawy, że dla kobiety ryzyko utraty życia w wyniku zabójstwa wzrasta wraz z zawarciem związku małżeńskiego.

Zawsze wiedziałem, że małżeństwo to niebezpieczna zabawa.

Dla kobiet, w przypadku mężczyzn ryzyko to maleje.

To, o czym mówimy – dyskryminacja, przemoc posunięta do zabijania – to najbardziej widoczne skutki patriarchatu. Ale on działa też na życie kobiet „prewencyjnie”. „Prewencyjnie” podporządkowują się, są uległe. Sama powszechna groźba przemocy niszczy ich życie. Czy możemy jako państwo, społeczeństwo spowodować, by kobiety się nie bały być sobą, mówić tego, co myślą i czego chcą? Przez eliminację tego strachu prowadzi też droga do eliminacji przemocy wobec nich.

To jasne, że przemoc wobec kobiet narusza podstawowe prawa człowieka: prawo do wolności, do zdrowia, życia. Z drugiej strony ofiara przemocy ma ograniczoną możliwość realizowania innych praw człowieka lub jest jej pozbawiona.

Głównie prawa do życia własnym życiem.

Nie istnieje na świecie żaden idealny prawny system przeciwdziałania takiej przemocy w rodzinie. Z różnych systemów moglibyśmy wyciągnąć różne narzędzia prawne. Jednak podstawowa rzecz, którą państwo jest winne kobietom, to natychmiastowa reakcja na przemoc i wyraźny sygnał dla sprawcy, że to on jest za nią odpowiedzialny, że ona jest niedopuszczalna i że poniesie on za nią karę. Kobietom doświadczającym przemocy w rodzinie najbardziej zależy na tym, żeby „on się zmienił”, żeby przestał bić.

Są gotowe wiele w tej sprawie zrobić, łącznie z poświęceniem własnego życia i całkowitym podporządkowaniem się sprawcy.

Natomiast musi być jasne, że odpowiedzialność za te akty przemocy ponosi sprawca. Jeżeli jako państwo nie dajemy wyraźnego sygnału, że sprawca musi zmienić swoje postępowanie, to on się nie zmieni.

Taki wyraźny sygnał daje np. Austria. Policjanci przyjeżdżający na interwencję domową mają uprawnienia do wydania sprawcy nakazu opuszczenia lokalu. Tymczasowego, bo na 14 dni, ale działającego natychmiast. Sprawca ma zabrać osobiste rzeczy – także po to, by nie mieć pretekstu do szybkiego powrotu do lokalu, bo np. potrzebuje białej koszuli.

Realizacja tego zakazu wstępu jest monitorowana przez policję. W ciągu 24 godzin z ofiarą kontaktuje się organizacja pozarządowa z licencjonowanej listy przy ministrze spraw wewnętrznych, która oferuje ofierze kompleksową pomoc – prawną, psychologiczną, czasami materialną. To daje jej poczucie, że nie została pozostawiona sama sobie. Co ważne, interweniujący policjanci nie mogą wziąć pod uwagę – jeśli zachodzą przesłanki, by wydać nakaz opuszczenia lokalu – głosu ofiary, która mówi np.: „Nie, zostawcie go, on się już uspokoił”. Ustawodawca założył, że w takiej sytuacji ofiara nie ma pełnej możliwości podjęcia racjonalnej decyzji wobec sprawcy. Policjanci mają też obowiązek zignorowania jakichkolwiek tłumaczeń typu „zupa za słona”, „dzieci nieubrane”, że go sprowokowała. Państwo w tej sposób daje sprawcy wyraźny sygnał: nie możesz stosować przemocy. U nas policja nie ma takiego uprawnienia i izolacja sprawcy od ofiary jest możliwa dopiero po wszczęciu postępowania karnego, co wymaga spełnienia wielu warunków formalnych.

Więc jak jest u nas?

Czasami policję wzywa ofiara, czasami sąsiadka, policja przyjeżdża i jeśli nie ma zagrożenia życia lub zdrowia, sprawca jest pozostawiany w lokalu.

Jak oni to oceniają? Skoro np. było pobicie, to przecież było zagrożenie zdrowia.

Na podstawie ustawy o policji oni mogą zatrzymać sprawcę, ale jeśli spojrzymy na statystyki, to zatrzymanie jest stosowane naprawdę rzadko. W efekcie ofiara i sprawca zostają razem po wyjściu policjantów.

A czemu jest rzadko stosowane? Bo nie ma takich przepisów jak w Austrii czy raczej policjanci wiedzą, że żyją w patriarchalnym kraju, takie rzeczy „się zdarzają” i dopóki nie ma w kuchni kałuży krwi, to można parę zostawić razem, żeby pan panią jeszcze trochę potarmosił?

Na pewno przemoc domowa jest bagatelizowana, część funkcjonariuszy wychowywała się w przemocowych rodzinach i mają standardy zachowań w rodzinie niekoniecznie idealne. Oni też, jak my wszyscy, tkwią w stereotypach.

Dlatego ważne jest, żeby to sztywna procedura narzuciła im ścisły sposób postępowania?

Tak, jestem absolutną fanką powszechnie obowiązujących twardych rozwiązań prawnych i bardzo szczegółowych procedur. Tylko tak można przełamać dotychczasowe stereotypy i uprzedzenia, eliminując z toku postępowania czynnik ludzki. Uregulować, doregulować, bardzo kazuistycznie.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Rząd stać na przemoc

Przeregulować?

Nawet przeregulować.

Moim zdaniem popełnia się dwa błędy. Jeden – usprawiedliwianie, że sprawcy przemocy domowej wychowywali się w domach, gdzie taka przemoc była. A nie ma żadnego powodu, żeby tym usprawiedliwiać dorosłego mężczyznę. Dorosłość to odpowiedzialność. A drugi – część ofiar i ich bliscy, a nawet większość społeczeństwa uważa, że najważniejsze jest, żeby tego więcej nie robił. Czy mówimy złodziejom: „Nie ukarzemy was, tylko już nie okradajcie ludzi”? Więc dlaczego przestępstwo przemocy domowej traktujemy inaczej, raczej mówimy: „Popraw się”.

Jestem bardzo daleka od tego, żeby usprawiedliwiać takie zachowania, one są niedopuszczalne i nieakceptowalne. Jakiekolwiek nadużywanie władzy, bicie, podnoszenie głosu, grożenie komuś, obrażanie go w przestrzeni publicznej, w pracy, w domu. Ale nie mogę abstrahować od tego, że niektórzy ludzie tak robią. Czasami pewnie dlatego, że mieli takie wzorce.

A cóż mnie to obchodzi jako członka społeczeństwa? Przecież nie wybaczamy, licząc na poprawę, weteranom wojennym chorującym na stres pourazowy, jeśli po powrocie z misji łamią prawo. A to myśmy ich na tę misję wysłali! Im nie, a sprawcom przemocy domowej z patologicznych domów mówimy: „Chłopaki, słabe jest to, co robicie, no zmieńcie się”.

To źle zabrzmi w ustach zastępczyni RPO, ale ja nie wybaczam. Jest faktem, że istnieje duże społeczne przyzwolenie na przemoc. Pytał pan, co możemy zrobić z tym powszechnym strachem ofiar, kobiet. Przede wszystkim musimy im uwierzyć. Ja zawsze najpierw uwierzę osobie, która mówi, że jest ofiarą przemocy, molestowania, mobbingu, to jest dla mnie oczywista powinność.

Niestety, w wielu sytuacjach tak się nie dzieje, jej wersja jest kwestionowana. „Przesadzasz, wydawało ci się, on jest dobrym ojcem, wytrzymaj” – słyszy ofiara. A to jej dobro powinno być najważniejsze. Nawet jeśli taka osoba przychodzi do nas kilka razy, ale nadal nie decyduje się na zawiadomienie policji, prokuratury, my jej zawsze uwierzymy, nawet jeśli już w postępowaniu odmówi składania zeznań, do czego jako osoba najbliższa ma prawo. I z tego powodu tak ważne jest, żeby organy ścigania w takich sprawach zbierały wszystkie możliwe dowody, żeby nie poprzestawały na zeznaniach ofiary, a tak bardzo często się dzieje.

Co to za dowody?

Zeznania sąsiadów, rodziny, znajomych, dokumentacja medyczna – nie tylko obdukcje od lekarza medycy sądowej, ale także karty pacjenta, wypis ze szpitala, bo co szósta ofiara wymaga hospitalizacji. Notatki policyjne, wszystkie formularze Niebieskiej Karty, która powinna być bezwzględnie wypełniana za każdym razem, a nie jest, bo często jest tylko notatka policyjna, bo rzecz jest nazywana „konfliktem domowym”. A to nie jest konflikt, tylko przemoc. Czasami dochodzi do obrony koniecznej, ale to wtedy nie jest wzajemna przemoc, a tak czasem jest to klasyfikowane.

Jak powszechna pani zdaniem jest wśród Polek wiedza o tym, czym jest gwałt małżeński i że jest to przestępstwo?

Myślę, że gdyby zapytać kobiety, czy zostały zgwałcone przez męża, to większość powiedziałaby, że nie. Ale gdyby je zapytać bardziej precyzyjnie: „Czy doszło do seksu, chociaż nie miałaś na to ochoty i mówiłaś: »Nie, nie dziś, nie teraz«?”, to liczba pozytywnych odpowiedzi bardzo by wzrosła.

Do stu procent?

Mam nadzieję, że nie.

Jak walczyć z tym przestępstwem?

Musimy jako państwo przy prowadzeniu różnych postępowań dawać znać, że do przemocy seksualnej dochodzi też w małżeństwie, że to nie są jakieś „obowiązki małżeńskie”.

Proboszcz by chyba uznał, że są.

Może nie każdy. Ostatnio Komitet Praw Człowieka ONZ zwrócił nam, Polsce, uwagę na to, że w naszym kodeksie jest karalne przestępstwo zgwałcenia, ale w tym przepisie, art. 197 kk, nie ma wyraźnego i jednoznacznego wskazania, że również ścigany jest i karany gwałt w małżeństwie. Polski ustawodawca nie jest kazuistyczny, nie doregulowuje prawa. A w tych sprawach powinniśmy być kazuistyczni, doregulować i dookreślić do dna, bo musimy przezwyciężyć stereotypy i balast kulturowy, też kultury gwałtu, o której się dużo mówi. Musimy wyraźnie pokazać, że w tym artykule chodzi i o gwałt w małżeństwie, i o gwałt na mężczyźnie, i o gwałt na prostytutce.

Zmiana obyczajowości przebiega wolno. Więc chyba nie mamy innej drogi niż precyzyjne prawo i to prawo będzie musiało zmieniać obyczajowość. To znaczy, że wykonawcy prawa będą musieli wznieść się ponad obyczajowość, która ich ukształtowała i w której żyją. To możliwe?

Prawo pełni też funkcję edukacyjną. Pamiętam dyskusje z 2003, 2004, 2005 roku o zakazie stosowania kar cielesnych. Argumenty padały okropne.

Pamiętam polityków opowiadających o tym, że sami dostawali lanie, a proszę, jacy fajni wyrośli.

Dzięki temu właśnie. Ale w 2010 roku ten zakaz udało się wprowadzić do kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Oczywiście, jak wynika z badań, nadal jest wśród dużej grupy Polaków przyzwolenie na „dawanie klapsa”, ale przynajmniej mamy wyraźny przepis, który mówi, że nie wolno tego robić. I jeżeli sąd będzie oceniał takie zachowania, to ma narzędzia, może np. ograniczyć władzę rodzicielską. Bo to też jest przemoc. Specyfika przemocy domowej polega bowiem na tym, że sprawca i ofiara przebywają ciągle razem, sprawca może wciąż na ofiarę oddziaływać.

I my w obecnej sytuacji prawnej tej ofiary nie chronimy dostatecznie. To się powinno zmienić, powinniśmy doregulować prawo w ten sposób, żeby stereotypy, w których tkwią przedstawiciele różnych zawodów – policjanci, prokuratorzy, sędziowie – nie miały znaczenia.

Chyba to próżna nadzieja, bo mamy władzę, która mówi: rodzina jest święta i decyduje sama o sobie. Czyli spycha kobiety z powrotem w patriarchat.

Wiele kwestii związanych z taką przemocą zostało mocno zideologizowanych, szczególnie w dyskusjach na temat ratyfikowania europejskiej konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie. Wtedy mówiono, że przyczyną przemocy jest alkohol, a nie nierówność płci i założenie, że można sobie podporządkowywać kobietę i słabszych. I przez to zideologizowanie wiele spraw jest niezałatwionych, wiszą. Kiedy w 2005 roku dyskutowaliśmy o izolacji sprawcy od ofiary, to główne argumenty obracały się wokół jego prawa własności. Przeciwstawiano życie i zdrowie ofiary prawu własności, które przecież nie jest święte, podlega ograniczeniom. Później pytano: ale dokąd ten sprawca pójdzie? Czyli przeciwstawiano zdrowie i życie jakiemuś komfortowi sprawcy.

Teraz pojawiło się pojęcie gender, rozumiane opacznie, co nie pomaga w merytorycznej dyskusji, czego potrzebuje ofiara, co jest efektywne w przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Mam przekonanie, że wyhamowaliśmy.

Raczej się cofamy. A skoro jesteśmy przy gender, od czego jest pani specjalistką. Jak to jest być kobietą, dla której mężczyzna stracił 7 mln? Kochać chyba musi. O tyle władza obcięła budżet RPO po krzykach posłanki Pawłowicz, że zatrudniając panią, rzecznik wspiera ideologię gender. Spłynęło to po pani czy tradycyjnie, jak Polka, ma pani poczucie winy?

Rzeczywiście w poczuciu winy jesteśmy bardzo dobre.

Jesteście mistrzyniami, całe swoje dorosłe życie patrzę na to w zachwycie.

Z tym pytaniem nie czuję się dobrze, bo ono przywołuje relacje mężczyzna – kobieta i jeszcze to „kochać”.

Tylko żartowałem, choć 7 mln ubyło na poważnie.

Jestem feministką, ale znam się na żartach.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Przemoc skrywa się często pod płaszczykiem przyjaźni i opieki

Widzę, że wszyscy siedzimy po uszy w schematach.

Niestety, jak widać. Cała dyskusja o ideologii gender była wtedy tylko pretekstem, żeby obciąć budżet RPO. A te pieniądze były potrzebne na realizację nakazów Państwowej Inspekcji Pracy, konieczne inwestycje. Np. na windę dla osób z niepełnosprawnością, tak by mogły na wózku wjechać na pierwsze piętro do gabinetu rzecznika. Więc w żaden sposób nie dotyczyło to gender.

Nie wiemy, co posłance Pawłowicz przychodzi do głowy, kiedy w bezsenne noce szepcze ze zgrozą pod kołdrą: gender, gender. Windy więc wykluczyć nie można. A opadły pani trochę skrzydła, kiedy papież Franciszek kilka dni temu powiedział, że gender jest złem?

Zdziwiło mnie, że tak nagle włączył się w debatę na ten temat. Natomiast treść – nie. Wszystkie Kościoły i związki wyznaniowe mają prawo kierować do swoich wyznawców zalecenia zgodne z doktryną.

Jest pani prawniczką, zmiany w prawie pani obserwuje, a niektóre pani współtworzyła. Zmierzamy do modelu państwa wyznaniowego?

Chciałabym powiedzieć, że nie, bo mamy przecież konstytucję, neutralność światopoglądową władzy publicznej. Natomiast jeśli coraz częściej w dyskusjach o zmianach w prawie słyszymy o tzw. prawie naturalnym i wiązaniem tego z Kościołem rzymskokatolickim, to jest to niepokojące.

Już samo sformułowanie wskazuje, że prawo inaczej rozumiane niż chce Kościół, jest „nienaturalne”.

A przecież wyznawcy religii mają zagwarantowaną wolność sumienia, zgodnie z którym mogą postępować we własnym życiu. Powstaje pytanie: czy mogą oczekiwać, że państwo ustali zasady, które będą zgodne z ich Kościołem?

A jeśli chodzi o przemoc domową, to czy Kościół katolicki jest aktywny w tej sprawie?

Uważam, że Kościół w tej sprawie mógłby robić dużo więcej, ale nie chciałabym nikogo pouczać.

Przecież wszyscy współfinansujemy go ogromnymi kwotami z budżetu państwa, może więc moglibyśmy czegoś w zamian oczekiwać?

Może członkowie tej wspólnoty mogliby od swojego Kościoła coś egzekwować? Chciałabym, żeby w każdym kościele choć raz w roku ksiądz powiedział, że przemoc w rodzinie to jest ciężki grzech. Że katolik nie może ciągnąć za włosy, bić, dusić, szarpać, kopać, popychać.

Szantażować ekonomicznie. A może raz w roku z ambony lista hańby, czyli sprawców?

Widzę, że idzie pan w kierunku stygmatyzowania.

Mam wrażenie, że ten problem nie zniknie, jeśli nie będzie objęty infamią społeczną. Sam staram się nie utrzymywać kontaktów z mężczyznami, co do których mam wiedzę, że są sprawcami przemocy. Poczucie hańby mogłoby dużo zdziałać.

To bardzo ważne, byśmy wyraźnie sygnalizowali swojemu otoczeniu, że nie akceptujemy przemocy domowej. I też wierzę, że rozpowszechnienie się takiej postawy wiele dobrego przyniesie. To każdy może zrobić. Dlatego tak ważna jest akcja „Biała wstążka” i związana z nią pisemna deklaracja mężczyzn: „Nigdy nie będę stosował ani ignorował przemocy wobec kobiet, będę na nią reagował we wszystkich jej przejawach”. To dotyczy także seksistowskiego języka.

Pani zdaniem ta akcja ma szansę przełamać społeczną cichą akceptację przemocy wobec kobiet? Że to mężczyźni dadzą impuls?

Tak, ale nie dlatego, że to mężczyźni uwiarygodnią walkę z tym przestępstwem, tylko dlatego, że dotąd tą walką zajmowały się organizacje kobiece, feministyczne, pracownice pomocy społecznej, głównie kobiety. Kojarzone z lewicowością, feminizmem, ideologią. Cały czas brakuje nam mężczyzn w tym sprzeciwie. A przecież większość mężczyzn nie bije kobiet i powinni to zadeklarować. Jeśli mężczyzna przypnie sobie białą wstążkę i na spotkaniu z innymi mężczyznami powie: „Wyjaśnię, o co chodzi z tą wstążką, mam kilka ze sobą, mogę dać, jeśli ktoś chce, a potem możemy pić piwo”, to jeżeli w tej grupie jest sprawca przemocy, to na niego podziała to zawstydzająco. Może przestanie się takimi zachowaniami chwalić, a potem – mam nadzieję – tak się zachowywać.

Sylwia Spurek – prawniczka, legislatorka, radczyni prawna, współautorka pierwszej ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Pracowała dla trzech pełnomocniczek rządu ds. równego traktowania. Od 17 lat działa na rzecz ochrony ofiar przemocy