Zagłosuj na Superbohaterkę 2016 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ

Czy to jest kolejna książka o macierzyństwie?

Nie, dla mnie macierzyństwo jest raczej środkiem do tego, by opowiedzieć o izolacji w momencie transformacyjnym. Porównuję to do sytuacji górołaza, który zdobywając wysokie Tatry, jest bliski śmierci, albo do wygrania miliona dolarów. Chodzi o taki moment w życiu, który wszystko zmienia. Huragan, który rewolucjonizuje twój światopogląd. I w moim przypadku tym czymś było macierzyństwo. Moja książka jest właśnie próbą konfrontacji z wewnętrznym kryzysem i trudnymi uczuciami izolacji, odcięcia od świata i dotychczasowych doświadczeń, w obliczu czegoś zupełnie innego, co zmienia osobowość i na co sama byś się nie zdecydowała.

Czyli macierzyństwo to rodzaj pojazdu, w który wsiadasz i on cię przenosi w inne sfery?

Coś takiego. Ta jazda jest wyboista, trudna, odpada mi koło, coś się psuje, ale jadę dalej. W końcu wysiadam i jestem inną osobą. I nagle widzę, że z tyłu samochodu mam przyczepione dwa foteliki dla dzieci i kartę Rossnę w portfelu. Kiedy pojawiło się na świecie moje pierwsze dziecko, ta przemiana była tak silna, że zaczęłam tracić z oczu punkty związane z moją identyfikacją. Nie wiedziałam, kim jestem, co myślę. To było jak zrzucenie z siebie starej skóry.

W twojej książce często pojawia się słowo „wyobcowanie”, narratorka dużo mówi o ciele, które już nie pasuje, rozczarowuje.

Mogę to porównać do utraty konturów. Narratorka jest wszędzie, tylko nie w sobie. Ja na przykład funkcjonowałam głównie wokół dziecka, na domowym ringu tych wszystkich kłótni, w sypialni, nad kołyską. Byłam ramionami, które przytulają. I gdzieś to wszystko się rozczłonkowało. Przez jakiś czas pozostawało niezłączone w jedno. I ta bohaterka właśnie taka jest, rozrzucona.

Główna bohaterka zorientowała się, że dzieje się coś złego, kiedy przestała mówić, przestała nawet narzekać, gdy mąż późno wracał z pracy.

Z tym bywa bardzo różnie. Kiedy mój synek miał kilka tygodni, czułam potworny niepokój. Mąż miał wtedy ważne zlecenia, nagrywał znaczącą płytę. Byłam tuż po połogu, więc czułam, że nie mam moralnego prawa mówić mu: „Siedź ze mną w domu, bo ja sobie nie radzę”. Pojechałam do mojej mamy sama, 200 kilometrów z dzieckiem w foteliku. Mój syn płakał całą drogę, do tej pory ma taki volume, że pękają szyby. Podróż zajęła mi dziewięć godzin, bo przy każdym jego jęknięciu się zatrzymywałam.

Przyjechałam do mamy opuchnięta od płaczu, bo w pewnym momencie sama zaczęłam płakać. Widziała mnie wtedy w sumie pierwszy raz, bo odwiedziła mnie na chwilę na oddziale położniczym, i ona mi mówi, że jak mój syn wyda najmniejszy odgłos, to ja reaguję jak ktoś, kto ma PTSD, czyli zespół stresu pourazowego.

Jak żołnierze, którzy wracają z wojny.

Tak, i moja mama dodała wtedy: „Ty sobie usiądź, ja do niego pójdę, on przecież nie płacze, on sobie tylko stęknął, usiądź”. Jeśli mam mówić o swojej historii, to właśnie wtedy pierwszy raz pomyślałam, że coś może być nie tak. Chociaż w domu wszystko było wysprzątane, a dziecko ładnie ubrane.

CZYTAJ TAKŻE: "Jak pokochać centra handlowe" - fragmenty książki Natalii Fiedorczuk

Wierzyłaś, że sobie radzisz.

Tak, chociaż czułam, że coś jest nie tak, że jest mi źle, byłam płaczliwa, złościłam się, nie mogłam spać, to mnie rozpieprzyło kompletnie. Czytałam w poradnikach: „Śpij wtedy, kiedy śpi dziecko”, a ja się bałam, że ono się zaraz obudzi, więc nie mogłam zasnąć. Tę cechę pożyczyłam mojej bohaterce. Teraz wydaje mi się dość dziwna. Po drugim dziecku okazało się, że mogę spać jak kamień i nie budzi mnie nawet to, że bobas krzyczy mi nad samym uchem.

Macierzyństwo może izolować pozytywnie i negatywnie. Media pokazują tę pozytywną izolację, to jest dojmujący dyskurs. Łąka, dzieci w czystych ubrankach, babie lato, piknik na trawie. Ta mama taka czysta, bez rozstępów, piersi pełne i ponętne. I to też jest prawda o macierzyństwie oczywiście. Natomiast zdarza się, że życie rodzinne wygląda zupełnie inaczej. Jest godz. 16 w niedzielę, siedzicie z mężem cały weekend z dziećmi w domu, bo są chore. I syn już jest chory pół na pół, więc od 40 minut stoi przy drzwiach balkonowych, krzycząc, że chce wyjść na podwórko. Córka ma gorączkę, która jej nie schodzi. Patrzycie na siebie i myślicie: kurwa, przecież to jest jakieś Guantanamo. Co robić? Możliwości są ograniczone i trzeba to tylko jakoś przetrwać. Albo kiedy rodzi się dziecko i jeszcze nie ma z nim kontaktu, nie uśmiecha się. Jest tylko małym, słodkim tobołkiem, który np. krzyczy. I nie przychodzi to wielkie uczucie, kiedy kładą ci je na brzuchu, bo np. poród był trudny albo po prostu to nie przychodzi od razu i już. Bo nie wszystkie kobiety to mają i trzeba o tym mówić otwarcie. Jak urodziłam dziecko, to nieśmiało wklepałam w internet: „Czy od razu miałaś więź z dzieckiem?”. I wyskoczyły mi wyniki na forach. Czytam: „Nie, no może po pół roku”, „Tak naprawdę, to jak skończyło trzy lata, gdy zaczęło ze mną rozmawiać”. Wcześniej o tym nie słyszałam.

Albo niezgoda na to, co się dzieje. Dlaczego już nie jestem panią swojego losu, dlaczego o moim życiu decyduje jakiś tyran, który ma 60 centymetrów? Dlaczego ja nie mogę o tym nikomu opowiedzieć?

KALINSKI

Czy to jest izolacja, czy niechęć?

Izolacja. Od partnera, koleżanek, od społeczeństwa, bo jeżeli to nie są uczucia tak akceptowalne i tak gazetowe od pierwszych chwil, to przecież głupio o tym mówić, jest jakiś dyskurs, który to spycha na bok. Możesz wieczorem rozmawiać z przyjaciółką, która ma dwójkę dzieci i mówi: „No nie ma lekko”. Ale na pewno nie wypada powiedzieć znajomym: „Słuchajcie, z tym dzieckiem to jakiś koszmar, rozczarowało mnie, jestem tak zmęczona, że nie jestem w stanie myśleć”.

Robi się taka ściana między tobą a innymi kobietami czy partnerem. Ten stan jest bardzo fizjologiczny, bardzo cielesny. Ale nie plastikowo cielesny, tylko absolutnie cielesny jak płyny ustrojowe, niedopinające się spodnie i zaplamiona ulewką bluzka. Jak połóg i to, co się dzieje z kobietą tuż po porodzie. Nikt mi nie mówił, że ta miesiączka będzie trwała przez sześć tygodni! Widzę to jak pęcherz fizjologiczny, w którym się siedzi w tych pierwszych miesiącach. I to jest właśnie odcinające od społeczeństwa.

Użyłaś słowa „ściana”. Co jest tą ścianą?

Mogę powiedzieć, jak było ze mną. Gdy moje pierwsze dziecko się urodziło, miałam depresję poporodową, którą u mnie stwierdzono dość szybko. Doświadczyłam już depresji wcześniej, leczę się na nią od 15. roku życia i co jakiś czas muszę się zgłaszać do terapeuty, czasem to wystarcza, a czasem muszę być na farmakoterapii.

Byłaś świadoma, że znowu może się pojawić?

Tak, historia psychiatryczna zwiększa ryzyko wystąpienia depresji poporodowej. Liczyłam się z tym. Ale fakt, że z czymś się liczysz, nie sprawia, że będzie to łatwiejsze do przeżycia. Od samego początku macierzyństwa czułam, że coś jest nie tak. Wiedziałam, że to jest kwestia mojej przypadłości, i mówiłam o tym otwarcie. Wiele moich koleżanek było zdegustowanych: „Jak to, ty masz depresję poporodową?”.

Jakbyś je trochę rozczarowała?

Tak, jakby depresja to było coś, co się nie dzieje wśród naszych. Oczywiście, o tym się czyta w jakichś smutnych artykułach, że są matki, które nie kochają swoich dzieci. Począwszy od słynnej matki Madzi z Sosnowca, bo linia obrony jej adwokatów była taka, że miała depresję poporodową, a skończywszy na takich skojarzeniach, jak dzieci w beczkach, alkohol w ciąży, dzieciobójstwo, konkubent, spleśniałe mleko z proszku.

CZYTAJ TAKŻE: "Porodówka jak poligon"

Czyli przypadłość „złych matek”, po prostu.

Tak, czuję, że ten stereotyp ciągle pracuje. W tych ciemnych momentach, kiedy jakąkolwiek logikę zastępuje logika depresyjna, też to odczuwałam: kurde, depresję poporodową to ma matka Madzi, a nie ja, osoba, która przeczytała tyle i tyle książek, pisze jakieś tam artykuły, muzykę do spektakli czy wnioski unijne. Tylko że depresja poporodowa ma wiele odcieni. W moim przypadku to były ogromne lęki, czy dziecko nie umarło. Sprawdzałam, czy oddycha, przynajmniej co pięć minut, nie mogłam spać przez trzy miesiące. Straciłam kompletnie kontakt z rzeczywistością. Przez fizyczne wyczerpanie już miałam jazdy, już słyszałam głosy. To było moje doświadczenie, które powoli budowało ścianę, za którą się znalazłam.

To nie jest tak, że są kobiety, które przeszły depresję poporodową, i te drugie, szczęśliwe matki, które biegają po łące. To jest bardzo płynne. Są kobiety, które doświadczają bardzo negatywnych emocji, ale nie proszą nikogo o pomoc, zakładają, że ten kryzys minie. A to może być depresja, która wymaga leków.

Niedawno słyszałam o mamie kilkumiesięcznego dziecka, która chodziła na te same spotkania dla młodych matek, na które i ja chadzałam, i ona się zabiła. I kurwa, dlaczego nikt tego nie zobaczył?

No właśnie, dlaczego?

Bo nikt nie jest w stanie tego zobaczyć, jeżeli ta osoba nie poczuje się na tyle pewnie, żeby przed kimś się otworzyć, powiedzieć: „Kurczę, nie zawsze mi wychodzi, czasem źle się czuję”. Mechanizm jest podobny. Najpierw człowiek boi się tej myśli, ale ona wraca. Przyzwyczaja się do niej, aż czuje, że wizja samobójstwa towarzyszy mu we wszystkim, co robi, w końcu staje się tak uwewnętrzniona, tak zracjonalizowana, że wydaje się jedynym wyjściem. I nie ma, nagle nie ma. Nie ma mamy tego małego dziecka. To przerażające. Może gdyby powiedziała, może gdyby czuła, że ma prawo to powiedzieć, to dostałaby pomoc nie tylko doradcy laktacyjnego.

Jakie zdania powinny dać do myślenia?

Gdy od znajomej słyszysz, że jesteś pierwszą dorosłą osobą, z którą rozmawia od tygodnia, to może być niepokojące. Albo że zapomniała, jak się mówi do dorosłych ludzi. Ja pamiętam, że takie rzeczy mówiłam, a potem się z tego śmiałam. Ktoś może być bardzo głośny, ekspresyjny i zaśmiewać swój stan, a jednocześnie przeżywać depresję. To jest pewien stereotyp, że osoba depresyjna siedzi w kącie ze wzrokiem wbitym w podłogę. Psychiatra mi powiedział, że często kobiety mają stany agitacji, bezsenności albo ataki złości.

Wszystkie moje depresje, oprócz jednego epizodu, były wysoko funkcjonujące, czyli chodziłam do pracy, spotykałam się ze znajomymi, uprawiałam sport, hobby, wymyślałam muzykę. Natomiast wewnątrz czułam, że jestem absolutnie trupem.

Wysoko funkcjonującą depresję mogą mieć matki dzieci niepełnosprawnych, osoby ubogie, mające na utrzymaniu bliskich, którzy nie zarabiają, ale też dyrektorzy kreatywni, urzędnicy, właścicielki salonów fryzjerskich. Strasznie to demokratyczna przypadłość jest.

Jak więc możemy pomóc?

Czasem po prostu kogoś wysłuchać i nie oceniać. Ryzyko depresji poporodowej zwiększa się, gdy ktoś wcześniej cierpiał na depresję, na nerwicę, gdy ciąża była zaskoczeniem, nie chodzi o wpadkę, ale np. nie w tym momencie, kiedy to planowaliśmy, gdy wiąże się z kłopotami w związku albo kiedy ten związek się wręcz rozpada. To są grupy ryzyka. Ale oczywiście nie zawsze się tak dzieje. Czasem pojawia się dziecko i wszystko wskakuje na swoje miejsce. Kobieta zyskuje pewność, poczucie stałości, wielki sens istnienia. To jest bardzo delikatna materia. Ja stopiłam się z domem. Każdy poranek to była walka, żeby wstać, zrobić to, tamto, brać się za bary.

Jak sobie poradziłaś?

Prosto, zaczęłam brać leki i zmuszałam się siłą do wychodzenia z domu. Przyszła wiosna, zazieleniło się, zaczęłam chodzić na zajęcia sportowe. To mi bardzo pomogło, wolałabym być osobą, która leży na kanapie i stamtąd czerpie siłę, ale mnie energetyzuje sport. Spotykałam się z różnymi osobami i mówiłam: „Jestem Natalia, mam czteromiesięcznego synka i depresję poporodową”.

Ale właściwie po co to mówiłaś? Dla siebie czy dla innych?

Myślę, że chodzi o rodzaj świadectwa, żeby oswajać tę depresję, ten przestraszony język i mówienie szeptem słów: „Mam depresję poporodową”. Ja wolę mówić głośno i wyraźnie: „Mam depresję poporodową, ale się leczę”. Oczywiście, to nie jest dla mnie łatwy temat, bo ja ciągle czuję odium tego dzieciobójstwa czy macicy, której zawartość wędruje do głów matek, które urodziły dziecko, o czym pisał Hipokrates. Ale walczę z tym wstydem, próbuję pogodzić się z nim, bo wiem, że ta zmiana nie zajdzie z pstryknięciem palców.

MATERIAŁY PRASOWE

Książka w formie ebooka jest dostępna w Publio.pl. Sprawdź >>

Jaka jest twoja definicja depresji poporodowej?

Oscyluję między sprzecznymi biegunami. Z jednej strony przemawia do mnie definicja medyczna, czyli depresja jako stan nierównowagi hormonalnej w mózgu, brak lub też niedobór pewnych neuroprzekaźników, który można za pomocą terapii farmakologicznej przywrócić. Z drugiej strony bliski mi jest antypsychiatryczny pogląd, że depresja jest stanem egzystencjalnym, a nie biologiczno-chemicznym, który został zdefiniowany, ponieważ żyjemy w czasach niezgody na cierpienie, demonstrowanie smutku, pokazywanie cierpienia, a zwłaszcza cierpienia emocjonalnego. Antypsychiatria uważa, że depresja to nie jest stan chorobowy.

I kiedy mam porządną górkę i sobie radzę, i wszystko jest fajnie, to sobie myślę tak: to ludzie wymyślili depresję, nie pozwalają sobie na smutek i dlatego tak cierpią, i to w ogóle nie jest choroba. Ale gdy mam gorszy dzień, to stwierdzam: kurwa, to jest jednak choroba, to jest jakaś masakra. Jestem żywym dowodem na to, że leki antydepresyjne działają bardzo dobrze. Parę razy czułam, że mnie uratowały. Z tygodnia na tydzień było tak sobie, słabo, aż pewnego dnia się obudziłam i poczułam, że jest normalnie. Nie było ekstra, nie było „wow”, ale przyszło supernormalne życie. Kult wellness też nie pomaga w depresji poporodowej.

CZYTAJ TAKŻE: "Jak być z tymi, którzy stracili nadzieję"

Co masz na myśli?

Paradoksalnie, lekarze reprezentują biologiczne podejście do problemu depresji, które bywa wybaczające. Na drugim biegunie jest podejście zaradnościowe, czyli: poradź sobie sam, działanie cię uratuje. Gdy przeżywasz kryzys egzystencjalny, wiadomo, możesz mieć depresję, ale najlepiej jutro wróć do pracy. Bo w życiu trzeba być elastycznym i umieć się dostosować do nowej sytuacji, nawet jeżeli jest trudna, nawet jak masz jakiś kryzysik. Depresja jest w presji bycia wellness porażką.

Dlaczego nie zdecydowałaś się na opowiedzenie tej historii w pierwszej osobie: „Ja, Natalia, miałam depresję poporodową”.

Bo to nie są wszystko moje doświadczenia. Gdybym to wszystko przeżyła, chybabym umarła. To jest jedna historia ulepiona z kilkudziesięciu opowieści kobiet, ze strzępków zdań, słów kluczy, nocnych rozmów na Messengerze i wertowania forów. W połączeniu z moimi własnymi przeżyciami to zrobiło mi niezłą sieczkę w głowie i chciałam to odreagować, emocja po emocji, stan po stanie, chwila po chwili, przepracować na amen. Nie chciałam, żeby to były memuary Natalii Fiedorczuk, choć oczywiście utożsamiam się z moją bohaterką.

Twoja książka ma tytuł „Jak pokochać centra handlowe”. Jak ty pokochałaś centra handlowe?

Dla mnie centrum handlowe to trochę taka postmodernistyczna świątynka, w której odzyskujesz jakiś medytacyjny spokój, wtapiasz się w otoczenie. Czuję się bezpiecznie, bo rządzi tam znajomy kod wizualny. Jest bardzo jasno, otacza mnie kojąca przewidywalność i porządek merchandisingu. Wszystkie centra handlowe są do siebie podobne, różnią się szczegółami. Najbardziej lubię chodzić tam w ciągu dnia, wtedy jest najwięcej emerytów i matek z wózkami, zwłaszcza w zimnych miesiącach. Oczywiście dobra matka nie zabiera dziecka do tych miejsc, bo są tam bakterie i klimatyzacja, ale ja owszem.

Dlaczego matki się tam zbierają?

Matki pójdą tam, gdzie jest przyjaźnie, gdzie przestrzeń jest do nich dopasowana, bezpieczna. Do centrum handlowego można wjechać wózkiem. Są windy, pokoje do karmienia, przewijaki, dach nad głową, kawiarnie i jest w miarę ciepło. Tam jesteśmy blisko siebie, my, matki. Nie musimy, jeżeli nie czujemy się jeszcze na siłach, rozmawiać, ale wystarczy, że na siebie popatrzymy. Lub też siedzieć na stacjach benzynowych, pić kawę i przez pół godziny gapić się w szybę. Mam dwójkę małych dzieci, to taki odpoczynek instant.

W takich przestrzeniach nie trzeba się za dużo zastanawiać, działać?

Nie trzeba z nimi wchodzić w interakcję. Marc Augé, francuski antropolog, napisał książkę o niemiejscach. Niemiejsca to są takie przelotowe punkty styku, na przykład dworce, lotniska, wielkie hotele, supermarkety, gdzie jest duży przepływ ludzi. Bezpieczne przystanie dla tych, którzy są w podróży, przemieszczają się z punktu A do punktu B. Są zaprojektowane tak, żeby w tych stresujących sytuacjach wprowadzać poczucie bezpieczeństwa, znajomość uniwersaliów. Niemiejsca wyglądają bardzo podobnie, np. wszystkie punkty postojowe na autostradzie są do siebie w namacalny sposób zbliżone, tylko na jednym kilometrze jest Burger King, a na kolejnym McDonald. W tych niemiejscach zaczynam się na nowo odnajdywać. I tę rozczłonkowaną narratorkę z powrotem składam w całość, z tej rączki, z tego brzuszka, z tej nóżki. Bo ona uczestniczy, widzi: dobra, jest ruch, tu jest życie, tu jest jakieś światło. Ludzie idą, wracają, jadą samochodem. Tak samo jest z czytaniem forów internetowych. Po prostu obserwujesz trafik. Jakbyś siedziała na brzegu autostrady i śledziła wzrokiem pędzące auta.

Czy ta książka to manifestacja jakiegoś nowego urbanizmu, matczyna pochwała miasta?

Odpowiem ci tak: jedną z fantazji mojego męża było życie rodzinne blisko natury. To bardzo w stylu Rousseau albo, że się tak wyrażę, przedindustrialne. Mówił: „Kupimy dom na Kaszubach, najlepiej dworek, i uciekniemy przed tym pędem miasta”. Oczywiście nie mieliśmy na to kasy, ale za każdym razem, jak on o tym gadał, to ja mówiłam, że nie mogę tego słuchać. Że ta fantazja budzi we mnie przestrach, ponieważ boję się izolacji na wsi, tej idylli. Nie chcę żyć jak jacyś kwakrzy, mormoni, którzy produkują własny prąd i pieką chleb.

Z nudów tobyśmy tylko siedzieli i robili dzieci. Przy 17. porodzie bym umarła. Czuję, że ta moja depresja mogłaby mnie tam dopaść. W tej złotej klatce, na tym wspaniałym odludziu byśmy sobie zrobili takiego Bergmana, jakiego jeszcze w żadnej kłótni nie przeżyliśmy.

Wiem, że ludzie fantazjują o tej samowystarczalności, ochronie swoich dzieci i kawce na tarasie we własnym domu, i to jest bardzo postszlacheckie, ale ja nie miałabym się czym tam karmić. Przestrzeń byłaby tak oswojona, tak rubasznie własna, że uwiesiłabym się na własnych dzieciach. Chyba po prostu to nie mój klimat. Wychowałam się w mieście średniej wielkości, a ważnymi miejscami, które wpłynęły na moją wrażliwość i postrzeganie świata, były bocznice kolejowe, nieczynne stacje pociągów, zaniedbane przystanki autobusowe i prostopadłościany bloków.

Na końcu książki nazywasz siebie „przeciętną matką”. To mnie poruszyło. Przecież w Polsce nie wypada tak o sobie mówić.

Ale ja tak naprawdę myślę. Już jakiś czas temu sobie powiedziałam, że nie będę idealną matką. Nie zawsze jestem „ready, steady, go”, staram się, żeby moje dzieci były szczęśliwe i zadbane, jednak nie za wszelką cenę. Czasem nie chce mi się ich gonić do mycia zębów, myślę: syn jest czwarty dzień bez kąpieli, whatever, mamy weekend, pani w przedszkolu nie zajrzy mu za paznokcie. Odpuszczam to sobie. Nieraz leżę razem z nimi jak kłoda na kanapie i oglądamy bajki, jedząc produkty spożywcze zawierające cukier. Czasem zabawiam się w kaowca: dzisiaj wystawa, jutro wyścigi w workach w Pruszkowie. A czasem nie mam siły, żeby zagotować ziemniaki, i z radością spożywamy pizzę na telefon. Myślę, że to się mieści w kategorii „przeciętność” i nie ma w tym nic złego.

Piszesz o rosnących wymaganiach w stosunku do rodziców i moralnym nakazie rezygnacji z ułatwień. O święcącym triumfy nowym tradycjonalizmie wśród rodziców z klas średnich i wyższych, który sprzedawany jest jako rodzicielstwo ekologiczne i rodzicielstwo bliskości. Ostro.

Powiem tak: przez jakiś czas to do mnie przemawiało, ale później przeczytałam podręcznik Searsów, twórców rodzicielstwa bliskości, i oprócz tego, że pisali o tym, by do dziecka podchodzić intuicyjne, z czym się akurat zgadzam, to znalazłam tam bardzo dużo antykobiecych przekonań i zadrżałam. Utkwił mi w pamięci rozdział, który czytałam, zastanawiając się, czy szukać pracy na etacie, czy nie. Dowiedziałam się, że dziecko powinno być z matką do trzeciego roku życia, bo to kluczowy okres. Autorzy dopuszczają łaskawie takie sytuacje, w których matka musi wrócić do pracy ze względów ekonomicznych, ale wtedy należy wybrać starannie, przeprowadzając długi wywiad, bliską osobę do opieki, najlepiej z rodziny. A gdy matka wraca z pracy, to powinien być absolutny quality time. Matka, matka, matka! Większość zaleceń rodzicielstwa bliskości dotyczy tego, jak ma się zachowywać matka. Matka jest w domu, bo jest najważniejsza, bo w pierwszych godzinach życia powstała więź, której nie można zaprzepaścić, matka karmi piersią i jest bezpieczną bazą, nosi w chuście, a dziecko śpi w łóżku rodziców. Więc to maleństwo jest w samym centrum domu, w gniazdeczku promieniującym ciepłem, a ona się wokół niego uwija. I potem zaczęłam czytać o różnych fundamentalistach amerykańskich, o ludziach żyjących np. w społecznościach kwakierskich, którzy mają bardzo podobne zasady. W jakiejś społeczności protestanckiej ze stanów południowych nie dopuszcza się cesarskiego cięcia. Właściwym sposobem rodzenia jest rodzenie drogami natury, bo „w bólu rodzić będziesz”. I to mi się zaczęło łączyć.

I to właśnie odkryłaś, jak wyszłaś z tego pojazdu? Że jesteśmy bardziej konserwatywne od naszych matek?

Odkryłam, że w tej transformacji, jaką jest początek macierzyństwa, kobieta jest bardzo chwiejna, zagubiona, jakby odsłonięta. Próbuje znaleźć jakiś drogowskaz wśród różnych dogmatów. Potrzebuje poczucia, że coś jest pewne, że jest jakaś siła wyższa, która powie: to jest dobra matka, to jest zła matka, i ty jesteś po tej dobrej stronie. Czasami poświęcając nawyk krytycznego myślenia. W trakcie depresji ja też patrzyłam na siebie bardzo krytycznym okiem. Pamiętam, jak nie mogłam zasnąć w nocy, bo moje dziecko nie zjadło tego dnia żadnego warzywa. Postanowiłam, że wobec innych matek będę bardziej wyrozumiała. Jak widzę, że moja koleżanka daje rocznemu dziecku frytki, myślę: Jezus Maria, pewnie przez tydzień próbowała wcisnąć mu coś zdrowego i nic nie chciał, w końcu zje. Inna koleżanka karmi piersią bardzo długo, więc mogłabym ją skrytykować: o kurde, ale poleciała, ale się uwiązała. Teraz myślę: dziecko zadowolone, ona zadowolona, nie widzę problemu. Nie pozwalam sobie na to, żeby je oceniać.

Skąd ta akceptacja?

Zrozumiałam, że młode matki to gatunek pod ochroną. I dzięki temu stałam się też łagodniejsza dla siebie.

Zapisz